niedziela, 12 lutego 2012

Pozdrowienia do wiezienia





Nie jest łatwo stanąć przed kilkudziesięcioma chłopami i odegrać przed nimi koncertowy show, bez cienia szansy na jakiekolwiek wsparcie i interakcję z ich strony. Tekst ten bardziej dotyczy raperów niż djów, gdyż z różnych względów moje dotychczasowe dwa występy w zakładach karnych ograniczały się do zwykłego puszczania kolejnych bitów. Byłem więc podczas tych wykonów trzecioplanową postacią, na szczęście nie
obarczoną odpowiedzialnością za słowo. Raperzy mieli o wiele trudniejsze zadanie. Na pewno wymagające wielkiej charyzmy, pewności siebie i zaufania do swoich rymów. W Tarnowie, gdzie zakład karny jest typu zamkniętego, osadzeni zebrani na spacerniaku, odziani głównie w zielone drelichy zajmują miejsca na ławkach, czasami tyłem do artystów. Występ tam dla wielu nie ma żadnego znaczenia. Liczy się możliwość kontaktu z innymi więźniami, liczy się kto jak się zachowuje. Bardziej koncertem zainteresowani są ci którzy zostali w celach i mogą go oglądać przez okratowane okna. Po koncercie będą wołać, żeby podejść, pogadać. Nie ma znaczenia o czym, z kim. Liczy się oderwanie od rutyny. Ma znaczenie natomiast to co się mówi do mikrofonu. Lepiej oprócz recytowania swoich teksów i przedstawienia się nic nie mówić. Przy okazji koncertu WWO, niektórzy zagalopowali się z wywodami, po chwili orientując się, że wszystko co oni powiedzą, prawie każdy z osadzonych może w tej rzeczywistości w trzy sekundy obalić. Nawet proste i szczere: "trzymajcie się", może nie końca poprawnie politycznie zabrzmieć. Tu wszystko ma znaczenie. Autorytet mc może łatwo upaść, gdy ten nie odpowiednio akcentuje nie odpowiednie wersy.
Tak więc z obserwacji wnioskuje, że lepiej zrobić swoje i ewentualnie w wywody wdawać się po koncercie w bezpośrednich rozmowach. Chociaż to też jest ryzykowne, gdyż nie wiadomo z kim się rozmawia. W tym miejscu wyjątkowo także trzeba zwrócić uwagę na wulgaryzmy z tekstach, ponieważ zbyt duża ilość przekleństw i ogólnej jazdy z systemem bardzo szybko zakończy występ i wg. mnie nie jest dobrym rozwiązaniem. Raper nie poniesie żadnych konsekwencji, natomiast więźniowie dla których przyjechał przecież grać stracą koncert, który od momentu zapowiedzi był pewnie bardzo wyczekiwany jako odskocznia od szarej codzienności. Ale oczywiście nikt z nich nie okaże tego, spokojnie tak jak w Medyce zajmą miejsca na świetlicy i bezdusznym wzrokiem, który nic nie mówi spokojnie będą czekać na start. I przez cały czas trwania występu będą tak siedzieć. Dopiero później z telefonów dowiesz się, że się podobało, że wszyscy o tym mówią, że cały kryminał tym żyje i ogólnie pozytywne poruszenie. Ale podczas koncertu nikt się nie odezwie, klaśnie, czy nawet kichnie. Pełna kontrola emocji. A raperzy muszą napędzać tą rapową maszynę. Widzą, że ich teksty nie robią pozornie żadnego wrażenia. Automatycznie wykrzykują kolejne linijki tekstów, ale podświadomie zastanawiają się o co kurwa chodzi? Czy teksty złe, czy coś nie tak z dźwiękiem, czy coś nie halo z ubiorem. A kilkadziesiąt par oczu bez wyrazu śledzi każdy ruch. Podskakiwać? Machać rękami? Gestykulować? Zamieniać się miejscem z kolegą? To nie walka mc, z trudnym odbiorcą, to walka mc z samym sobą. Normalnie Wysoki Lot nawiązuje kontakt z publicznością. Pytanie, odpowiedź, dziewczyny tańczą, faceci skaczą. Tutaj to nie przejdzie, tutaj jest najcięższy poligon, bo tej publiczności chociaż jest to nie ma. Koniec koncertu. Kilku osadzonych podejdzie, szybko podbije piątki coś tam zagada, że było ok i pośpiesznie z resztą uda się na obiad. Kilkadziesiąt minut później wszystko wróci do swojego rozkładu. Mimo, że jest minus dwadzieścia to w siłowni zaimprowizowanej na środku dziedzińca, w metalowej klatce, trenuje grupka, która pół roku czekała na swoją kolej. W kurtkach, czapkach, szalikach wyciskać będą na ławeczce. Odprowadzą zespół do bramy tym samym wzrokiem bez wyrazu. Oni zostają, raperzy wychodzą. Wychodzą na wolność.