czwartek, 16 grudnia 2010

Tu Kielce... Wigilia ze Zbyszkiem



W grudniu, po południu przychodzi czas na podwójne uderzenie Zbyszka na Kielce. Najpierw w tą sobotę w Chilloucie. Klubie, bardzo pozytywnie nastawionym na nowe brzmienia, nowe twarze i nowe tyłki. Mam nadzieję, że frekwencja dopisze i rozkręci się dobra impreza.

Kilka dni później ponownie Zbyszkobus zawita do Kielc. Tym razem do klubu Luvr. Scenariusz jest bardzo prosty. Jest już przed Świętami. Wszyscy się zjeżdżają i odpalamy konkretny melanż. W ramach zabaw gwiazdkowych szukamy Zbyszka, pijemy do dna, tańczymy całą noc...

niedziela, 12 grudnia 2010

Polska gościnność

Zdarzyło mi się kilka razy, że nie dostałem bookingu, przez moje gwiazdorskie wymagania noclegowe. Najczęściej zaraz po imprezie zawijam się na dworzec i w miłym towarzystwie spędzam godzinkę lub dwie o 6 rano, aby następnie jakże świeży i wypoczęty spędzić kolejne kilka godzin wracając do domu. Czasami jednak los rzuca człowieka w takie miejsca, że nie ma połączeń, tory zasypane, a peron zlikwidowali. Trzeba więc gdzieś spać. Jako, że większość imprez na których grał to małe lokalne wydarzenia, na które kluby nie mają budżetów dodatkowe 100 czy 150 zł na za hotel potrafi być przeszkodą nie do pokonania. A ja już nie ustąpię. Życie nauczyło mnie, że lepiej przygwiazdorzyć i przed graniem spokojnie się zrelaksować niż korzystać ze szczerej, ale czasami druzgocąco męczącej polskiej gościnności. Jedziesz gdzieś osiem godzin, chcesz spokojnie po przyjeździe przywitać się z nowym miastem strzelając uroczystą dwójkę, wsiąść prysznic i jeszcze zaliczyć szybką drzemkę. A tu organizator, który ma cię odebrać spóźnia się pół godziny - więc po spaniu. I wiezie cię do swojego mieszkania, które dzieli z rodzicami i siostrą. Dwójki za bardzo nie wypada robić, bo nawet nóg w kiblu nie wyprostujesz, gdyż akurat to mieszkanko to szablonowe m3 rodem z prlu, poza tym pod drzwiami cały czas melanż. Prysznic - ziomek sorry, ale mama robi pranie. Bawełna, atłas czy inny chuj, rajstopy trzeba ręcznie. Pozostaje więc niezawodny "prysznic dja" - czyli podwójna warstwa antyperspirantu. Do tego do siostry przyszedł chłopak z ziomkami i no nie wypada, żeby odmówić gościnnej banieczki. Jedna, druga. Litr pękł, a ty do klubu wjeżdżasz w ciężkim stanie - mocy przybywaj. W międzyczasie doszło do niezbyt zręcznej sytuacji z tą siostrą. Bo dj przyjechał i ogólnie ale czad i ona taka rozpromieniona i tak cała aż drżała, a jej chłopak pewnie by się zajawił i nawet sobie "zkamerował" jak jej podajesz. Pamiętaj, że stare indiańskie przysłowie mówi, że kto nie zrucha lokalnej kozy na oczach jej faceta ten źle skończy… No dobra, ale już w sumie zostałeś. Wracasz na mieszkanie po imprezie. Spocony, śmierdzący dymem i piwem które ktoś przypadkiem na rękę ci wylał i chcesz wsiąść prysznic, ale ni chuja. Wielki bulwers ziomka (teraz już jesteśmy w innym mieście), że jego kobitę obudzisz, a ona na rano ma do pracy. Lądujesz więc funky fresh w jeszcze świeższej pościeli, jak się rano okaże jego współlokatora, który akurat wyjechał, ale jest niezłym wariatem i ma na lapku 20 giga pornosów, które ogląda leżąc w tej pościeli, a w sumie nie zmieniał jej od pół roku. A rano. A rano się okaże, że ty nie wiedziałeś, nikt nie powiedział, ale w mieszkaniu był kot. A ty na koty jesteś uczulony, więc zamiast spać pół nocy prze kaszlałeś, a pół nocy przeleżałeś przewieszony przez otwarte okno. Kicie to kochane stworzenia. Robią tak słodko mru mru, jedzą swoich właścicieli jak umrą i do tego szczają do nowych toreb, walizek… i caseów. Smród oszczanych winyli raz na zawsze nauczy cię pozytywnego nawyku aby szczelnie zamykać case. Niewyspany będziesz jak najszybciej chciał się ewakuować. Jest wcześnie rano, wszyscy śpią (znowu zmieniamy miejsce wydarzeń), ty nie zważając na hałas jaki uczynisz przemykasz do łazienki. Wkraczasz. A tam właśnie w promieniach wschodzącego słońca które załamują się na łazienkowym oknie. Ona - mama ziomka, zrzuca welurowy szlafrok ze swojego już trochę nie weloruowego ciała. Pamiętaj, kto nie zrucha mamy dja, który go zaprosił, mimo, że kobita już swoje lata ma i ogólnie waga ciężka i JP na 100% ten naraża się na gniew bogów… Gniew bogów. Wstajesz rano. Nic nie jadłeś od kilkunastu godzin, kiedy to wchłonąłeś ostatnio kanapkę zrobioną przez twoją żonę, niewiele wypiłeś więc kaca brak, żołądek prosi o jakieś mięsko. A tu przy garach w kuchni wita cię uśmiechnięta narzeczona kolegi, z której on jej dumny. Ale dopiero za chwilę zrozumiesz dlaczego od ostatniego waszego spotkania tak schudł. Więc dziewczyna poleci tzw. wczesną geslerową i zaserwuje parówki z dżemem na miodzie w mlecznej zalewie. Smacznego.
A czy nie można byłoby normalnie, jak na białych ludzi przystało, po chrześcijańsku. Przyjechać, zjeść coś. Pojechać do normalnego, wcale nie drogiego hotelu. Bez spa, bez kasyna, bez sauny. Po prostu ot, pokój z łazienką i z tv. I poleżeć i zaliczyć prysznic i naładować baterię i zagrać najlepiej jak się potrafi imprezę życia, bo jest się zregenerowanym i wypoczętym… Nie, bo wtedy się jest gwiazdą i w dupie się przewraca.

sobota, 11 grudnia 2010

Raport z teraz

W sumie nie mam co robić więc napisze co i jak. Wylądowałem w chorzowskim klubie Czekolada, gdzie normalnie wszystko ładnie i pięknie, ale przyjechał Trakmajster i oczywiście jaki dj taka impreza. Więc ludzie nie dopisali. Gram z Winqerem i przerabiamy wszystko na czele z euroTiestotrance, aby te 50 osób utrzymało się na parkiecie. Winqer to dvj a ja nie oglądam na codzien teledysków więc nadrabiam zaległości. Sean Paul strasznie się spasł tak ogólnie. W sumie co tydzień ląduje w nowym miejscu i co tydzień parkiet udawadnia, że tylko mi się wydaje, że mam dużo muzyki. Mam z 30 katalogów, które regularnie uzupełniam i ciągle mało. Teraz przydałyby się rnbtechno-party breaki w liczbie na 2-3 godziny i w tempie nie schodzącym poniżej 130. Za tydzień Kielce i Chillout tam pewnie zabraknie mi funky breaków i breakbeatów. A na koniec fotka co i jak.

wtorek, 30 listopada 2010

IDA 2010

Poszukujemy gramofonów Technics na mistrzostwa, jeżeli chcesz pożyczyć to pisz na fejsie. Poniżej info prasowe:




Dzięki firmie Reebok po raz kolejny będziemy mieli szansę zobaczyć w Krakowie najlepszych na Świecie turntablistów. REEBOK PUMP IDA 2010 WORLD FINAL odbędzie się 4-ego grudnia w krakowskim Kinie Kijów.Centrum.
Oprócz zawodów o miano najlepszego dj’a na Świecie swoje pokazy specjalne wykonają byli Mistrzowie Świata:

DJ SHIFTEE (USA) – DMC WORLD CHAMPION 2009

DJ PRO – ZEIKO (GER) – ITF WORLD CHAMPION 2005

SCRATCHBUSTERS (GER) – IDA WORLD CHAMPIONS 2009

Niewątpliwie największą atrakcją imprezy będzie “afterparty”, które odbędzie się w Klubie Kijów oraz w specjalnie zaadaptowanym holu kina. Wystąpi na nim światowej sławy dj’ka LADY WAKS, której towarzyszyć będzie Mc Valerie M współpracująca z takimi sławami clubbingu jak Groove Armada czy Freestylers.
UWAGA: do każdego zakupionego biletu dodajemy płytę CD z utworami występujących na imprezie wykonawców oraz teledyskami promocyjnymi IDA.

Przedsprzedaż biletów w sieci TICKETPRO, sklepie Kokoszop Kraków ul. Floriańska 16 oraz w kasach Kino Kijów.Centrum od dnia 20.10. Bilet w przedsprzedaży w cenie 39 zł. Do biletów zakupionych w sieci TICKETPRO płyta wręczana przy wejściu na imprezę. Cena biletu w dniu imprezy 49 zł.

niedziela, 31 października 2010

Sex, pot, skarpety i PKP

Jako, że pół życia spędzamy w pociągach jadąc na lub wracając z imprez nadszedł czas na ciąg dalszy przygód z PKP. Kilka miesięcy temu wrzuciłem tekst jedzeniu w pociągach teraz nadszedł czas na Sex, pot i skarpety. Miłej lektury.

Dzisiaj zajmiemy się gimnastyką pociągową, która ma solidne podpory o charakterze najczęściej erotycznym ale też higieniczno-społecznym. Pewnie wielu to czytającym przytrafiły się podobne sytuacje i nie będziecie mieli problemu z odnalezieniem się w przedziałowej rzeczywistości. Zaczynamy od wejścia do pociągu i zmysłowym przeciskaniu się przez korytarz. Tu nam się zdarzy otrzeć o brzuszek starszego pana z wąsem, a metr dalej jajami o poślady przypudrowanej milfy która wsiadła w Gliwicach. Przed tym grzecznie powiemy: przepraszam. Ale obie strony wiedzą, że ona w myślach krzyczy: Nie przepraszaj! Dociskaj! Podobnie było z panem z brzuszkiem, który mimo, że od 30 lat ma żonę to jednak wraz z upływem czasu zarówno takie jak ta sytuacje jak i wspólne prysznice z kolegami górnikami przyprawiają go dreszczyk na owłosionych plecach. Slalom korytarzowy może też miło zaskoczyć nas ciekawą sytuacją w której to ona, młoda uczennica, oczywiście pełnoletnia, która dopiero się zastanawia czy na trzeciej randce z Tomkiem pozwoli, aby dotkną piersiątka, bo w sumie Dorota mówi, że jej się podobało… Ale chuj z Dorotą wracamy na korytarz. W wagonach, gdzie są zamykane przedziały, są na korytarzach rozkładane w poprzek krzesełka i właśnie nasza jeszcze niewinna, ale już wkrótce winna i gotowa na skarcenie soczystym klapsem uczennica sobie na takim siedzi i blokuje przejście. Aby ją ominąć musimy sprytnie być szybsi od niej i zanim zdąży usunąć nogi, my musimy przełożyć swoją wykroczną nad jej kolanami. I tak oto znajdziemy się w rozkroku nad siedzącą dziewczyną, a jej głowa będzie na odpowiedniej wysokości operacyjnej. Wtedy popatrzy swoimi ciekawskimi oczkami do góry i tak już jej zostanie, że będzie przez resztę życia widzieć facetów z tej perspektywy. Czas na usadowienie się. Zarówno w osobówkach jak i w przedziałach pasażerowie umieszczają bagaż na półkach. Zwłaszcza w lecie, w upale, w ukropie ta czynność jest pięknym przywitaniem się w współpasażerami, gdy tuż nad ich głowami napinają się spocone pachy. A w PKP nawet AXE nie pomoże. Erotyczno-higienicznym miksem jest scena w zatłoczonej osobówce. On siedzi na skraju fotela od strony przejścia, ona opiera się tyłkiem o oparcie stojąc do niego tyłem. Przy zakrętach i przeskokach na torach lewym półdupkiem będzie go smyrała po ramieniu. To się nazywa InteRegio Style! A w przypadku, gdy to ona będzie siedzieć a on będzie stać i będzie rozmawiał ze znajomymi, pewnie będzie nad jej głową gestykulował nie ważne którą ręką. Ważne, że jest skwar, ukrop, tłok i sardynkowo i 20 cm nad jej głową jest jego mokra paszka. A jak już wiemy w PKP nawet AXE nie pomoże. Jedziemy dalej. Siedzisz sobie spokojnie od strony okna i podziwiasz równiny za Włoszczową, gdy nagle po twoim udzie przesmyka się jej ręka. Ona wcale nie miała takiego zamiaru, ale mimo, że to centralna magistrala kolejowa to ten wagon tak skacze i skacze, więc przypadkowo raz, drugi, trzeci. Zanim wyrzuci papierek do kosza całym przedramieniem przesmyrnie Cię po udzie akcentując łokieć na jego wewnętrznej stronie. I co? Zaczną targać Tobą przeróżne myśli… Typu: ruchać się chcesz w ubikacji, czy najpierw herbata w Warsie? Gorzej, gdy ręka ta będzie należeć do podstarzałej emerytki, która wraca z sanatorium w górach i bardzo długo będzie wrzucać ten papierek do kosza, a na samym końcu popatrzy się w Twoje zdesperowane oczy i soczyście uśmiechnie się ukazując jaką moc ma Corega Tabs. Kolejna okazja do tarcia jest przy zwykłym układaniu sobie przestrzeni do siedzenia. Rośli ludzi mają w przedziale problem z nogami. Pierwsza godzina wspólnej jazdy to pewnie będzie ogólnie pospinanie i zachowawczość, tak więc nogi będą podkulone. No, ale ile można tak wysiedzieć? Więc w drugiej godzinie zaczyna się zabawa z krokami 2 na 1 tudzież "walc z pociągiem do tanga". Opcji jest kilka, pierwsza to tzw. kolejowy przekładaniec, czyli najpierw jedna noga pasażera na przeciwko, później twoja, następnie jego i znowu twoja. To klasyczny układ pokazujący, że obie strony są zdecydowane i świadome konsekwencji, obie wyraziły chęć na pierwszy krok i obie wiedzą jak to się skończy. Po kolejnej godzince przyjdzie czas na zmianę układu. Proponuje tzw. na sztywnego konduktora. Zarówno Ty jak i współpasażer musicie się wyciągnąć na fotelach. Ty musisz dać swoje wyciągnięte nogi na jedną stronę, a współpasażer na drugą. To bezpieczna pozycja nie stanowiąca podstaw do tarcia. Ale przy zmianie. Teraz twoje nogi na idą na prawo. Jest szansa na otarcie, dotyk i kontakt wzrokowy, gdy ona troszeczke zawstydzona wyszepta: sorki. Takie niby nijakie sorki, a sutki chcą jej wystrzelić z push upków… Ostatnia pozycja nosi nazwę: Witojcie! To najwyższy stopień wtajemniczenia i pole do popisu dla kolejowych erotomanów-gawędziarzy. Tak więc jest sympatycznie, na przeciwko Ciebie siedzi ona, szalony czort, który nie ma pretensji gdy on na drugi dzień nie zadzwoni. Tak więc ona musi rozchylić, a ty wyprostować. A dziewczynki rzadko tak w rozkroku siedzą, więc gdy już do tego dojdzie to będzie znak. Zdecydowana dała ciałem znak X. Ty - zdecydowany odpowiadasz wysuwając i prostując nogi. Gdy nadejdzie czas na zmianę, czyli Ty rozchylasz, a ona prostuje, to musisz bracie uważać, być może jej poprzedni mecenas, pięćdziesięcioletni biznesmen po rozwodzie zajawił ją opcją, że nie tylko ona może być ruchana, ale ona też może ruchać. Jak wyjdzie do ubikacji sprawdź więc w jej walizce czy nie ma tam okrutnego gumowego przyrządu gwałtu wmontowanego w majtki. A jak jest to wyskakuj przez okno. Podróż nam mija, kolejne kilometry za nami. Łąki, lasy za oknem i pani z naprzeciwka zachciało się zdjąć pantofelki… Ukazując haluksy maskowane rajtkami z Gatty. O jak jej dobrze. Prostuje te paluchy sama nie czując, ale dając odczuć innym smród starej i spoconej stopy. Giń kurwo! Jebana fetyszystka po pięćdziesiątce. W przedziale zadupca sandałem już strasznie i nie pozostaje nic innego jak zrobić kontrofensywę, a że to Ty jesteś od wczoraj w podróży. To Ty wyjechałeś 20 godzin wcześniej, przejechałeś pół Polski, zagrałeś imprezę i teraz wracasz i jest pewne że to Ty wygrasz starcie serowej skarpety. Nawet Chajzer i jego wyzwanie Wizira nie pomoże. Tak więc ściągasz nowe nojki, ale żeby spotęgować efekt, a jednocześnie trzymać smród jak najdalej od swojego nosa wyciągasz się na 4 fotelach trzymając nogi na przeciwko współpasażerki. Jak jesteśmy przy butach to ciekawie może się zrobić, gdy ten pierwszy wymieniony w tej historyjce pan, ten od brzuszka, włosów na plecach i schylania się po mydło w kopalnianej łaźni siedzi na przeciwko Ciebie. A Ty, co by dać odpocząć zmęczonym stopom rozsznurowałeś trampki. Lecz podróż dobiega końca i musisz je z powrotem zasznurować, tak więc schylasz się między swoje nogi i sznurujesz, przeklinając, że nie kupiłeś rzepowców. A starszy pan sapie nad Tobą rozochocony widokiem, że Twoja głowa znalazła się 15 cm od jego jąder. Myślisz co on tak sapie? Patrzysz do góry swoimi ciekawymi oczkami i… I tak już Ci zostanie. Możesz przybić piątkę z uczennicą z korytarza.

piątek, 15 października 2010

Gdzie jest kurwa Zbyszek? - Na Vimeo!

Youtube usuwa nam klip ze względu na:

Most nudity is not allowed on YouTube, particularly if it is in a sexual context. Videos that are intended to be sexually provocative are also generally not acceptable for YouTube. There are exceptions for some educational, documentary and scientific content, but only if that is the sole purpose of the video and it is not sexually gratuitous.

Tak więc wrzuciliśmy na Vimeo:

gdzie jest zbyszek? from majster9 on Vimeo.



Zastanawiamy się czy zrobić małą cenzurę na te biedne cycuszki i zakryć je kwadracikami. Jesteśmy rozdrarci między opiniami, że te cycki to nasz manifest artystyczny i teledysk bez nich (tzn. z nimi ale zakrytymi) pogwałci naszą artystyczną duszę i cała nasza praca pójdzie na marne. Mogłoby to też zostać odebrane jako parcie na szkło i zrezygnowanie z pewnej koncepcji na rzecz większej popularności. Ciężkie jest życie artysty....

czwartek, 14 października 2010

Licencje...

Odkąd pamiętam trwała dyskusja w środowisku prezenterów dotycząca legalnego grania muzyki w klubach. Dla mnie sensownym rozwiązaniem było:
- wykorzystywanie przez djów winyli - które w 90% są oryginalnymi wydawnictwami, a reszta to party breaki, na których wydawaniu i wykorzystywaniu i tak zaleźy wykonawcom i wytwórniom
- wnoszenie opłat przez klub
I wszystko byłoby spoko... Jednak spora część djów w skali kraju gra z cd. Obecnie jeszcze więcej z systemów digital. Więc musieli się za to zabrać. I tak oto powstał serwis DJ ZPAV PL. Powstał już chwilę temu w lipcu, żeby było ciekawiej, ale jakoś nikt ze znajomych djów ani osób z branży do tej pory nic o nim nie wiedział. A sam Zpav chyba tego nie promował. A powinno im zależeć, bo chcą od nas wyciągnąć po 2000 zł rocznie za granie... K U R W A. Kolejny genialny pomysł warszawskich biurokratów. Nie mogli poradzić sobie z klubami, co byłoby najłatwiejszym i najprostszym rozwiązaniem to teraz nas się będą czepiać. Ale uwaga, jest jedna zajebista opcja. Jeżeli wykupisz licencje np. w lipcu to zapłacisz tylko za pół roku! I jak w tej sytuacji mają odnaleźć się setki djów w skali kraju, którzy grają kilka razy w miesiącu za śmieszne stawki, bo robią to hobbystycznie, w małych klubach dla 50 znajomych. Jak mają do tego podejść dje/producenci którzy grają swoje utwory i swoich znajomych i grają je nawet na dużych festiwalach i nigdy nie zgłoszą ich do żadnej organizacji ochrony praw, bo mają wyjebane. Za to, że prezentują swoją muzykę zostaną im postawione zarzuty? Zarekwirują komputer jako dowód w sprawie, która odbędzie się za 3 lata. Tak więc, żeby chociaż dysk odzyskać większość będzie się od razu przyznawać i dobrowolnie poddawać karze i dostanie jakieś pojebane grzywny i wyroki w zawiasach. 2000 zł rocznie? Kto te stawki ustalał? 95% djów których znam jakby tyle miesięcznie zarobiła to by pytali się ile Kraków kosztuje. Są dje którzy zarabiają tyle za wieczór, są którzy zarabiają tyle w tydzień, ale i tak ta stawka jest zbyt wysoka i chory człowiek ją wymyślił. Nasza branża to z reguły brak pewnych bookingów i brak stabilizacji finansowej. Raz są imprezy, raz nie ma. Kupie licencje w styczniu bo mam bookingi do marca. A w marcu, czy tam w lutym zacznie się jakiś post, a później będzie remont klubu w którym non stop grałem, managerowie o mnie zapomną i pół roku przesiedze w domu, zanim znowu wróce do rotacji terminowej. Ale licencja zapłacona i krawaciarze zadowoleni. Ciętydzwięk mówi tym licencjom (jeźeli te 2000 zł się utrzyma) stanowcze NIE.

środa, 6 października 2010

Mesjasz odkrywa tajemnice narkotyków i dopalaczy.



Jako wieloletni wolontariusz różnych inicjatyw społecznych, dzięki którym wyciągaliśmy młode dusze z rynsztoka tej cywilizacji. Ja jako ostoja moralności i uczciwości mogę z czystym sumieniem powiedzieć Wam co jest kurwa nie tak. Wszyscy zjebali. SLD, PIS - pewnie nawet tam nie wiedzieli, że są narkotyki, a Platforma przybije kropkę nad "i" i dokończy dzieła zaćpania społeczeństwa. Może by i Palikot coś wymyślił ale polegnie na przedpolach Warszawy po kontrofensywie z Torunia i z Częstochowy. Jest taki film "Human Traffic" ma chyba z 10 lat i przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji powinni wszyscy politycy to oglądnąć jako wstęp do ich pokazowych i zdecydowanych działań pod publiczkę. Zresztą z używkami nikt nie wygra. Były, Są i będą. Jedyne co można zrobić to ograniczyć grono osób, które z powodu błędu systemu po nie sięgną i już zostaną po tamtej stronie.
Dopóki samodzielni przedsiębiorcy będą pracować przez więkoszć miesiąca na podatki, zusy i inne takie. Dopóki młode wilki w korporacjach będą pracować zastraszani po 12 godzin dziennie. Dopóki młodzież nie będzie miała zainteresowań czy hobby, a tylko poza szkolne zajęcia uzepłniające i rozwijące ich tysiąc talentów, które sobie upierdolili rodzice. A wszyscy oni gdy nadejdzie piątek będą marzyć, żeby zapomnieć, żeby na chwile odjechać, zwariować, odciąć się dopóty używki od alkoholu po kokaine będą w cenie.
Mamy otwarte granice i nie możemy mieć restrykcyjnego prawa wobec narkotyków. Ktoś otworzył klatke i nie pozwala nam wyjść na wolność. Uwieżcie mi przez 10 lat grania w klubach widziałem wielu asów i mistrzów kosmicznych akrobacji. Widziałem zjazdy, paranoje, szał, słyszałem, że trzy lata temu komuś pikawa po pigułach wysiadła, że ktoś tak się przepalił że się na tydzień zawiesił. Ale wszyscy oni jakoś wrócili. A teraz przeciwstawiam tym historiom, historię wielu amatorów trawki w piątek do konsoli, którzy złapani i ukarani stracili dotychczasowe życie i przeszli na stronę antyspołeczeństwa i albo skończą na dożywociu, albo ich konkurencyjna banda zadźga. Karany za śmieszną ilość raz - nie znajdzie w pewnych zawodach pracy. Karany drugi raz pójdzie siedzieć. Pokaże charakter i na wolność wyjdzie profesjonalita. Dla którego przewidziana jest jedna tragiczna droga. Dilerzy i nie legalne fortuny? Rozmawiałem z 50latkiem który pali od 30 lat. I dawniej nie było instytucji dilera, bo trawa rosła i po prostu się ją miało, a o chemii nikt nie myślał. Jak chcieli coś mocniejszego na psychikę to jeździli o świcie na podhalańskie łaki.
Nie ma dobrego rozwiązania z dopalaczami i legalizacją chociażby trawy, ale zamknięcie dopalaczy zostawi na łaskę dilerów sądzę, że tysiące uzależnionych. Dla mnie nawet ok. Niech chłopaki zarabiają na błędach systemu. Niech kłują w oczy kasą. Ogólnie w skali kraju dilerka przez dopalacze trochę podupadła. A teraz dostanie prezent w postaci zaszczepionych i głodnych, majętnych i chcących. Wiem torche o kasie jaka przechodziła przez 3 krakowskie smart sklepy i tylko na tej podstawie mogę stwierdzić, że klienci to na pewno nie byli jednostrzałowcy. To są rzesze uzależnionych. Tak więc dilerzy szykujcie się na żniwa! Politycy mówią o dobru dzieci, o tym, że te niewinne istoty są bezbronne wobec zagrożeń jakie niosą narkotyki. To oddajcie im rodziców, dajcie im zamiast terroru psychicznego w szkołach radość z nauki i satysfakcje z hobby. Te pokolenia, które już żyją i tak są stracone, one już zostały zarażone. W ich umysłach już jest kształtowany pewien schemat życia i zabawy. Nawet jak mają po 12 lat. Uratować można pokolenia, które wychowa się w innym świecie. W którym rodzice zamiast targać pociechy do kościoła na godzinę nudy zabiorą nawet na te jebane zakupy do galerii. Pokłócą się o pieniądze, o zbyt wyzywające ciuchy dla córki, będą się sprzeczać, ale przy najmniej będą mieć jakąś podstawę do nawiązania kontaktu. Będzie jakaś relacja. I może uda się i syn zamiast w buntowniczym szale ućpa się fetą i pobiegnie łapać wiatr to zapisze się na sekcję bokserską, bo mu ojciec pokazał lewy prosty i będzie wyżywał się na kolegach, a oni na nim.
Inną sprawą jest korzystanie z drugów jako stymulatorów do działań artystycznych... To trochę nadmuchana sprawa. Nawet bardzo. Ale rozróżniam coś takiego jak ćpanie z nudów ew. ucieczki od problemów rzeczywistości, a ćpanie po to, aby dostać inspirację. Niestety z reguły ćpanie artystyczne kończy się po kilku latach ćpaniem systematycznym. Nie interesują mnie metafizyczne rozkminy, ale założę się, że zaskakująco dużo najlepszych płyt, obrazów powstało po jakiejś psychoaktywnej stymulacji grzybami, kwasami czy innymi wywarami. Kto raz tam był potwierdzi, że to kosmos. A przecież od jakiegoś już czasu organizowane są wyprawy Apollo 666 i do przodu. Więc dlaczego jeżeli to ma czemuś służyć, każdy świadomy konsekwencji na swojej psychice nie może tam polecieć, a tylko wybrani, the beściaki z NASA. Kosmos dla wszystkich!
Bardzo mnie interesuje jak ta ustawa jest skonstruowana i kto pierwszy, oraz czy uda mu się pod substancie psychoaktywne, które uzależniają podpiąć alkohol i tytoń. To będzie hit. Jak w walce z dopalaczami polegnie branża alko-tytoniowa.

poniedziałek, 4 października 2010

czwartek, 23 września 2010

Branżowo

Najbliższe kilka dni przynosie dwa ważne wydarzenia branżowe. Pierwsze to odbywające się w Krakowie Targi Music Media. Targi to trochę określenie na wyrost, ale fakty są takie, że będą pewnie wszyscy polscy dystrybutorzy sprzętów muzycznych, oprogramowania i gitar. A na niektórych stoiskach oprócz nie za bardzo kumających nutki hostess będą np. Krime skreczujący do upadłego na sprzęcie Vestaxa, czy zapewne jak to miało miejsce w latach poprzednich Eprom na wystawie ShowSystemu.

Druga impreza to Skrecz Sesja w ramach Free Mind Festiwalu. Mam nadzieję, że freestylowa formuła bitwy powinna skusić do udziału wielu djów. W jury zasiądą m.in. Mental Cut, Falcon oraz ja...

piątek, 17 września 2010

Tancerki

Taniec. Temat rzeka. O ile dawniej spowodowany był spontanicznym odczuwaniem muzyki tak teraz jest nawet nie tyle nęceniem godowym, a raczej ciężką pracą jaką trzeba wykonać, aby błyszczeć.
Grało się tu i tam, widziało się to i owo, tak więc po kolei przedstawię meandry zagadnienia w wydaniu klubowym.
Najbardziej lubię szary tłum szarych myszek. Nie są wybredne, nie strzelają fochów jak nikt na nie nie patrzy, bo skoro na ulicy nikt nie zwróci uwagi to czemu w klubie miałby to zrobić? Tuptają sobie, z nogi na nogę, czasami jakiś obrocik. Sączą sobie piwka z sokiem, a po dwóch czy trzech będą żywo i energicznie reagować na takty piosenek, które znają. Lecz niestety i wśród takich znajdą się pokraczki, które chodziły na kurs tańca i do dancehalli zapierdolą ciężki zryw bioder z szase w roli głównej, czyli polskie latino show. Następnie na samym środku kółeczka, które zrobią koleżanki z roku jest szansa, że w finałowym numerze zrobią szalone pseudo-poślado-trzęsienie (bliżej temu do szybkiego wypinania bioder...) z zejściem w dół, a rączki będą obowiązkowo w najgorszym wykonaniu trzymane na wysokości piersi. Wtedy chłopak Ani, bardzo zbulwersowany zapyta się jej skąd ona to coś zna i stanowczo poprosi, aby więcej tak nie robiła, bo wszyscy się patrzą, a zresztą na kółku tańców dworskich ich tego nie uczyli. Ruch ten będzie także koronnym numerem tak zwanych osiedlowych czortów, które obowiązkowo do tuptania dorzucą tandetnie wyglądający wyrzut nogi (co drugi takt) oraz zdarzy się im zajebać zmysłowe jak mój brzuch prężenie znane jako przeciąganie wytartej szmaty, lub trzymając się ściany zjazd w dół, nie w tempo i byle jak, tak jak całe ich życie. One nie zwracają uwagi na takie elementy jak wejście w parkiet, jak gracja i finezja. Ni chuja. Zwłaszcza jak się drugi raz w życiu ma szpilki na kopytach. Tego typu czikity czasami także uskutecznią tzw. kiwanke z energy rodem, której integralną częścią jest rysowanie kwadratu w powietrzu, a to wszystko do tempa 95 bpm. Czorty chciałyby być takie jak następna grupa dziewczyn, ale nie mogą się zdecydować czy ostatecznie wejść na drogę nieustających paputków, czy tylko z chłopakiem na klatce i jego kolegami w blokowej piwnicy. Kolejna grupa dzieli się na dwie podgrupy. Pierwsze to te, które robią to dla pieniędzy, a drugie tylko dla darmowych drinków. Pierwsze nie mają profilu na N-ce, drugie mają nawet na Fejsie. Tak więc sprawa dotyczy turbo wijców. Jak wijec wchodzi w parkiet to chłopak Ani, który jest liderem społeczności studenckiej poci się i moczy, a nawet to wejście może przepłacić spontaniczną dwójeczką... Oficjalnie takimi rasowymi sukami to on gardzi. Bo liczy się dusza i wnętrze człowieka. Ale w myślach ciężko je dojeżdża i to dłużej niż 8 minut z Anią. Tak więc wijec wchodzi. Muchy w nosie, pewny krok i praca biodrami. Ona wie, że one wiedzą, że ich faceci się patrzą i ślinią. Ona pracuje na układach, nie ma improwizacji, spontaniczności i szaleństwa. Jest seks, wyuzdanie w każdym ruchu, ty suko, seks, ty suko, kuszenie i znowu seks. I teraz uwaga, ważna sprawa. Sucz na zawodowstwie będzie to wszystko robić zmysłowo i powoli, a sucz amatorka czasami poniesie się z rytmem. Otóż sucz na zawodowstwie wie, że nie może się szybko ruszać, gdyż wtedy spocą się jej paszki, a przecież księżniczki nie śmierdzą!
I wracając do tanća, to mamy tu festiwal prężenia się, wyginania, wypinania i zejść w dół z równoczesnym z kręceniem tyłkiem ósemek w powietrzu. Przenoszenie ciężaru na lewą nogę, wypięcie i przejście na prawą. Falowanie, ujeżdżanie byczka i szybkie zrywy z zarzuceniem włosami. Lecz to wszystko zniknie, gdy klacz uświadomi sobie, że wygina się do utworu, którego nie zna. Tak więc rasowa nie tańczy do piosenek, których nie zna! Taka sytuacja może zaowocować tym, że za nią wyjdą osiedlowe gwiazdy, a za nimi samce i dyska chwilowo podupadnie. Lecz zostaną te najwierniejsze, odwalające czarną robotę tłumu, uśmiechnięte i tuptające szare myszki. Raz na jakiś czas z tegu tłumu wyłoni się dziewcze, które w domowym zaciszu z pomocą Youtuba rozpracowało jak sprawić, że cellulit stał się plastyczną masą którą można trząść w dowolnej konfiguracji. Samo trzęsienie to jedno, liczy się umiejętne zsynchronizowanie tego z np. powolnym ruchem bioder w górę i w dół, po przekątnej, czy nagłe przyśpieszenia na podwójne tempo. Na dancehallówny bardzo cięte są wijce, nie wiedzą po prostu co z nimi zrobić, czy one chcą je wygryźć z pracy i czemu faceci się na nie patrzą? Bicze są leniwe i im nie chce się uczyć ani wykonywać bardziej skomplikowanych ruchów niż prężenie i zazdroszczą trzęsawkom umiejętności. Poza tym, co najważniejsze, żeby kręcić tyłkiem swym, trzeba mieć czym!

W następnym odcinku będzie o szalonych chłopakach.

środa, 8 września 2010

Wielki Tydzień

Chyba drugi, czy trzeci raz w mojej oszałamiającej karierze mam tzw. Wielki Tydzień. Sześć dni pod rząd imprez. Na szczęście na miejscu w Krakowie, ale i tak jest to spore wyzwanie. Przestawiłem się całkowicie na tryb nocny, bo w sumie innego wyjścia nie ma. Biorąc pod uwagę fakt, że nie pije kawy ani żadnych innych energetyków tylko schabowe golonki i sen w ciągu dnia są moim źródłem energii. Najbardziej się obawiam dzisiejszej imprezy we Franticu. Granie tam wymaga dużego obeznania w muzyce której mam bardzo mało tj. imprezowym rnb w wydaniu party breaków. I nie chodzi tu o pop hity, ale taneczne utwory z ciepłym wokalem i z "czarnym charakterem" przy których dochodzi do tzw. bujania. Nie koniecznie tańczenia, ale bardziej bujania, prężenia i wyglądania. Kolejnym wyzwaniem jest sobotnia impreza w Centrali, ale tam zagram to co chciałem zagrać w kieleckim Chilloucie na urodzinach klubu mianowicie szeroko pojęte funky breakz i breakbeat. Chciałem, ale nie za bardzo zagrałem, gdyż doszło tam do zmiany i tak jak kiedyś klimat tworzyli tam bboye tak teraz parkiet przejeli rave'ovi ludzie węże i pół ludzie pół wobble bassy. Ich reakcje na kolejne wejścia miażdżących niskich tonów są na prawdę wybuchowe i widać, że ludzie przekonali się tam do tego soundu i chcą go.
Przy okazji imprezy w Kielcach mieliśmy kręcić brakujące sceny do Zbyszka, ale jak to bywa podczas imprez, gdy cały klub świętuje, a wódka leje się strumieniami wszystko skończyło się na chęciach i chwiejnych próbach. W brakujące sceny wstawi się krzyczący tłum z Ministerstwa.

piątek, 3 września 2010

Takie tam...

Ogólnie to w świecie szalonych klubowiczów dzieje się zbyt dużo i sam nie wiem od jakiej skandalicznej historii zacząć. Jak ją zakamuflować i w jakich okolicznościach ukryć, aby ona się nie dowiedziała, że on z nim, a mówił że wszystko z nim w porządku, lub aby on się nie orient orient że ona to śmietankowy wielki głód i nic na to nie poradzisz...
W tym świecie nocnego upadku i zwyrolstwa fajne jest to, że co byś nie zrobił to i tak na drugi dzień ktoś Cię przebije i Twoja historia będzie jedną z wielu, ale już nie tą najbardziej przypałową.

Nakręciliśmy klip do Zbyszka. Do produkcji Necro wiele nam brakuje, ale na nasze skromne warunki, w słowiańskiej rzeczywistości powinno wyjść całkiem dobrze. Jako, że cała ekipa to jedna wielka banda zboczeńców cała energia została skupiona na pewnym wersie:
"A najlepsze cycki w mieście to są cycki Zośki, to są, to są.... " Tak więc oprócz cycków nie za wiele więcej mamy. Ale jeżeli plan wypali to jutro podczas:

URODZIN KIELECKIEGO KLUBU CHILLOUT

uda nam się dokręcić może nie tak spektakularne sceny, ale równie ważne.

Wczoraj tj. w czwartek grałem w Ministerstwie. Jak co czwartek dyskotego-arenbi-ogien ogien-teke. Ognia nie było, tłumów także i o 1 zaczeły się problemy z frekwencją na parkiecie. Wycieczki, zwiedzanie, sączenie pod ścianą, odwrót. Próbowałem wszystkiego. Od party bangerów z Lil Johnem na czele a la Frantic, po ponowny tego wieczoru back to Radio Eska hits. I nic. Stwierdziłem, że skoro nic z tego, to przynajmniej sprawdzę jaką muzykę bedę mógł zagrać podczas wyżej wspomnianych urodzin Chilloutu. Tak więc zaczęła się eksploracja 3 katalogów: funky breakz, fb mashups, breakbeat. I siadło. Z każdym kolejnym numerem na parkiet wracała kolejna grupka, a te które już były żywo reagowały i dawały się ponieść muzyce w szalonym tanecznym szale. Krafty Skillz, Featurcast, Dizee Rascal, czy inne Deekliney. To tak pobieżnie przeglądając tracklistę. Dawno nie miałem takiej publiczności i granie każdego kolejnego numeru traktowałem jak wyzwanie, aby przypadkiem (odwrotnie niż zazwyczaj) nie wrzucić czegoś zbyt znanego i lubianego. Ten set to było na prawdę miłe zaskoczenie i powrót do czasów tzw. starego Ministerstwa, gdzie grałem to co chciałem, a nie to co moge chcieć jeżeli chce mieć pracę.
Teraz już wiecie czego można się spodziewać w sobotę w Kielcach. Jeżeli są na tym świecie osoby, którym nie zależy aby być na mynight (w Kielcach nie ma) to zapraszam na ciekawy i na pewno podszyty alkoholową patologią melanż.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Dj Motyl




Już szykowała się leniwa sobota z Polsatem i zimnym Kasztelanem... I zadzwonił telefon. Emergency DJ Service - słucham? I wyszło, że jadę grać do krakowskiego klubu Frantic. Tak więc pojechałem i grałem z Motylem.
Pierwszy raz poznałem tego dja, lat temu kilka podczas katowickich eliminacji ITF, gdzie w klubie Mega miał swój spory fan club, który bez względu na to co dj robił i tak krzyczał: Motyl!!! Nie pamiętam jaki wynik osiągnął, ale przez kilka lat był wizytówką katowickiego turntablismu bitewnego. I pomimo, że turniejowe rutyny zamienił imprezowe sety to turntablism został mu we krwi. Gra coś co potocznie nazywa się "czarną nutą". Jest to hiphop, rnb, dancehall i wszystkie klubowe "czarne" bangery z tym, że nie za bardzo wkracza w pop. O ile ja śmiało gram popowe dyskoteki, puszczając piosenki - hity. To on raczej skupia się na remixach, blendach i party breakach osadzonych w szeroko pojętych, komercyjnych hiphopowych ramach. Do tego nie zapomina o swoich korzeniach i stara się cały czas coś doskreczowywać, wgrywać, czy np. podkręcać syrenami. Podobnie jak Bleq czy Hdd Cut gra dynamiczne sety z wykorzystaniem padów i wszystkich tych trików na cue pointach oraz przejściach z wykorzystaniem zapętlania np. ostatniego taktu. Jednak to co go wyróżnia to właśnie te szybkie, precyzyjne skrecze które czasami dublują stopy, czy werble i duża aktywność na deckach. W sumie to brakuje tylko juggli...
Postać Motyla to dla mnie kolejna niespodzianka. Nie byłem świadomy jak bardzo rozwinęła się scena rnb-party djów. Mimo, że w sumie każdy z nich gra podobne utwory, to jednak słychać, że jest jakaś rywalizacja, że szukają nowych editów, że rozwijają swój warsztat, że mimo, że tak jak ja mogliby pójść trochę na łatwiznę w graniu, to oni jednak napierają. Dobrym pomysłem byłoby zrobienie bitwy na np. 10minutowe sety. I sądzę, że nawet najbardziej zagorzałym anty fanom szalonej czarnej muzy, samo techniczne wykonanie tych setów przypadło by do gustu.


Czy jak się grało cały weekend i gra się w poniedziałek to:
a) weekend się skończył i właśnie zaczyna się nowy?
b) weekend jeszcze trwa?
c) pół człowiek pół dj nie potrzebuje snu?

czwartek, 26 sierpnia 2010

Dj Mag

Jakiś czas temu opowiedziałem na kilka pytań. Teraz te odpowiedzi w formie komentarza możecie przeczytać w poniższym artykule. Artykuł ukazał się w czasopiśmie DJ Mag. Całość do kupienia np. w Empikach, lub do pobrania tutaj.
Nie ważne w jakim kontekście piszą, dobrze czy źle.. ważne żeby pisali...



wtorek, 17 sierpnia 2010

19.08 Czwartek. Krecimy klip do Zbyszka!!!

Za dwa dni, to jest 19 sierpnia w Krakowie, w klubie Ministerstwo na ul. Szpitalnej 1 kręcimy klip do Zbyszka. Dla tych którzy chcą zagrać jakieś role i w miarę wcześnie przyjdą do klubu (nie o 23 a np. o 20:30) obsługa przygotuje nie żadne oszukiwane welcome drinki, tylko jak to na plan zdjęciowy do Zbyszka przystało normalne a la literatkowe darmowe kieliszki ciepłej wódki. Tak więc zapraszamy...

Mały plan:
od 20:00 krecenie sie po klubie i kręcenie scen. Dj gra RNB Hity, żeby turyści zostali w klubie i robili tło...

od 24:00 kręcenie się po klubie i kręcenie scen w mniej skoordynowany sposób i ogólnie haos pode mną i haos nade mną. Dj zaczyna grać breakbeaty, co drugi kawałek do Zbyszek, baltimory i mashupy

od 2:00 kamera ustawiona w jednym miejscu bo nikt nie jest w stanie jej trzymać. Dj stoi przy gramofonach ale tylko stoi. Za sound odpowiada playlista mixtejpów.

niedziela, 8 sierpnia 2010

Straszny Dwór. Zielona Góra.

No i udało się wreszcie wyrwać z krakowskich piwnic i zaliczyć kolejny wyjazd. Z wyjazdami u mnie to jest tak, że mam taką teorię, że lepiej jechać do innego miasta, tłuc się przez pół Polski i zarobić na tym mniej niż grać kolejnej taką samą Imprezę w swoim mieście. Jeździć po prostu trzeba, bo dzięki temu o Tobie jest głośno i coś się dzieje. Jak zwykle trzeba ponarzekać, więc szkoda, że w przypadku takich podróży jak ta, gdzie nie było mnie 28 godzin nikt nie jest skory do płacenie za roboczogodziny wyjeżdżone pociągami.
Po Zielonej Górze nic się nie spodziewałem. Liczyłem, że może być dobrze, ze względu na to, że imprezy w Strasznym Dworze ogarnia mój stary znajomy Beny. Który już z lat temu chyba 7 robił biby w Żarach i pojęcie o tym ma. Klub, to a skrócie o połowę mniejsze ministerstwo, a klienci to mieszanka wszystkich ze wskazaniem za studencki rodowód. Jednak nie są to studenci w rozumieniu statystycznej klienteli klubu Studio na krakowskim miasteczku AGH. Tutaj raczej kultura, własny gust muzyczny, otwarta głowa. Nie wiedziałem czym zacząć, więć stwierdziłem, że trzeba pokazać znak. Symbol, instrukcję za którymi pójdzie lud. Puściłem "Kroki" Junior Stresa i udało się. Następne kilka godzin spędziłem grając ogólnie breakbeat, funky breakz i mnówsto maszupów z gitarowym zacięciem, przy których te kilkadziesiąt osób na danceflorze wpadało w pogujący taniec zaklinacza węży. Dawno nie byłem w takim miejscu, gdzie można sobie aż na tyle pozwolić. Gdzie ludzie chcą abyś ich zaskoczył. Aby kolejny rytm był wyzwaniem, a melodia przewodnikiem. Nie liczyło się prężenie i wyginanie do popowcyh hitów, a liczył się po prostu taniec. Jeżeli ktoś z Was dostanie tam booking to uważajcie z propozycją pod tytułem: PIJESZ DJ WÓDKĘ? Jako, stary antropolog i ostatni żyjący który był świadkiem wielkiej wędrówki ludów przez góry Ural, wiem, że tubylcom, co by ich nie urazić na takie propozycję się nie odmawia. I proszę, nie doszukuj się tu jakiegoś problemu z alkoholizmem. Nikt nie mówi o upijaniu się, a jedynie o pozytywnej odpowiedzi na szczodrą gościnność gospodarzy. I tutaj pojawia się zagadka. Dlaczego po pytaniu czy pije wódke, przynieśli mi w Zielonej Górze kieliszki ze śliwowicą? Dobrze, że tylko 70%, ale jednak wypicie dwóch takich 50tek może delikatnie zresetować błędnik. Na szczęście dla mnie przeszedłem próbę ognia i po dwóch kolejkach lokalsi nie kontynuowali już swoich rytuałów gościnności...
Tak więc jeżeli dostaniecie propozycję grania w Strasznym Dworze, bierzcie, bo na prawdę gra się tam bardzo dobrze. Pozytywny odbiór twojej pracy. Pełny parkiet i solidny organizator.

A już jutro, czyli w poniedziałek powrót do KRK POP ATAK, czyli poniedziałkowy szał by night w Ministerstwie, wtorkowe (jeszcze nie wiem co) w Materii i znowu Czwartkowe, tym razem Będzie Piekło Bejbe w Mini. Zapraszam na dyske.

piątek, 6 sierpnia 2010

VESTAX

Pamiętacie początek XXI wieku i pierwsze spotkania z kosmicznym produktem, czyli Vestaxem PMC-05? Miało je wtedy tylko kilka osób w Polsce, a krążyły o nich legendy, że ISP je projektowali, że są niezniszczalne, że to UFO i tym podobne. Dla większości djów pierwsze spotkanie z nimi od razu owocowało zdecydowaniem, że "JA CHCE TO MIEĆ!!!". Wcześniejsze przygody z Numarkami (były takie 3-kanałowe) w których zamiast crossfejdera był hebel, czy z Scratchmasterem marki Gemini, na którym się skreczowało switchem, zostawiały trwały ślad na psychice i chęć posiadania Vestaxa. Wtedy imprezy w Polsce grało tylko kilku djów i każde pojawienie się Deszczu Strugi, Krimea, czy DMC powodowało lokalne zbiegowisko w celu podziwiania zero piątki. O ile 05 od razu podbiła serca, to Vestax nie mógł przebić się z gramofonami. Głównie ze względu na cenę tylko kilka osób zdecydowało się na ich zakup. Pamiętam, że tam gdzie grał Feelx, czy Bart tam pojawiały się decki o oznaczeniu chyba A1, które już fabrycznie miały ustawienie "turntablistycznie". Nastepnie historia Vestaxa w Polsce to pewnie już znane wszystkim 06 (pamiętam, że Twister i Pistolet na nich grali), 07 oraz gramofony PDX-2000, które w swoich pierwszych wersjach były niczym Skody 1,9 TDI, a ich późniejsze (podobno chińskie) klony lubiały się po prostu pierdolić. Na całą resztę, tych wszystkich cyfrowych następców 07, Samurajów, czy QFO raczej uwagi nie zwracałem. Do czasu.
Vestax PMC-05 wersja IV dosłownie gwałci, w taki brudny niemiecki sposób dupsko po prostu. Prosty i przez to genialny mikser, który ma to wszystko co digital dj potrzebuje w 2010 roku. Gram bardzo często na Rane ttm57 i po dłuższym czasie użytkowania uważam, że to bardzo słaby mikser, który chyba został za szybko wypuszczony, bez konsultacji z djami. Co mnie w nim wkurwia najbardziej to zacinające się i słabo reagujące przyciski (cue pointy..), które w Vestaxie są wykonane z bardziej "padowego" materiału, są większe i lepiej nimi operować. Dla mnie to ma fundamenalne znaczenie i uważam to za największą zaletę tego sprzętu. Oczywiście te 3 przyciski do cue pointów i 3 do pętli to nie jest 16 padów, czy np. X1, ale z obserwacji jak Bleq radził sobie z nimi wynika, że wystarczają i powodują, że nasza praca w jeszcze większym stopniu może być zajebiście fajna.
Reszta czyli crossy, suwaki i pokrętła to Vestaxowa norma, czyli wszystko na najwyższym poziomie. Pewnie teraz będzię to nowa droga w rozwoju mikserów, aby wbudowywać do nich nie efektory, a moduły za pomocą których przy udziale USB sterować będzie można programami. Dobrze dla całej branży by było, gdyby jakaś firma np. Pioneer zrobił remix z patentami i w jeden mikser wbudował uniwersalna platformę obsługującą wszystkie programy od Traktora po Serato.

środa, 28 lipca 2010

Historyjka... Powrót w wielkim stylu ?

Chwilę to trwało zanim się tu odnalazł. Trzeba mieć albo silny charakter, albo mieć wyjebane żeby to ogarnąć. Nietypowe formy zarządzania tym klubem u niejednego powodowały bezsenność i brązowienie bielizny na tle nerwowym. Na początku i jemu się udzieliła ta atmosfera oczekiwania na Wyrocznie. Raz na jakiś czas nadchodził dzień sądu i Wyrocznia w swoim oryginalnym stylu przypominała personelowi jak to było za czasów niewolników na plantacji bawełny, gdzieś w Masacziusets, Arizona, Waszington, DC Piotr Kraśko czy inny Max Kolonko. On jako napływowa siła robocza starał się i sumiennie oddawał się obowiązkom, gdyż praca ta to było zbawienie dla jego portfela naciągniętego życiem studenta w Krakowie. Chodził i uczynnie zbierał szklanki i szklaneczki, mył, sprzątał i nie wychylał się. Był tłem. Nie integrował się ze showmanami-barmanami którzy na swoje historyjki o tym jak to niby jeżdżą wyczynowo na rowerach wyrywali niewiasty. Nie zagadywał do postarzałego dja z brzuszkiem, któremu się wydawało, że ludzie tańczą bo fajnie gra, a nie dlatego że się opili i są promocje na barze. Był sobie, pracował i tyle go widziano.
Tym razem wieczór potoczył się troszeczkę inaczej niż zwykle, gdyż przy sprzątaniu stolików znalazł na kanapie małą buteleczkę, tzw. małpke wiśniówki. Ktoś pewnie wniósł, co by zaoszczędzić i zgubił kontrabandę. A nasz szklankowy nie chwaląc się nikomu ze znaleziska spokojnie, systematycznie zaczął jej konsumpcje w swoim królestwie to jest na zmywaku. Wieczór się rozkręcał. Jako, że był to jeden z pierwszych dni tygodnia dj grał na małej sali, co powodowało że od ok. 23 impreza przeradzała się w saune. A tego dnia pociła się głównie hiszpańska młodzież zgarnięta do klubu przez obrotnego naganiacza. Tak więc było gorąco. A jak jest gorąco to jest obrót na barze bo ludzie piją, piją i jeszcze raz piją. To oznaczało, że bohater tej już przynudnawej historyjki miał dosyć konkretny zapierdol. Kursował i mył, kursował i mył. I za każdym razem przy zmywaku popijał sobie łyczek wiśni i z każdym łyczkiem wydawało mu się, że pewna czarnowłosa czikita z Katalonii coraz cieplej patrzy się na niego swoimi ciepłymi oczyma. Peszył się. Nie był świeżakiem, przerabiał na akademikach i wcześniej też to i tamto, doszedł nawet to opcji OKURO i groty nestle. Ale najwyraźniej jej iberyjska uroda miała magiczne oddziaływanie. Z jednej strony nie wiadomo dlaczego bał się znowu wyjść na salę, a z drugiej chciał tam być i podziwiać jak jej opalone ciało faluje w rytm muzyki. Z jednej strony wiśniówka go napędzała, ale z drugiej rozsądek pytał się: "Co ty jej chłopie powiesz? Seat, Barcelona?
Nic nie musiał mówić, ona powiedziała, nie wiadomo za bardzo co ale seksownie sepleniła a jej czarne oczy biły seksem o domagały się tanga w pozycji horyzontalnej bez zwracania uwagi na trzymanie ramy. Zaczeli tańczyć. Niepotrzebnie. On nie czuł się komfortowo robiąc sobie przypał w pracy, a ona tego wstępu do gry wstępnej nie potrzebowała. W tłumie, w zamieszaniu przeszli do zamkniętej części klubu, a antresole gdzie schowali się przed światem, aby odkryć się przed sobą.
To był temperament wychodowany na plażach Costa del Sol. Szybkie i soczyste pocałunki, przerywane delikatnymi i bardzo wymownymi przygryzieniami, westchnienia i szepty w języku który sam w sobie jest afrodyzjakiem. Rozpędzali się. Lizał jej nabrzmiałe ciemne brodawki, a ona syczała słodko wijąc się i mdląc zarazem. Nie liczyło się, że barmani dostawali kurwicy szukając czystych szklanek, nie liczyło się, że brudne szklanki roztrzaskiwały się na parkiecie, nie liczył się dj, który chciał iść się odlać i błagał w myślach aby szklankowy podszedł i na chwilę przypilnował sprzętu. Była ona, był on i było flamenco. Nie pozwoliła się zbyt długo pieśić, była głodna, była napalona. Chwyciła swoimi pełnymi wargami penisa i zaczęła szlifować swój kataloński na zmianę z walijskim. A on widział tylko piękny czerwony kwiat uczepiony za jej uchem, który cudem trzymał się jeszcze jej czarnych włosów. Torreador byka chyba nie dosiada, ale ona dosiadła i zaczeła wierzgać i rzucać wbijając swoje krwiście czerwone paznokcie w jego klatke. Unosiła się opadała wydając z siebie piski i jęki rozkoszy. Nagle w szczytowym momencie swojej corridy, zatrzymała się, głęboko westchnęła i rozpłakała się. Po czym najpierw przytuliła się do swojego słowiańskiego macho, a następnie tym razem przypominając sobie akcentowanie w języku baskijskim pozwoliła aby perła zalśniła na jej rozpromienionych, brązowych licach.

środa, 21 lipca 2010

Dj ETAT



Raz na jakiś czas dostaje angaże jako puszczacz muzyki tła przy okazji różnych mniej lub bardziej komercyjnych wydarzeń. Głównie w tym chodzi o to, aby wyglądało że jest dj (więc trzeba takiego, który z gramofonow gra), oraz o to aby muzyka którą grasz nie uśpiła wszystkich i nie była także zbyt agresywna, głośna, czy inwazyjna. Reszta nie ma za bardzo znaczenia i nikt nie przykuwa uwagi do jakości grania, jakości dzwięku czy selekcji. Tego typu fuchy to z reguły ośmio lub dziesięcio-godzinne maratony w "topowych" lokalizacjach. Tak więc zdarzało mi się grac dla Heyah, gdy ściągali sim locki za darmo i spędziłem kilka dni puszczając piosenki przy centrach handlowych. Zapewniałem oprawę muzyczną na stoisku Fiata w środku Galerii Krakowskiej, gdzie non-stop trzeba było się pilnować, co by jakiś sprytniejszy żul nie ukradł płyty, słuchawek czy innego sprzętu.
Tym razem trafiło mi się granie na placu dworcowym w Krakowie podczas turnieju koszykówki w ramach Juliady. O samym graniu nie ma co pisać, ale co jest ciekawe to kolejna nauczka dot. riderów i opisów naszych wymagań dot. warunków pracy. Otóż do tej pory miałem podpunkt, że w przypadku grania na zewnątrz, wymagam aby grać pod zadaszeniem. Żle, należy do tego dopisać, że zadaszenie powinno chronić obszar min. 1 metr poza stanowisko pracy i być odporne na warunki atmosferyczne tj. nieprzemakać i nie przepuszczać promienii słonecznych.
Otóż zgodnie z ustaleniami dostałem swój namiot, który w drugim dniu imprezy nie poradził sobie z deszczem i znowu zalało mi Maca... Na szczęście po 2 godzinach suszenia włączył się...
Oprócz takich przepychanek z ustalaniem warunków pracy, czekają na dja jeszcze zasadzki związane z wypłatą. Żeby to zrozumieć trzeba przyjżeć się strukturze organizacyjnej:

Organizatorzy, czyli najczęściej duże agencje reklamowe typu btl, atl, i chuj wie co, które za bardzo się nie znają, ale wygrywają przetargi i mają kontakty biorą podwykonawców, czyli mniejsze agencje, które się znają, ale które nie mają znajomośći w zarządach korporacji i te małe agencje wynajmują djów. Małe agencje nie mają pieniędzy, a duże mają i mają też wyjebane. Więc te małe robią wszystko na terminy płatności i jak najtaniej, a duże przysyłają jakiegoś ulizanego pedała, który mimo, że nie ma tego w umowie non stop coś wymyśla, to mu się nie podoba, tamtego nie czuje i ogólnie dąży do tego aby obudzić się rano na pętli w Pleszowie z kondomem w dupie...
I teraz tak. Duża korporacja płaci po miesiącu dużej agencji, ale duża agencja mimo, że ma kase i mogłaby wcześniej zapłacić to ma wyjebane i czeka ten miesiąc po czym się okazuje, że prezes jest na regatach pionierów marketingu i przelew nie wychodzi... a czeka na niego mała agencja, która ledwo wiąże koniec z końcem i ni chuja wcześniej nie zapłaci, tak więc trzeba się przygotować na tzw. "jutrzo przelew wyjdzie" i czekać, o czym warto pamiętać przy ustalaniu stawki. Ogólnie w negocjacjach proponuje przyjąć taktykę że np. stawka za godzinę pracy z własnym sprzętem i obsługą techniczną (chodzi o transport, rozłożenie, złożenie decków- ciężka praca) to np. 200 zł netto. I teraz w zależności od ilości godzin, dni i terminu schodzimy w dół. Mój rekord chyba z trzy lata temu dla pewnej telewizji to właśnie 200 zł/godzina, a angaż był na 10 godzin. Ale z reguły są to mniejsze stawki rzędu kilkuset złotych/dzień.

środa, 14 lipca 2010

Pretensje do całego świata odc. 1521

W kolejnym odcinku pretensji do całego świata autorstwa Dja Trakmajstra zajmiemy się ulubionym jego tematem, czyli zwalaniem winny na innych. Tym razem padnie na włodarzy klubów. Zapraszamy i życzymy miłej lektury.
Jedną z najbardziej wkurwiających mnie sytuacji, która towarzyszy naszej profesji jest odwoływanie imprez przez ich organizatorów. Samo odwołanie to jeszcze nic. Najbardziej wkurwia świadomość, że gdy już zabookowali termin to miałeś 10 telefonów z propozycjami grania, na które odmówiłeś, gdyż termin już jest zaklepany... Ale po tych kilku rozmowach nadchodzi czas na tą ostatnią, z której się dowiadujesz że nic z tego, lipa, grania nie ma. W moim przypadku najczęściej tłumaczenia to, że ktoś zapomniał zrobić plakatów, albo, że już nie sezon na imprezy, ew. w klubie bookingami zajmuje się 1500 osób i ktoś czegoś nie dograł i terminy się pokrywają. Każda z tych przyczyn pokazuje jak bardzo osoby zarządzające światem rozrywki nie mają o tym zarządzaniu pojęcia.
Na chwilę wtrącając nowy wątek, to pomimo, że jestem ostatnią osobą która jest za edukacją to jednak uważam, że nasi menadżerowie, lub osoby pełniące tą rolę o swojej profesji za wiele nie wiedzą i może nawet (że ja to napisałem...) jakieś zarządzanie kulturą zaocznie by się przydało??? A ich praca raczej polega na bywaniu w klubie, piciu kawy ew. mojito i snuciu planów. Wcześniej byli djami, barmanami, lub po prostu szalonymi klubowiczami i tak krok po kroku od szklankowego stali się naszymi pracodawcami. Dostają te "posady" głównie dlatego, że znają djów i to jest najważniejszy chyba czynnik. Że to jego znajomi, że załatwi dobrą cenę. Nikt nie zastanawia się nad tym jak ściągnąć ludzi. Jak promować klub na portalach społecznościowych, jak rozegrać system naganiania za pomocą ulotek rabatowych, jak sprawić by ktoś do tego klubu chciął przyjść, gdy już ściągnie się jakiegoś dja. Zresztą życie pokazuje, że zbyt ambitny manager i tak odbije się od własnego widzi mi się właściciela, który nie ma na nic kasy, który nie wie, nie zna się i dajcie mu spokój, bo on myślał, że jak się otwiera klub to klub od dnia 1 przynosi miliony monet zysku. A tu trzeba rurę w ubikacji naprawić bo cieknie i szczoch zalewa szatnie...
Dla nas - djów układ, że menadżer to nasz znajomy z prywatnego życia a nie tylko z klubu, to zły układ. Jeszcze jeżeli właściciel ma ogólnie na wszystko wyjebane i posługije się nim jak marionetką to skończy się to tak, że od godziny 2, gdy akurat impreza nie wypali zaczną się tzw. dyplomatyczne wycieczki, proponowanie drinków ponad kreskę i ogólnie co tam, jak tam ziomeczku. Czyli norma, nie ma kasy i zaczynają się schody. Probowałem różnych rozwiązań. Raz pójdziesz na rękę to już po tobie, nigdy nie dostaniesz później pełnej stawki, zawsze będzie jakieś ale mimo, że swoją pracę wykonujesz jaknajlepiej potrafisz. Trzeba być krakowskim żydem z Poznania o szkockich korzeniach. Trudno, obrażą się, będą za plecami od gwiazdorów wyzywać, ale jeżeli djing to twoja praca a nie hobby po godzinach to tak trzeba zrobić. To też ich nauczy, że nie mogą winny za źle wykonaną, swoją pracę zwalać na innych. Bo niestety, czasami nawet najlepszy dj, może nie mieć frekwencji gdy klub dobrze nie funkcjonuje, począwszy od bramki, a na tempie pracy szklankowych skończywszy...
I po iluś latach grania, mimo, że jestem anty podatkowo-zusowo-biurokratyczny to jednak dla własnego komfortu pracy jestem za tym, żeby podpisywać umowy, wysyłać ridery mailami i wystawiać faktury. Konkretnie kurwa, a nie jak w 99 gdy jeżdziłem z walizką w której była Unitra, a w plecaku 30 winyli i było Yo, check it madafaka.

niedziela, 4 lipca 2010

Dj Bleq




Idąc tropem imprezowego grania w wydaniu black/rnb/south/breaks, który to podjąłem po graniu imprezy z Hdd Cutem i miłym zaskoczeniem jego poziomem, trzeba wrzucić te dwa poniższe filmiki. Jest na nich Dj Bleq, który gra na żywo swoje imprezowe rutyny, tego typu sety ma przygotowane i w zależności od imprezy jest w stanie to zagrać niczym rutyne na zawodach. Jeżeli nie podoba Ci się muzyka, to zwróć uwagę na technike, spójność, patenty. Przyznać muszę, że ja ze swoimi skillami podczas grania imprez ograniczyłem się do zwykłych mixów na refrenach. A odkąd gram na Serato trochę dołożyłem zabawy z cue-pointami i robieniu własnych remixów podczas grania, ale i tak to mało. Trzeba kupić pady.
I z drugiej strony... szkoda, że nie nagrywałem setu który grał Dj Lady Bug aka Biedrona podczas naszego ostatniego wspólnego grania w Electric Cafe. Było to mistrzostwo wyważenia, spójnośći, melodyjności. Grał breaki, grał breakbeat, grał funk i mimo że nie miał opisanych utworów (tonacjami A coś tam, B6) to wszystko to tworzyło jedną pulsującą bombę. Do tego jako selektor dobierał tak utwory, aby budować napięcie, podkręcać, dać oddech. Mistrzostwo old schoolowego miksowania z winyli.

A teraz party rocker:

dj bleq promo ( rnb/pop ) from dj bleq on Vimeo.



dj bleq promo (rnb/rap/breaks) from dj bleq on Vimeo.

sobota, 3 lipca 2010

Dj Wojak. Nie doceniałem...

Dj Wojak - z tego co pamiętam, to wydał jakieś mix-cd, ale ogólnie to nie doceniałem postaci. Ostatnio w Sopocie zamieniałem kilka słow, ale tego się nie spodziewałem. Teraz jednak mogę powiedzieć, że pełny szacun i respekt. Dleczego? Dlatego:

czwartek, 1 lipca 2010

Frantic

Bardzo podoba mi się moja nowa rola emergency dj. Ktoś zachorował, ma w innym mieście booking, zruchali go i nie wstanie, ja jestem, gram. Tym razem padło na Frantic i w zastępstwie za Bleqa, który wybrał się do Poznania. Moja przygoda z Franticem zaczeła się jakieś 4-5 lat temu gdy Grzesiek (G'O'D), a z nim ekipa Dirty Hustlaz rozkręcali tam imprezy na małej sali. Te imprezy to był początek wprowadzenia do krakowskich klubów czegoś co ogólnie nazywa się black music, wcześniej imprezy pod tym szyldem to najczęściej były stricte hiphopowe spędy zip squadowców i całe osiedle śpiewa z nami chwdp... A tutaj powstało coś co zwykłym studentom, bywalcom, turystom i klubowiczom spod Miechowa pozwalało tańczyć do cukierkowego hiphopu, dancehallu czy popu z lat 70tych. Ja wtedy tego nie wiedziałem, i myślałem, że skoro tam jestem to musi być Yo, dokładając do tego moje breakbeatowe zapędy, brak Serato i zbyt mała kolekcję płyt wyszło, że wypadam z gry. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że dje którzy tam grali rozkręcali następnie imprezy w takich miejscach jak Midgard, Fusion (Miurzon) i po kolei przejmowali krakowskie lokale. Tak więc uważam, że w tym temacie działalność małej sali we Franticu to było coś na zasadzie trampoliny, aby wbić się gdzieś dalej.
No i po kilku latach przerwy znów udało mi się zagrać w tym lokalu, chociaż obecnie niewiele ma z wyglądu z tamtym wspólnego. Po pierwsze w tamtych latach wejść do Frantica, to było coś, teraz można zauważyć że faceci śmigają sobie tam w szortach, więc wychodzi na to, że konkurencja dała o sobie znać i trzeba było odpuścić. Po drugie pamiętam, że często były tam problemy sprzętowe, teraz jest to wszystko dobrze skonfigurowane, a dje miałby wręcz komfortowe warunki pracy, gdyby nie otwarta dla stawiaczy browarów i innych szklanek djka. Poza tym Frantic zawsze kojarzył mi się z lokalami jak to teraz się modnie nazywa glamur (tak, glamur - bo to Polska), a widać (może przez selekcję), że klubowicze to już nie tak jak kiedyś zestaw odpierdolonych gwiazd gdy jest ciemno, a po prostu ludzie którzą chcą się bawić.
A teraz odnośnie grania. Jak to przystało na dja z 10letnim starzem, konkretnie spierdoliłem swoje sety. 2 pierwsze wejścia to nauka gry na gramofonach Numarka, gdzie każde wejście przy pomocy skreczu, a nie cue pointa, kończyło się poważnym rozjazdem. A 3 set to walka z playlistami, gdyż tempo narzucone przez Hdd Cuta, a którym grałem, poważnie przetrzebiło mi moje jeszcze ubogie zbiory bangerów. Chociaż ludzie tańczyli, czasami nawet żywiołowo reagowali więc w odbiorze może nie było tak źle.
Teraz odnoście Hdd Cuta, którego ostatnio widziałem kilka lat temu, kiedy był młodym zapalonym na skrecze ziomkiem. Teraz jest klubowym wyjadaczem, doskonale odnajdującym się w roli dja. Co tu dużo pisać, Traktor, pady Akai i gigabajty muzyki. Wszystkie utwory podkręcane przez party breaki, przez efekty, remixy, mashupy, blendy - na prawdę to jego dynamiczne granie z użyciem tych wszystkich możliwości które oferuje Traktor zrobiło na mnie wrażenie. Chociaż ja jestem zdania, że grając pewne utwory na zasadzie cały klub zna refren lepiej je dłużej grać, skoro już je gramy to pozwólmy dziewczynom, które są na panieńskim koleżanki pobawić się w kółeczku.
W każdym bądź razie, kolejny etap mojego Seratowania to obowiązkowy zakup padów i nauka tych wszystkich pętli, skracania, kończenia echem i tak dalej...

wtorek, 29 czerwca 2010

Mistrzostwa Polski Djów IDA 2010

REEBOK PUMP Mistrzostwa Polski Dj’ów
Gwiazdy specjalne:
- DJ PRO ZEIKO (GER) Mistrz Świata Dj’ów ITF 2005
- SCRATCH BUSTERS (ITA) Mistrzowie Świata Dj’ów IDA 2009
Plaża Kraków 10.07.2010
Start 16.00
wstęp free (scena na tarasie plaży)

zgłoszenia: agencja@zooteka.com.pl

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Jak się bywa...

to się jest. Wyszli więc ze swoich nor wszyscy, którzy liczą się na mieście, wszyscy którzy mają pod każdym wpisem na facebooku min. 5 komentarzy, wszyscy którzy prowadzą bloga, którego czytają inni, co też mają bloga. Wyszli ze swoich drugich mieszkań klubów - barmani, dje. Przestali klepać w wytarte klawiatury dziennikarze i znawcy muzyczni i wyszli nie nocą, a dniem. Byli też Ci wszyscy którzy tylko bywają, ale skoro bywają to są.
Fajny to pomysł, aby takie wydarzenia robić w niedzielne popołudnie, bo wszyscy Ci o których wspominam wyżej mają czas, mają wolne i mogą bywać.
Fajny to pomysł, aby takie coś organizować w centrum sztuki japońskiej bo sama miejscówka nobilituje wydarzenie do rangi wydarzenia.
Czas już chyba najwyższy aby napisać o co kurwa chodzi? A więc chodzi o urodziny Radiofoni, rozgłośni z Krakowa, której nikt nie słucha i w sumie dużo szumu o nic, ta cała impreza. Ludzie przyszli nie dlatego, że to urodziny jakiegoś radyjka, tylko dlatego, że grali konkretni wykonawcy. A w naszym przypadku byli to Robi Swift i Mista Sinista. Old School old schoolem, ale oglądając przez kilkanaście minut jak Rob Swift puszcza bity, a tłumik pod sceną żywiołowo reaguje wkurwiłem się niemiłośernie, na ten ów tłumik. Bo... Na tej samej sali było minimum 3 djów, którzy za przeproszeniem ruchają Rob Swifta na wszystkie strony świata, jeżeli chodzi o połączenie techniki, diggingu i patentów gramofonowych. A ten ów krakowski tłumik mając na codzien tych djów zachowywał się co najmniej jakby Rob Swift pokazał koło, zaraz po tym jak pokazał ogień. Niby byli na tej imprezie ludzie, którzy podobno się znają i ogólnie bezendu i tak dalej, a przez swoje piski, krzyki i chuuura na proste triki Rob Swifta przy puszczaniu funkowych breaków pokazali, że nawet w takich pseudo wyższych sferach nie liczą się skille, a medialna oprawa i ciśnienie ksywki.
I sprowadziła ta Radiofonia dwie legendy turntablismu. Zrobili nam zawody DMC 1998 w 2010 roku. Respekt. Ale mając do dyspozycji te same środki budżetowe mogli sprowadzić na prawdę konkretny skład i wesprzeć go jakimś polskim supportem...
Ciekawy jestem co Mista Sinista zrobił?

Acha, news plotkowy jest taki, że on tam był i udało mi się zrobić z nim fotke! Życiówka.

piątek, 18 czerwca 2010

Red Bull...

Jako, że przechodzę wyzwanie aktimela i z własnej, przymuszonej woli zamiast sączyć piwko, sączę np. kefir truskawkowy z OSM Sanok przymoniała mi się jedna z mocniejszych historii z energetykami w roli głównej.
Otóż lata temu w Red Bull Polska pracował pewien pan, jak się później okazało trochę bajkopisarz, który w sumie to chyba sam od siebie zaproponował mi jako dziennikarzowi wyjazd na Red Bull Music Academy bodajże do Barcelony, albo Berlina. W każdym bądź razie tak czarował, że ja wypełniałem ankiety, pisałem, dzwoniłem, odpowiadałem na pytania i co? I jak zwykle wielki chuj. Bo coś, tam, bo budżet, bo zapomniał. Ale w międzyczasie dostałem od niego zaproszenie do zagrania podczas imprezy Red Bulla, która odbywała się w atrium biurowca wtedy Deutsche Banku na warszawskim Mokotowie. No to ruszyłem w trasę, z mojej małej mieściny w podkarpackiem, najpierw od 6 rano 4 godziny autobkiem do Krakowa, później znów kilka do Warszawy... Jako, że ja ogólnie to nie znaju how tu metro i inne takie. A na mapach się znam to uderzyłem tam z buta z casem, a wtedy to była skrzynka a la na mleko postawiona na wózeczku a la kramiarz. Biurowiec w którym odbywało się party był niedaleko ronda pod którym był Vert. Wiedziałem, że toczyć się na południe i dotarłem lekko zmięty. Na miejscu przywitała mnie jakaś knajpa o zacięciu biznesowo-artystycznym i stać mnie było tylko na najtańszą sałatke, tj. sallad za 15 zł, która składała się z pomidora i chyba tyle... Tak więc najedzony pojawiłem się przy swoim stanowisku tuż obok mini barku Red Bulla. A jako, że to firmowa impreza tak więc pij panie ile chcesz i zapomnij o płaceniu. Ja z małej mieściny delikatnie przyszokowany tym całym rozmachem i ogólnie Red Bull madafaka. To stwierdziłem, że druga taka okazja się może nie nadarzyć. I poleciałem. Od wieczornych godzin dnia nr. 1 do świtu dnia nr. 2 wypiłem 14 Red Bulli w tym większość z wódką... (Wiem, są lepsi, wiem, że pewnie można tak w godzinę). Ogólnie to odkryłem instynkt X. To znaczy nie ważne co i jak ważne żeby do przodu, a dwukółka ze mną. Skoro tam doszedłem z buta, to stwierdziłem, że i wrócić można, a że do pociągu miałem jakieś 2 godziny to wędrowałem sobie po dworcowych zakamarkach i budzących się do życia ulicach warszawskiego centrum. Następnie wsiadłem do pociągu do Wrześni, gdzie śpiewałem piosenki ze skautami którzy grając na gitarach umilali sobie podróż. We Wrześni miałem 2 godziny postoju, więc znowu włączyło się chodzenie. Widziałem Rynek, kościół i ogólnie nic się nie dzieje. Z Wrześni to już rzut beretem do Gniezna (miałem tam kończyć pracę na Manewrami Ciętegodźwięku), gdzie po wylądowaniu i ogarnięciu noclegu udałem się znowu pobudzonym-marszowym na zwiedzanie miasta. Co ciekawe mimo, że od ostatniego posiłku minęło już kilkanaście godzin to zero głodu i zero pragnienia, tylko instynkt X. I wkręcanie sobie jakiś misji odkrywczych. W Gnieźnie widziałem ołtarz na którym lokalni ziomkowie piją piwa, ja nie musiałem pić, ja miałem instynkt X i chyba całe miasto zwiedziłem, cały czas szybkim marszowym wyprzedając myśli mijających mnie osób. W sumie to miałem takie stany, że wiedziałem co ktoś powie, lub o co mnie zapyta, więc jakieś przypadkowe rozmowy ze mną były dosyć ciężkie. Moment kryzysu nadszedł gdzieś ok. 3 w nocy dnia nr. 3, gdy dosłownie odcięło mi zasilanie na 12 godzin snu. Od tamtej pory mam dziwny tik, który polega na zgrzytaniu zębami po wypiciu energetyka.

Tak to teraz czytam... i nudne nikt nikogo nie zruchał, wszyscy żywi, ale za długo to pisałem więc publikuje. Postaram się namówić pewnego kolegę po fachu który w czasie powrotu z imprezy, a po zażyciu pokarmu kosmonautów zamknął w przedziale konduktora i chciał porwać pociąg.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

poniedziałkowy raport poweekendowy

Zaczynam z mocnym pierdolnięciem, czyli w środowy wieczór, gdy Słońce troszkę zelżało, a wieczorny chłód zaczął przynosić ulgę padł mi dysk. I to nie tak, że w logiczny czy elektroniczny sposób można odzyskać dane. Padł konkretnie i z przytupem i tylko mechanicznie za kilka tysięcy milionów monet można, być może odzyskać zawartość. Ale jako stary mistrz ctrl+alt+del, który na 486 policzył kosmos byłem na to gotowy i miałem zrobione kopie zapasowe danych, tylko, że jakoś od marca ich nie aktualizowałem. Tak więc pokaźny zbiór muzyki, dzięki którem rozpalam do czerwoności parkiety na najlepszych dancingach w powiecie poszedł się jebać...
Na szczęście w ciągu kilku godzin czwartkowego popołudnia, gdy to samo Słońce, które wieczorem dało nam złapać oddech samo kładąc się spać teraz sprawiało, że jaja pociły się już na samą myśl o podróży przez miasto, udało mi się troszkę pozbierać nuty. Dzieki Anemowi i kilkudziesięciu blogom, soulseekowi, swoim winylom stworzyłem sobie podstawową bazę pod Serato.
Ale to nie to samo, już nigdy nie będzie tak jak kiedyś. Już nigdy nie znajde tej empetrójki która powodowała, że lekko podchmielona wycieczka niemieckich uczennic szkoły pielęgniarskiej piszczała z zachytu słysząć jej takty. Ale w sumie dzięki takiej mobilizacji w poszukiwaniu muzyki, dotarłem do kilku żródełek tak zwanych kocurów...
Które miałem okazję przetestować w piątek podczas szatańskiej imprezy w podziemiach hotelu Forum. Fajny kontrast. Obok za ciężkie miliony monet ktoś stawia plażę, buduje infrastrukturę i sprowadza czołówkę djów. Natomiast kilkadziesiąt metrów dalej, w obskurnych, jakby wyjętych z planu zdjęciowego filmu Hostel których widok jednych napawa strachem, a u innych otwiera w mózgu drzwi po których przejściu nie ma już powrotu. Na szczęście nie miałem tam sznurka i siekiery (tak zwane ZIZ.. związać i zajebać). Tak więc w tych umyślnie niedoświetlonych pomieszczeniach odbywała się dosyć podejrzana ideologicznie impreza z 18 jednej z uczestniczek. Na dziedzińcu wewnętrznym zorganizowano koncert jakiejś rockowo-idnie? coś tam coś tam grupy. A ja grałem sobie, wg. życzeń basslineny, drumy i dubstepy, nadając rytm parkom poukrywanym w pomieszczeniach, które leżąc na specjalnie przygotowanych stanowiskach kopulacycjnych dokonywały czynnośći z perłą na finiszu.
A sobotę, ciągnąć maraton trzeźwości odwiedziłem Kielce, gdzie dużą część seta zagrałem z winyli. To jest jednak to... Inny tzw. feeling, inne podejście do muzyki, inne planowanie grania, chociaż jednak brakuje chociażby tych szybkich powrotów na cuepointach do początku utworu. Nie oficjalnym hasłem imprezy była integracja ekipy z Ministerstwa (łącznie ze mną było nas tam czterech) z Chilloutowcami. Ja za bardzo nie wiem co tam się działo przy barze, ale podobno mini-stranci nie dali rady i chilloutowcy ich pokonali. Miniowcy, zapowiedzieli, że tak kurwa być nie może... (jakiś pijacki bełkot)... piołunówka... stawiamy.. (bełkot)... zerżniemy... (bełkot)... przyjeżdzajcie... (sms)... GDZIE JEST KURWA ZBYSZEK???


I tak oto obsługa Chilloutu zapewniła sobie melanż w Krk.

sobota, 5 czerwca 2010

Na trzeźwo.

Jest ciężko. Od kilku miesięcy z kilkoma wyjątkami większość moich imprez gram na trzeźwo i wszystko byłoby do zniesienia, gdyby nie ludzie. Czynnik ludzki w którym ukryty jest szatan. Mam wobec nich dobre intencje, tak Aniu, Basiu i Kasiu, wiem że właśnie coś tam zaliczyłyście (i chuj z tego i tak skończycie jako kurwy w niemieckim burdelu) i chcecie tańczyć i planuje zagrać w ciągu następnych kilkudziesięciu minut jakiś utwór Beyonce, ale nie, nie zagram go teraz, gdyż nie pasuje mi tempem i stylistyką. Co to tempo? Nie, nie tampax, tempo! Acha i dziękuje za to, że krzyczysz mi do ucha plując na mnie jakąs mazią która zadupca jak winiak, tani podsklepowy wymieszany z borygo. Ok, Krzysiu rozumiem, że właśnie wróciłeś z USA i ogólnie jest hot! Ale wypierdalaj mi z djki, bo i tak nie mam pojęcia o czym mówisz, ponieważ przez 2 miesiące jak tam byłeś nabawiłeś się zajebistego akcentu i jest hot! I ogólnie chwila, bo zapomniałem tak to po Polsku się mówi...

Ktoś inny: Szegre egre czaczaracza?
Ja: Wypierdalaj nie znam węgierskiego!

I jak tu pracować? Jak właśnie szalona ekipa przyjechała z Olkusza i Maciek ma urodziny, a jego zwariowani ziomale chcą mu zrobić niespodzianke i żebym puścił coś Tedego i przez mikrofon powiedział, że to dla niego...

Ktoś inny, też zjebany: Zrobi nam pan zdjęcie przy sprzęcie?

Tego typu sceny także były gdy piłem i grałem, ale być może sam będąc najebanym jakoś odstraszałem tych ludzi, gdy w szale fiesty wyłączało się muzykę i krzyczało Nowy Rok.
Wczoraj to już te czorty przeszły same siebie, mam nadzieję, że przynajmniej kilka osób z tego grona męczyzjebów obudziło się gdzieś w okolicach dworca z kondomem w dupie i dziwnym posmakiem, nad którym wolę się nie zastanawiać w ustach.

czwartek, 27 maja 2010

W trase...

Jutro tj. w piątek wyruszam do Sopotu, gdzie gram na imprezie One Love w klubie Mandarynka. Brakuje mi tych cotygodniowych tułaczek po świecie o świcie, więc taki wyjazd do dobra odskocznia od krakowskich piwnic. W sobotę miałem grać w Cieszynie, ale już drugi raz odwołano mi tam granie... Z jednej strony szkoda bo szykował się niezły tour: Kraków -> Sopot -> Cieszyn -> Kraków. Już kiedyś zaliczyłem coś podobnego tylko że wyglądało to tak: Kraków, Olsztyn, Zakopane... Nie ma to jak rozsądnie bookować sobie imprezy.

A odnośnie nowych imprez to mam już pierwszy (a w sumie to drugi) booking na Plaży Kraków. Bardzo jestem ciekawy, czy uda się tam zrobić fiesty znane z nadbałtyckich beachbarów, gdzie o 5 rano przy promieniach wschodzącego Słońca impreza dostaje ponownego kopa.
Jak już kiedyś wspominałem szykuje się tam seria konkretnych imprez, te które mnie najbardziej interesują to:
- DJ WOODY (UK) 4 czerwca
- KID FRESH 19 czerwca
- DJ DJ IRIE (HOL) 2 lipca
- DJ FLY (FR), UNKUT (GER), MC Valerie 10 lipca
- DJ ROB BANKZ (GER) 6 sierpnia
- DJ PFEL (BEAT TORRENT, FR) 14 sierpnia
- DJ PRO – ZEIKO (GER) 3 września
- AQUASKY & RAGGA TWINS (UK) 18 września

Miejmy nadzieję, że krakowscy klubowicze to docenią i nie odstraszy ich lokalizacja oraz ceny. Biorąc pod uwagę, to że po otwarciu Łodzi Kaliskiej, a także ostatnio Centrali oraz Fabryki na Podgórzu, ludzie mają trochę miejsc do wyboru, jeżeli szukają czegoś innego, tanecznego i dobrego, Plaża będzie musiała wykonać ciężką robotę, aby ten nasz skąpy, rozleniwiony i rozpieszczony tłumik przygarnąć do siebie.

piątek, 21 maja 2010

Ach te miksery...

Zanim skupie się na meritum sprawy muszę zrobić nudnawe wprowadzenie. Więc ja i moja zielona strzała południa wybraliśmy się wczoraj tj. w czwartek do klubu U Papy Musioła w Opolu. Zaprosił mnie tam być może znany Wam z odległych bitew ITF Z-Mike. Jako, że mam wyjebane na GPS i zamiast tego korzystam ze starej metody wyboru kierunku jazdy: wschód, zachód, północ, południe, już kilka kilometrów za Krakowem, podczas testowania nowej trasy how tu nie płacić na bramkach, ale nie jechać przez Zabierzów, zrozumiałem, że moja Mazdziocha to co najmniej suv i Dakar 2011 jest w moim zasięgu. Po chwilowych zawirowaniach na trasie, jako że to piętnastoletnie auto nie uzanje kompromisów skutecznie nadrobiłem stracony czas na poszukiwanie wyjazdu z jakiejś puszczy. Nie straszne nam były lokalne podtopienia, podpici tubylcy na pobocze, dzieci wbiegające na drogę za piłką, o nie, świadomość, że w tam czekają ludzie na dja wymogła na mnie brak moralnych rozterek w postaci: zatrzymać się i pomóc? Ja po prostu zwiększyłem szybkość pracy wycieraczek. I tak po prawie 2 godzinach jazdy dotarłem w opolskie. Acha, teraz do wszystkich którzy mieli czelność mnie na A4 wyprzedzić, jak tylko naprawie prawy przegłub, jak tylko przymocuje fotel, tak abym mógł normalnie siedzieć, a nie przytulony do kierownicy, jak tylko zrobie coś z tłumnikiem i ogólnie z tym autem to normalnie Was wyruchamy do pupa na trasie.
Sama impreza to zwykła urban hits dyskoteka bez fajerwerków i do tego trochę frekwencja nie dopisała bo okoliczne wioski zalało.

Mnie rozchodzi się w tym poście o miksery.
Potrzebuje zawsze kilkudziesięciu minut, aby przestawić się na nowy sprzęt. Przekonać jak eq obcina, jak fadery pracują i ogólnie wczuć się w sprzęt. Nie wnikam z jakich powodów, ale wszystko wygląda na to, że z zawiści djka została pozbawiona nowiutkiego Pioneera a wzamian Z-Mike musiał wstawić swoją 07 Vestaxa. Ostatni raz na 07 grałem kilka lat temu i fajnie było znowu stanąć przy mikserze, który lat temu 5 czy 6 był technologicznym szczytem marzeń każdego turntablisty. Ja wczoraj nie mogłem się przekonać do dwóch rzeczy. Mianowicie equalizer na suwakach. Wkurzało mnie to, że nie mogłem wyczuć kiedy za bardzo obcinam jakieś tony, operowanie tymi faderami nie dawało mi możliwości dokładnego i takiego jakbym chciał wyciszenia poszczególnych częstotliwości. Druga sprawa, równie dla mnie ważna to charakterystyka line faderów, mimo że ustawione na łagodne zejście to i tak na ostatnim centymetrze był ustawiony skok. Ale dobra, przyzwyczaiłem się, trochę rozkręciłem i się nagle w trakcie imprezy okazuje, że jedna linia na master nie jest podpięta i nie da się jej podpiąć do 07.
Więc w miarę szybko i sprawnie dostarczono mi nowy mikser do podmiany tj. Vestaxa PMC 280. Nastąpił jeden z moich ulubionych momentów podczas grania, czyli tak przełączyć miksery, aby muzyka cały czas grała... Ale wracając do PMC 280. Ten mikser Vestaxa to turbo gówno. Najważniejsza rzecz, to takie ustawienie crossfadera, że gdy miksujesz i jest na środku to jest równy poziom kanałów, a gdy np. dajesz na lewy to on jeszcze wzmacnia dodatkowo ten lewy więc od razu musisz korygować gainem, bo nagle jest huk, gdyż przy przesówie crossa sygnał został wzmocniony. Druga sprawa to dziwne tłumienie eq, jak wycina się dane tony to opócz tego wchodzi specyficzne tłumienie, tak charakterystyczne jakby to był jakiś efekt nałożony. Mnie to strasznie wkurwiało. Do tego ten mikser ma jakieś efekty, ale nawet się nad nimi za bardzo nie zastanawiałem, gdyż też w specyficzny sposób są zamontowane. I ogólnie to kocham Rane'a 56, 57 i 600 Pioneera...

poniedziałek, 17 maja 2010

Teleport

Zamiast grać w Myślenicach wylądowałem na otwarciu sztucznej plaży w Krakowie. Trochę naciągana będzie ta historyjka, ale dobrze brzmi więc... Organizatorom z Krakowa tak zależało na tym abym zagrał na otwarciu, że przenieśli mi termin imprezy w Myślenicach uzgadniając to z lokalnym organizatorem i tym oto sposobem teleportowałem się do obiektu Sao. Moje, bankietowe granie polegało na puszczaniu spokojniej muzyki tła, tak aby zaproszeni goście spokojnie mogli sobie zajadać małe, bankietowe kanapeczki z łososiem i delektować delikatnym kremem vaniliowym. Managerem muzycznym lokalu jest Tomek z Zooteki. I jego plan na rozkręcenie tańcbudy to Qushi 2 tylko, że częściej i z większym przytupem. Od Kid Fresha przez Woodego po kilku jeszcze gramofonowych wyjadaczy. Rozpiska bookingów jest na prawdę imponująca, a przed organizatorami nie lada wyzwanie, aby odpowiednio te imprezy wypromować. Gdyż pojemność lokalu nie pozwoli na taką sobie frekwencje, aby tam był klimat i impreza wypaliła, musi dupska ruszyć z Rynku co najmniej kilkaset osób (licząc w całonocnej rotacji). Przed lokalem, który urządzony jest skromnie, ale elegancko i gustownie są tarasowane "plażowiska", a na rzece zacumowana jest barka, w której urządzono basen.

środa, 12 maja 2010

Prezencja Dja

Jakby na to nie patrzeć to jesteśmy trochę wizytówką klubu. Nasz wizerunek wpływa na samopoczucie klubowiczów, a jeżeli wzbudzi on zaufanie to tym lepiej dla dobra imprezy. I tak oto idąc tym tropem pojawiam się ja, top trendy, przystojny i ogólnie funky fresh.

Tutaj miałem kontuzje prawej ręki. Grałem za pomocą lewej. M. in. w Browar Pubie, w Poznaniu podczas eliminacji ITF.



Następie kiedyś pojawiłem się u tam pewnego katowickiego klubu z taką, troszeczkę zdeformowaną twarzą. Bramka nie chciała mnie wpuścić, dopiero interwencja managera pomogła, a ludzie tańczący na parkiecie odwracali się...



Najnowsza modyfikacja wyglądu, to gips tym razem na lewej dłoni, a żart sytuacyjny brzmi:
- Ty patrz jak on gra jedną ręką...
- Chodź ujebiemy mu drogą, zobaczymy co wtedy zrobi!



Jeszcze tydzień pomęczę się z tym gipsem, ale dzięki Serato i cue pointom, brak jednej dłoni nie jest nawet tak bardzo uciążliwy. Jak miałem złamaną prawą i grałem z winyli to o wiele bardziej musiałem się napocić, żeby cos skleić.

niedziela, 2 maja 2010

REMIX ZBYSZKA

Prośba, apel, cokolwiek. Wyślij na adres znienacka(at)znienacka.pl maila z tematem zbyszek a w odpowiedzi zwrotnej dostaniesz refren i trzy zwrotki do "Gdzie jest kurwa Zbyszek?" w tempie 120. Podłożysz pod to swój bit, a wkrótce na nim nagram profesjonalną wersje a capella. Jednym słowem szukam/ szukamy podkładu pod Zbyszka. Pomożesz?

Wstrząśnięte nie zmieszane



Zwróć uwagę na nowy wzór krzeseł prosto z salonu Red Black White.

sobota, 1 maja 2010

Cycki Cichopek

Ogólnie to chciałem powiedzieć, że Cichopek to ma wielkie cycki. Respekt.
A ten program "jak oni śpiewaja" na Polsacie to jest przegięcie po całości. Ale przynajmniej wielkie cycki są.

Tłum: Cichopek!?
Cichopek: Co?
T: Cycki!

wtorek, 27 kwietnia 2010

Eprom - Machinerio

Subtopia Records Promo from Subtopia Records on Vimeo.



Pół człowiek pół syntezator nadał właśnie intergalaktyczny przekaz z kodem światła. Aby stać się częścią elektoluxa ew. zelmera ściągnij tą epke tutaj. A powyżej ciekawy filmik z wywiadem i dupstepowym setem granym na żywo. Instruktażowy filmik how tu miksować. Zobacz jak się koryguje prędkość, jak się miksuje, jak się wchodzi w tempo ze skreczem. Zero, jeden, zero, zero, error.

W trakcie oglądania filmiku i pisania tego posta okazało się, że po Epromie występują także, dj grający drum'n'bass z winyli i dj grający dubstep z cd playerów.

Serato

Pewnie wiekszość z Was to przeszła, ale dla mnie jako nowicjusza w graniu przy pomocy Serato tego typu sytuacje ciągle wywołują uśmiech:

- podnoszenie igly i wracanie do początku utworu
- ściaganie płyty, żeby nałożyć następną
- przyzwyczajenie z Rane'a 57 to szukanie na innych mikserach np. na Pioneerze przycisków Cue Pointów, w efekcie wychodzi, że sobie np. wylączam odsłuch w słuchawkach
- patrzenie na płytę (Serato) kiedy numer się skończy, albo będzie tzw. breakdown
- coś jeszcze?

niedziela, 18 kwietnia 2010

poddaje sie

nie wiem czy ktos to wymysla, czy to autentyki, no ale niszczą system i ogólnie nie mam do nich startu...

kilka przykładów:

- Mój tata przewiózł mnie swoim nowym motorem. Wibracje silnika były tak silne, że nie mogłam się kontrolować i dostałam bardzo intensywnego orgazmu...siedząc tuż za ojcem i obejmując go w pasie. YAFUD

- Dzisiaj śmiałam się tak mocno, że napój poleciał mi nosem przy kolesiu, który mi się strasznie podoba. Rozbawiło mnie to jeszcze bardziej i rechocząc niechcący puściłam głośnego bąka. YAFUD

- Po raz pierwszy w życiu byłem na badaniu prostaty. Teraz nie wiem co gorsze, to że mi stanął kiedy lekarz wsadził mi palec w odbyt, czy to że moja żona rozpowiedziała o tym wśród wszystkich naszych znajomych. YAFUD

- Dzisiaj uprawiałam seks z moim narzeczonym. Podczas zmiany pozycji wykrzyczał "Transforming Power Rangers!" YAFUD

Więcej... http://www.yafud.pl

sobota, 10 kwietnia 2010

Siedzicie w domach???

Chyba wszyscy dje siedzą w domach. Kolejnym minusem naszej pracy, którego w obliczu zwłaszcza dzisiejszej, olbrzymiej tragedii nikt nie rozumie jest wydarzenie losowe zwane wprowadzeniem żałoby narodowej. Tak więc w związku w jej wprowadzeniem robimy ankietę kto skąd wrócił lub nie dojechał.
Ja kiedyś jechałem na koncert z Mercedresu do Białegostoku, zawróciliśmy z Kielc. Wtedy chyba spłonął autokar z wycieczką uczniów z Białegostoku.
Dzisiaj nie wybrałem się do Jaworzna, z oczywistych względów impreza została odwołana. W poniedziałek pewnie nie wybiore się do Ministerstwa, a w piątek do Zielonej Góry.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Groove'n'bass w Jaworznie



Na groove'n'bass zapraszam w sobotę do Jaworzna, do Electric Cafe. A dzisiaj tj. w czwartek do krakowskiego Ministerstwa na Będzie Piekło Bejbe. Od 21 wszystko co jest najbardziej hot, wręcz aż wrzące. Jednym słowem gorące gówno, które jeszcze paruje. Natomiast od godziny 23, 24 powoli będę wtłaczać w membrany swoje wygrzańce i mam nadzieję, że wyjdzie tak jak zawsze, czyli gruuubo. Zapraszam.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Dziewczyna o....

W sumie to nie dzieje/działo się nic ciekawego, więc na blogu cisza.

W związku z zainteresowaniem zdjęciami do klipu (Gdzie jest kurwa Zbyszek?) informuje, że jak tylko uda nam się zamknąć ten żenujący budżet to m.in. tutaj pojawi się konkretna informacja z datą i miejscem.

Kolejny raz zorientowałem się także, że Kazik wie co robi i jego wersja utworu Omegi rządzi...

Chodzi oczywiście o "Dziewczynę o perłowych włosach"... I wszystko jasne. Dla przypomnienia starych, dobrych czasów z dedykacją od Marcina z 1B, dla Kasi z 1E, gdy przed tym utworem była jeszcze brunetką, a po, gdy wychodzili z kantorka wuefisty podczas licealnej dyskoteki już nie...

piątek, 26 marca 2010

Są murzyny....



W związku z powyższym, dzisiaj nastąpi destrukcja w Rzeszowie. Na szczęście na wyraźne życzenie organizatora mam grać swoje wygrzewki. A skoro gram na sali "white" to trzeba przełamać konwencje czymś kontrastowym czyli:




Vlepki w druku

czwartek, 25 marca 2010

HIP HOP JAM - Dla Sandry




1 kwietnia zapraszamy na imprezę, z której cały dochód przeznaczony jest na leczenie ciężko chorej Sandry. Dziewczynka zachorowała na bardzo rzadki nowotwór tkanki miękkiej. Następstwem choroby będzie amputacja nogi...

Jeśli chcecie pomóc kupcie bilet i przyjdźcie na jam.

Na imprezie będzie można kupić obrazy malowane przez writerów takich jak NAWER VHS,URWIS DONS. Oraz gadżety w postaci koszulek, płyt itp. Pieniądze zebrane w ten sposób zasilą konto Sandry.

Na imprezie zagrają:
MAKOBOKO,STYLOWA SPÓŁKA SPOŁEM,ENVI CHILD
DJ'S: KRIME, DANIEL DRUMZ, PRZEPLACH, SENOR SOUL, PAT PATENT
Zatańczą reprezentanci takich bboyowych ekip jak: FUNKY MASONS, KINGZ OF WARSAW, LIONY KINGZ, POLSKEE FLAVOR, MISJONARZE RYTMU I WIELE INNYCH...

ZAPRASZAMY I LICZYMY NA WASZE WSPARCIE.

niedziela, 21 marca 2010

Najlepszy zawód

Prawdopodobnie moja praca jest jedną z najlepszych jaką można mieć. A i tak narzekam. Już kiedyś o tym wspominałem ja i nie tylko ja, ale jak już jest tak zajebiście to czemu nie dostajemy kasy za te godziny spędzone w PKP. Biorąc pod uwagę średnią gaże za set to na pewno jest to pod względem zarobkowym bardzo dobre zajęcie, ale przeliczając to na roboczogodziny zmarnowane na dojazd i powrót to średnia za godzinę wychodzi taka sobie.
Ale i tak trzeba jeździć. Z doświadczenia wiem, że każda udana impreza wyjazdowa powoduje następne bookingi w kolejnych miejscach. I tak nakręca się spirala sławy i pieniędzy. Dzięki graniu w innych miastach lokalnie wzrasta wartość dja i można liczyć na lepsze angaże u siebie w mieście.
Znowu zacząłem jeździć, co prawda to nie takie wycieczki jak kiedyś, że w piątek grałem w Olsztynie, a w sobotę w Zakopcu, ale i tak już 36 godzin z PKP zaliczone, a jeszcze Rzeszów za tydzień przede mną. Jedno jest pewne jak jeszcze raz trafie do przedziału, gdzie jakieś dwie świadome swojej europejskiej tożsamości studentki, będą wymieniać się doświadczeniami z Erasmusa i spostrzeżeniami na temat biblioteki w Oslo, to tym razem ja się nie przesiądę, o nie, to one zostaną wypierdolone przez ten wkurwiający lufcik, co zawsze albo się w lecie nie otwiera, albo się w zimie nie zamyka. Przekopie szmaty po cycach i każe im lizać zbrązowiałą porcelanę w ubikacji. O taki fetysz na niedziele...

środa, 10 marca 2010

Kilece, Chillout, Będzie Piekło, Będzie Zgon




Oj, tam na prawdę będzie piekło. Mateusz, która ogarnia w tym klubie imprezy ma urodziny. Z Mateuszem jest ciężka sprawa, bo niejednego dja już wykończył swoją gościnnością. Przy bookowaniu dostałem warunek, abym nie przyjeżdżał autem. Będziemy śpiewać Zbyszka, a koledzy z grupy wsparcia w obscenicznych ruchach będą tańczyć z właśnie zapoznanymi koleżankami. Nię będzie misiu, kwiatuszku, czy koteczku, będzie suko, zdziro, dziwko - klękaj i powiedz szczerze, że to lubisz!

wtorek, 9 marca 2010

J E Ś Ć

Ostatnio znowu podróżuje na imprezy z PKP. To już nie to stare, dobre koleje, w których wspomagało się fundusz stypendialny dzieci konduktorów i za 50 złotych jechało się do Warszawy, co prawda bez miejscówki, ale się jechało. Jest pełno jakiś spółek-córek, każda ma swoje bilety, kasy, pociągi. Czyli po tylu latach zawirowań nareszcie wszystko zmierza ku klarownym i sprzyjającym podróżnym zasadom. Jedno się chyba nie zmieniło WARS.
W WARSIE nie zjem nigdy. Raz jadłem coś, co chyba nie można spierdolić, czyli jajecznice i więcej tam nie wrócę. Zwłaszcza, że wycofali browary, chuje. Jak się nie chce jeść podeszwowego schabowego za 20 złotych to się bierze prowiant na drogę. Wyjścia są 3. Żona i jej sycące kanapki, Subway, lub produkcja we własnym zakresie. Z przyczyn losowych podczas ostatniej podróży do Sopotu skazany byłem na swoje umiejętności kulinarskie i w sumie lepiej chyba byłoby nic nie jeść. Ale jest jedna sprawa związana z jedzeniem i pociągami, która uwielbiam.
Jest to wchłanianie Subwayowej kanapki podczas kilkugodzinnej podróży, gdzieś tak w środkowym etapie. Tak jakby znieniacka trochę, co by troszeczkę zaskoczyć sąsiadów.
Po pierwsze - rozmiar.
To nie są takie zwyczajne domowe kanapki, które chociaż włożono w nie dużo serca i mięska to blado wyglądają przy nawet połówce subwajoweskiej. Dobrze, aby ta kanapka była zrobiona na miodowej posypce, dzięki czemu wygląda na jeszcze większą.
Po drugie - wygląd.
Wyciągasz coś z torby i zaczynasz rozkładać. Ludzie zaczynają się zastanawiać co to takiego? Zajmuje cały stolik przy oknie, do tego chyba trochę waży... A ty rozkręcasz garkuchnie. Po pozbyciu się papieru wyciągasz kanapeksa. Pół bagietki, nafaszerowanej świeżymi warzywami, tuńczykiem, czy mięsem. I wcześniej te wszystkie smakołyki ściśnięte w objęciach wypieczonego pieczywa, zaczynają się rozpychać i wręcz wylewać się z niego, prosząc z soczystym akcentem: "ZJEDZ MNIE!". Papryka przepycha się z ogóreczkiem, a pasta z tuńczyka frywolnie ześlizguje się po plasterku sera i już by spadła na ziemię, jednak ty okiem sprytnego pożeracza dostrzegłeś to i tylko mlasnąłeś jęzorem, porywając tuńczyka i przy okazji oliwkę też.
W przypadku bułki z tuńczykiem, koniecznie polecam dobór wszystkich warzyw, sól, pieprz, oliwę oraz majonez. To stworzy w przedziale konkretny aromat, a twoje kubeczki smakowe dostaną po prostu orgazmu. Dzięki takim zabiegom, na pewno nawiążesz miłą rozmowę z współpasażerami i na pewno będą mili dla Ciebie.

Jednak zanin wyciągniesz tą kanapkę to upewnij się, że siedząca na przeciwko Ciebie starsza pani, która jedzie sobie troszkę do sanatorium wypocząć nie zrobi przypadkiem kontry i:
- wyciągnie ugotowane jajko i zacznie je obierać, po czym jakże apetycznie obracając nim w swoich grubych i spoconych paluchach zacznie je jeść
- później wyciągnie pomidora i zanurzy w nim swoje drugie ząbki konserwowane regularnie przez Corega Tabs, po czym ten sok z pomidora, zacznie spływać jej po już upierdolonych rękach i kapać na śmierdzącą spódnicę.
- następnie, co by też zaliczyć deser, zrobi operację brzoskwinka. I zacznie się z nią mamłać wyciskając sobie, przy każdym kolejnym kęsie słodki sok na brodę, dłonie i wszystko dookoła.
I tak upierdolona dotrwa stara kutwa do końca. Rujnując Tobie rytuał zjedzenia Sybwaya.

Jeszcze jedna rada.
Jak jedziesz grać na imprezę, którą na prawdę wszyscy konkretni dje w tym kraju reklamowali jako randomową, gdzie w tanecznej selekcji można grać wszystko co ma związek z breakbeatem i współczesną muzyką elektroniczną, to zapytaj się, czy przypadkiem Dariusz Michalczewski nie organizuje tam jakiejś swojej imprezy. Bo być może, facet ma swój fitnes klub i dla karnetowiczów właśnie w ten wieczór, właśnie w tym klubie, na twojej imprezie robi sobie bajlango dla kilkuset osób, z których prawie każda słucha tylko tej fajnej nuty. Jakiej? No, wiesz takiej fajnej. Takiej co można sobie zanucić i się fajnie tańczy. Jak się nie zapytasz to o 12 obudzisz się w środku imprezy, na której kolega dj, przez kilka godzin wcześniej próbował wskrzesić parkiet najlepszymi mashupami, bangerami, remixami jakie ostatnio słyszałem i co? I nic... Oni nawet słuchać nie chcieli, co dopiero bawić się. Więc, jakbyś się zapytał to byś wiedział, od razu, a tak to wiesz po kilku godzinach, że tej nocy poza katalog o kryptonimie operacyjnym "shit shit" nie wyjdziesz. W sumie dyskoteka zostanie uratowana, a na następny dzień i tak wszyscy zapomną o tym, że nie zaprezentowałeś swoich najnowszych zdobyczy remixowych z soundclouda.