piątek, 23 września 2011

DJ Barman



Muszę Wam przyznać, że przez wiele lat żyłem w nie świadomości. Brnąłem przez tłum bawiących się ludzi, prowadziłem ich, ale tak na prawdę nigdy niczego im nie dałem. Wszystko zmieniło się, gdy pewnego dnia jego wszechhitowość Robert uzmysłowił mi, że ludzie chcą czegoś więcej. Chcą pić. Woda dla Roberta to woda dla ludzi. To szczęście i ekstaza panująca wśród armii szalonych nutek. Tak więc mordeczki, dupeczki i krejzole wyciągnąłem wnioski z tej lekcji i poszedłem krok dalej. Od teraz w moim riderze jest punkt, że oprócz gramofonów, miksera i takich tam, chce także źródełko z piwem, co bym mógł poić moich fanów.
Granie na barze jest ciekawostką i w związku z tym, że wokół za dużo jest alkoholu dużym zagrożeniem o czym nie raz przekonałem się lata temu grając w krakowskim Bum Bar Rushu. Ciekawe jakie doświadczenia mają dje grający w warszawskim Karmelu, gdzie djka otoczona jest przez bar. Z jednej strony ciekawy pomysł, ale ja jednak wole być bliżej ludzi (chociaż tak blisko jak Robert to nikt nigdy nie będzie).
Samo połączenie baru i djki w wydaniu winamp, albo barman z dostępem do Youtube, świetnie sprawdza się w zatłoczonych pubach, w których publiczność ma skłonności do przesadzania z wiśniówką.
Z drugiej strony uruchomienie oficjalnie, lub najczęściej nieoficjalnie baru na djce to też jest trafiony pomysł. Świta towarzysząca dzielnie djowi na pewno poradzi sobie z rozdysponowaniem alkoholu wniesionego w jakże pojemnych caseach. A nadmiar chętnie zostanie wchłonięty przez głębokie gardła szalonych dziewczyn. Patrz kilka scen z teledysku do Zbyszka.
Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że czy dj przyjdzie do barmana czy barman do dja, to i tak na pewno się ze sobą dogadają, choćby przez wzgląd na to że są na siebie skazani.

poniedziałek, 12 września 2011

IDA 2011 Promo - Making of

Poniżej filmik ukazujący co się działo podczas kręcenia klipu promującego Mistrzostwa Świata Djów IDA 2011. Za utwór odpowiedzialni są: Foreign Beggars, Dj Noname, Dj Troubl, Dj Mandrayq, Fader Penetrators, Unkut.

IDA 2011 MAKING OF from 24MEDIA on Vimeo.



A same mistrzostwa odbędą się w grudniu, w krakowskim kinie Kijów. Obsada:

Showcases:
Unkut (GER) – Vestax Extravaganza 2007 World Champion, 12 x German Champion
Fader Penetrators (BEL) – IDA Show Category 2010 World Champions
Mandrayq (ITA) – IDA Technical Category 2010 World Champion
Gooral (POL) – Etno / Electro / Folk, Live Act
Dj IRIE (HOL) – audio / visual scratch show

Afterparty:
Dj Troubl (FR) – ITF / Allstar Beatdown 2002 World Champion
Dj IRIE (HOL) – 5 x DMC Holland Champion
Dj Falcon (POL) – 3 x IDA Poland Champion

Wcześniej, bo 30 września także w Krakowie, lecz w Fortach Kleparz zostaną rozegrane Mistrzostwa Polski IDA, które wyłonią naszego reprezentanta.

sobota, 10 września 2011

To ziomek na melanżu, to na melanżu, to ziomek na melanżu...

Miała być kontynuacja tego posta, ale w wątku męskim, ale wyszło o ziomku na melanżu...

Dawno, dawno temu, gdy piszący to dj miał jeszcze ambicje i chciał od grania czegoś więcej niż tylko pieniędzy z krejzolami na imprezach było tak… Na prawdziwych imprezach rapowych się nie tańczyło. Bo imprez nie było, były koncerty. A na koncertach, gdy zaczynał grać dj, to był znak, aby zbierać się pod sceną i bujać się z jedną ręką podniesioną, a drugą opartą na swojej niuni. Tej jedynej, tej najlepszej. Ziomki skakały, machały, ale z dziewczynami nie tańczyli bo przypał i siara na osiedlu. No bo kto tańczy z dziewczyną? No kto?
Po koncercie dj znowu grał, a na sali robiły się kółeczka. W środku leżał stos torebek, a wokół bausowały czikity. Ziomy i ziomale pili przy barze, lub kminili w zaciemnionej miejscówce bo ktoś skołował sztuke. Się jara dzieciaku! Gdy Rap Kanciapa już na dobre zagościła na Vivie, a Klan przeżywał kolejne wskrzeszenia, średnia wieku na imprezach się wyraźnie podniosła. Ortaliony poszły w odstawkę, a na parkietach którlował Sean John, Dada, czy Fubu prosto z bagażnika. Dziewczęta zauważyły, że są kobietami i zamiast podśmiechwiania się wolały skupić się na kręceniu i wyginaniu. A ziomki, jako że MTV już śmigało w każdej kablówce odpuścili sobie sztywny styl hardcorowych osiedli i delikatnie, stopniowo, zaczęli przytupywać tudzież nawet zginać nogi w kolanach. Dozwolone było opuszczenie bandy w celu zapoznawczego tańca z maniurką. Ale były pewne niepisane zasady, że kolega raczej jest pasywny w ruchach, natomiast koleżanka ma się wić, wyginać i swymi ruchami adorować Partnera. I tak weszliśmy na początku XXI wieku w erę baunsu. Scena podzieliła się na dwa obozy. Pierwszy to ci, dla których platynowe sombrero było herbem rodowym. Drudzy natomiast zrozumieli, że nieśmiertelna nawijka zipskładowa to ich motto życiowe i tańczyli tylko jak się najebali. Ale nigdy nie baunsowali. Oficjalnie słuchali Mobb Deep i francuskiego rapu. W większych miastach równolegle do sceny koncertowej rosła scena impreza black rnb (hiphop już się nie pisało) hot party ekslusiv edition, murzynka na plakacie joł. Słuchacze ulicznego rapu tam nie trafiali, a przy najmniej oficjalnie tam nie chodzili, bo zawsze jakoś wypadało tak, że któryś ubrał szelesty i selekcje nie przepuściła, a ogólnie to na te imprezy chodziły same lamusy. Co ciekawe, do klubu w mieście chodzić nie można było, ale całe karawany jeździły na vixy i techniawki, tam sztywne osiedlowe zasady zostały zawieszane na czas działania piguł czy fety. Problem zaczynał się gdy ta jedyna wybrana spośród dzielnicowych strzępów zaczynała marudzić, że kolejny wieczór ona i on mieli spędziąc na szkole, na ławce czy w innym magicznym zakamarku opalając w dziesięć osób lufkę. Tak więc przyparty do ściany ulegał jej wdziękom i godził się, aby w ten sobotni wieczór pójść tylko we dwoje na miasto, bez hordy ziomków i spędzić szaloną noc tańcząc na lamusowej imprezie. Osiedlowa palestra wbijała chuj w kolegę, że ich zostawił, że się zmienił, że ubrał koszulkę polo i takie tam. Ale on dumnie kroczył z nią przez miejski deptak, a że wcześniej oglądąl kilka teledysków Nellego to wiedział, że w kulminacyjnym momencie zrobi krok w lewo, krok w prawo i pierdolnie obrót. Niestety cały plan legł w gruzach, gdy zobaczył sekcje baunsującą. Wszyscy w nowych najkach, wszyscy mieli hafty z cekinami na spodniach. Czapki z prostym daszkiem i świecącą naklejką. I wszyscy wykonywali takie szybkie ruchy stopami. Kurwa nawet na Mayday tak nie robili. Ona też myślała, że zabłyszczy, ale jak tu błyszczeć jak jedyne co miała w repertuarze to kilka ruchów a la wijąca się szmata, z lekkimi boczkami i nierówno zrobionym tribalem na nerkach. A tam wariatki robiły już te wszystkie triki tyłkiem rodem z teledysków Szam Pona. Były w swoich płynnych ruchach wyluzowane i co najgorsze nie wyznawały zasady, że tipsy albo śmierć. Najgorsze dla naszej pary bylo przełamanie swoich nawyków. Przy każdej szybszej piosence on zaczynał wystukiwać rytm palcami lewej nogi i w tryumfalnym geście podnosić rękę, drugą natomiast wykonywał taki charakterystyczny młynek. ON NAKRĘCAŁ VIXE! Nawet najczarniejsze rnb nie dało rady wymazać tych techno melanży. Tak więc oto udało się nam zdefiniować taneczny styl ziomka, który jest charakterny, który słucha tylko prawilnego rapu, ale niestety w duszy słyszy Van durena, Van volksvagena czy jak im tam. W następnym odcinku kolejne, męskie grupy społeczne zostaną prześwietlone pod względem tanecznym.

poniedziałek, 5 września 2011

krakowskie kluby

Wszystko chyba zaczęło się w momencie, gdy krakowskie kluby zrezygnowały z pobierania opłat za wstęp na imprezy. W sumie klimat, styl imprezowania i bliskość knajp to wymogło, ale permanentna rezygnacja z płatnego wstępu na weekendowe dyskoteki, mimo, że nie są to wielkie wydarzenia spowodowała, że mniejsze klubiki z baru nie były w stanie wypłacić djów. Tak więc nam odpadło trochę grania i uderzyło w nas po kieszeniach. Duże kluby brak wpływów z bramki rekompensowały sobie większą frekwencją i obrotami na barze. Ale w momencie, gdy na dobre przyjęły się promocyjne ulotki z piwem za 5zł nastąpił drugi etap na równi pochyłej do bankructwa wielu lokali. Idąc krakowską Floriańska, czy Szewską atakują cię naganiacze, zwani w branży promotorami. Przyciągają do klubów przypadkowe osoby, skuszone nie muzyką, a tanim piwem czy inną ofertą na ściemnione kamikadze. To takie błędne koło, bo wszyscy szpiegują wszystkich. I z każdym tygodniem ktoś pokonuje kolejną granicę w taniości piwa czy szotów. Znowu duże kluby jakąś to przetrwają, bo odbiją sobie na obrotach. Ale te obroty są coraz mniejsze, gdyż ludzie nauczyli się łowić ulotki i często cały wieczór piją po kosztach. A odnośnie kosztów, to one dla klubów są coraz większe. Druk ulotek. Ładnych ulotek dla ładnych klubów. Opłacenie promotorów. Ładnych promotorów dla ładnych klubów. Wypłacanie im premii za ilość zwrotów. To sumy, które z miesiąca na miesiąc robią się coraz większe. A dje znowu na tym tracą, bo często o powodzeniu imprezy nie decyduje to jak fajnie ktoś gra, tylko że piwo jest za 2 zł i to zapełnia piwnice. W miarę zdrowa sytuacja była, gdy ulotki miały do klubu ściągnąć ludzi, a dj zatrzymać. Ale tak było jakiś czas temu. Teraz ludzie jak skończą się im ulotki, wyjdą i będą szukać promocji w innym lokalu. Następny ruch, który już jest realizowany w kilku miejscach to picie za darmo, lub za na prawdę symboliczne kwoty do danej godziny. Ma to na celu zrobienie podkładu frekwencyjnego pod imprezę, tak aby w piwnicy coś się działo i klubowicze, którzy wejdą z nastawieniem na imprezę i wydawaniem kasy po normalnych cenach zostali. Uważam, że to zły ruch, który już tak rozpieści ludzi, że ciężko będzie wrócić do normalnych relacji cenowych, a po drugie wyczyści klubową kasę tak, że w wielu miejscach odbije się to na stawkach djów. Między tymi etapami, o których piszę powyżej był jeden taki, gdy restauratorzy mieli w miarę dobrze, była duża konkurencja, ale rynek był w miarę stabilny i każdy kto miał jakiś pomysł mógł egzystować wtedy to właśnie piwo w knajpach było po 10 czy 12 złotych, a ceny drinków dla wielu były zaporowe. Widać było, że jest za drogo, że ludzie odpływają z klubów, ale nikt rozsądnie na to nie reagował. No to los sprawił, że sprawiedliwość dziejowa odwróciła rolę i to teraz klubowicze żerują na właścicielach. Jak zwykle przetrwają najsilniejsi, którzy mają zaplecze finansowe, dobrą lokalizację i pomysły inne niż rozlewanie piwa za darmo. Piszę to, bo obecna sytuacja wcześniej czy później będzie miała wpływ na zarobki każdego kto w Krakowie gra. Są wyjątki i kluby, w których zawsze będzie się kręcić, ale 90% miejsc z "topowych" klubów z utęsknieniem czeka na powrót studentów. Muszą jednak pamiętać, że student to trudny klient, któremu gdy raz sprzeda się piwo po kosztach, nie będzie już za nie chciał zapłacić rynkowej ceny.