środa, 28 lipca 2010

Historyjka... Powrót w wielkim stylu ?

Chwilę to trwało zanim się tu odnalazł. Trzeba mieć albo silny charakter, albo mieć wyjebane żeby to ogarnąć. Nietypowe formy zarządzania tym klubem u niejednego powodowały bezsenność i brązowienie bielizny na tle nerwowym. Na początku i jemu się udzieliła ta atmosfera oczekiwania na Wyrocznie. Raz na jakiś czas nadchodził dzień sądu i Wyrocznia w swoim oryginalnym stylu przypominała personelowi jak to było za czasów niewolników na plantacji bawełny, gdzieś w Masacziusets, Arizona, Waszington, DC Piotr Kraśko czy inny Max Kolonko. On jako napływowa siła robocza starał się i sumiennie oddawał się obowiązkom, gdyż praca ta to było zbawienie dla jego portfela naciągniętego życiem studenta w Krakowie. Chodził i uczynnie zbierał szklanki i szklaneczki, mył, sprzątał i nie wychylał się. Był tłem. Nie integrował się ze showmanami-barmanami którzy na swoje historyjki o tym jak to niby jeżdżą wyczynowo na rowerach wyrywali niewiasty. Nie zagadywał do postarzałego dja z brzuszkiem, któremu się wydawało, że ludzie tańczą bo fajnie gra, a nie dlatego że się opili i są promocje na barze. Był sobie, pracował i tyle go widziano.
Tym razem wieczór potoczył się troszeczkę inaczej niż zwykle, gdyż przy sprzątaniu stolików znalazł na kanapie małą buteleczkę, tzw. małpke wiśniówki. Ktoś pewnie wniósł, co by zaoszczędzić i zgubił kontrabandę. A nasz szklankowy nie chwaląc się nikomu ze znaleziska spokojnie, systematycznie zaczął jej konsumpcje w swoim królestwie to jest na zmywaku. Wieczór się rozkręcał. Jako, że był to jeden z pierwszych dni tygodnia dj grał na małej sali, co powodowało że od ok. 23 impreza przeradzała się w saune. A tego dnia pociła się głównie hiszpańska młodzież zgarnięta do klubu przez obrotnego naganiacza. Tak więc było gorąco. A jak jest gorąco to jest obrót na barze bo ludzie piją, piją i jeszcze raz piją. To oznaczało, że bohater tej już przynudnawej historyjki miał dosyć konkretny zapierdol. Kursował i mył, kursował i mył. I za każdym razem przy zmywaku popijał sobie łyczek wiśni i z każdym łyczkiem wydawało mu się, że pewna czarnowłosa czikita z Katalonii coraz cieplej patrzy się na niego swoimi ciepłymi oczyma. Peszył się. Nie był świeżakiem, przerabiał na akademikach i wcześniej też to i tamto, doszedł nawet to opcji OKURO i groty nestle. Ale najwyraźniej jej iberyjska uroda miała magiczne oddziaływanie. Z jednej strony nie wiadomo dlaczego bał się znowu wyjść na salę, a z drugiej chciał tam być i podziwiać jak jej opalone ciało faluje w rytm muzyki. Z jednej strony wiśniówka go napędzała, ale z drugiej rozsądek pytał się: "Co ty jej chłopie powiesz? Seat, Barcelona?
Nic nie musiał mówić, ona powiedziała, nie wiadomo za bardzo co ale seksownie sepleniła a jej czarne oczy biły seksem o domagały się tanga w pozycji horyzontalnej bez zwracania uwagi na trzymanie ramy. Zaczeli tańczyć. Niepotrzebnie. On nie czuł się komfortowo robiąc sobie przypał w pracy, a ona tego wstępu do gry wstępnej nie potrzebowała. W tłumie, w zamieszaniu przeszli do zamkniętej części klubu, a antresole gdzie schowali się przed światem, aby odkryć się przed sobą.
To był temperament wychodowany na plażach Costa del Sol. Szybkie i soczyste pocałunki, przerywane delikatnymi i bardzo wymownymi przygryzieniami, westchnienia i szepty w języku który sam w sobie jest afrodyzjakiem. Rozpędzali się. Lizał jej nabrzmiałe ciemne brodawki, a ona syczała słodko wijąc się i mdląc zarazem. Nie liczyło się, że barmani dostawali kurwicy szukając czystych szklanek, nie liczyło się, że brudne szklanki roztrzaskiwały się na parkiecie, nie liczył się dj, który chciał iść się odlać i błagał w myślach aby szklankowy podszedł i na chwilę przypilnował sprzętu. Była ona, był on i było flamenco. Nie pozwoliła się zbyt długo pieśić, była głodna, była napalona. Chwyciła swoimi pełnymi wargami penisa i zaczęła szlifować swój kataloński na zmianę z walijskim. A on widział tylko piękny czerwony kwiat uczepiony za jej uchem, który cudem trzymał się jeszcze jej czarnych włosów. Torreador byka chyba nie dosiada, ale ona dosiadła i zaczeła wierzgać i rzucać wbijając swoje krwiście czerwone paznokcie w jego klatke. Unosiła się opadała wydając z siebie piski i jęki rozkoszy. Nagle w szczytowym momencie swojej corridy, zatrzymała się, głęboko westchnęła i rozpłakała się. Po czym najpierw przytuliła się do swojego słowiańskiego macho, a następnie tym razem przypominając sobie akcentowanie w języku baskijskim pozwoliła aby perła zalśniła na jej rozpromienionych, brązowych licach.

środa, 21 lipca 2010

Dj ETAT



Raz na jakiś czas dostaje angaże jako puszczacz muzyki tła przy okazji różnych mniej lub bardziej komercyjnych wydarzeń. Głównie w tym chodzi o to, aby wyglądało że jest dj (więc trzeba takiego, który z gramofonow gra), oraz o to aby muzyka którą grasz nie uśpiła wszystkich i nie była także zbyt agresywna, głośna, czy inwazyjna. Reszta nie ma za bardzo znaczenia i nikt nie przykuwa uwagi do jakości grania, jakości dzwięku czy selekcji. Tego typu fuchy to z reguły ośmio lub dziesięcio-godzinne maratony w "topowych" lokalizacjach. Tak więc zdarzało mi się grac dla Heyah, gdy ściągali sim locki za darmo i spędziłem kilka dni puszczając piosenki przy centrach handlowych. Zapewniałem oprawę muzyczną na stoisku Fiata w środku Galerii Krakowskiej, gdzie non-stop trzeba było się pilnować, co by jakiś sprytniejszy żul nie ukradł płyty, słuchawek czy innego sprzętu.
Tym razem trafiło mi się granie na placu dworcowym w Krakowie podczas turnieju koszykówki w ramach Juliady. O samym graniu nie ma co pisać, ale co jest ciekawe to kolejna nauczka dot. riderów i opisów naszych wymagań dot. warunków pracy. Otóż do tej pory miałem podpunkt, że w przypadku grania na zewnątrz, wymagam aby grać pod zadaszeniem. Żle, należy do tego dopisać, że zadaszenie powinno chronić obszar min. 1 metr poza stanowisko pracy i być odporne na warunki atmosferyczne tj. nieprzemakać i nie przepuszczać promienii słonecznych.
Otóż zgodnie z ustaleniami dostałem swój namiot, który w drugim dniu imprezy nie poradził sobie z deszczem i znowu zalało mi Maca... Na szczęście po 2 godzinach suszenia włączył się...
Oprócz takich przepychanek z ustalaniem warunków pracy, czekają na dja jeszcze zasadzki związane z wypłatą. Żeby to zrozumieć trzeba przyjżeć się strukturze organizacyjnej:

Organizatorzy, czyli najczęściej duże agencje reklamowe typu btl, atl, i chuj wie co, które za bardzo się nie znają, ale wygrywają przetargi i mają kontakty biorą podwykonawców, czyli mniejsze agencje, które się znają, ale które nie mają znajomośći w zarządach korporacji i te małe agencje wynajmują djów. Małe agencje nie mają pieniędzy, a duże mają i mają też wyjebane. Więc te małe robią wszystko na terminy płatności i jak najtaniej, a duże przysyłają jakiegoś ulizanego pedała, który mimo, że nie ma tego w umowie non stop coś wymyśla, to mu się nie podoba, tamtego nie czuje i ogólnie dąży do tego aby obudzić się rano na pętli w Pleszowie z kondomem w dupie...
I teraz tak. Duża korporacja płaci po miesiącu dużej agencji, ale duża agencja mimo, że ma kase i mogłaby wcześniej zapłacić to ma wyjebane i czeka ten miesiąc po czym się okazuje, że prezes jest na regatach pionierów marketingu i przelew nie wychodzi... a czeka na niego mała agencja, która ledwo wiąże koniec z końcem i ni chuja wcześniej nie zapłaci, tak więc trzeba się przygotować na tzw. "jutrzo przelew wyjdzie" i czekać, o czym warto pamiętać przy ustalaniu stawki. Ogólnie w negocjacjach proponuje przyjąć taktykę że np. stawka za godzinę pracy z własnym sprzętem i obsługą techniczną (chodzi o transport, rozłożenie, złożenie decków- ciężka praca) to np. 200 zł netto. I teraz w zależności od ilości godzin, dni i terminu schodzimy w dół. Mój rekord chyba z trzy lata temu dla pewnej telewizji to właśnie 200 zł/godzina, a angaż był na 10 godzin. Ale z reguły są to mniejsze stawki rzędu kilkuset złotych/dzień.

środa, 14 lipca 2010

Pretensje do całego świata odc. 1521

W kolejnym odcinku pretensji do całego świata autorstwa Dja Trakmajstra zajmiemy się ulubionym jego tematem, czyli zwalaniem winny na innych. Tym razem padnie na włodarzy klubów. Zapraszamy i życzymy miłej lektury.
Jedną z najbardziej wkurwiających mnie sytuacji, która towarzyszy naszej profesji jest odwoływanie imprez przez ich organizatorów. Samo odwołanie to jeszcze nic. Najbardziej wkurwia świadomość, że gdy już zabookowali termin to miałeś 10 telefonów z propozycjami grania, na które odmówiłeś, gdyż termin już jest zaklepany... Ale po tych kilku rozmowach nadchodzi czas na tą ostatnią, z której się dowiadujesz że nic z tego, lipa, grania nie ma. W moim przypadku najczęściej tłumaczenia to, że ktoś zapomniał zrobić plakatów, albo, że już nie sezon na imprezy, ew. w klubie bookingami zajmuje się 1500 osób i ktoś czegoś nie dograł i terminy się pokrywają. Każda z tych przyczyn pokazuje jak bardzo osoby zarządzające światem rozrywki nie mają o tym zarządzaniu pojęcia.
Na chwilę wtrącając nowy wątek, to pomimo, że jestem ostatnią osobą która jest za edukacją to jednak uważam, że nasi menadżerowie, lub osoby pełniące tą rolę o swojej profesji za wiele nie wiedzą i może nawet (że ja to napisałem...) jakieś zarządzanie kulturą zaocznie by się przydało??? A ich praca raczej polega na bywaniu w klubie, piciu kawy ew. mojito i snuciu planów. Wcześniej byli djami, barmanami, lub po prostu szalonymi klubowiczami i tak krok po kroku od szklankowego stali się naszymi pracodawcami. Dostają te "posady" głównie dlatego, że znają djów i to jest najważniejszy chyba czynnik. Że to jego znajomi, że załatwi dobrą cenę. Nikt nie zastanawia się nad tym jak ściągnąć ludzi. Jak promować klub na portalach społecznościowych, jak rozegrać system naganiania za pomocą ulotek rabatowych, jak sprawić by ktoś do tego klubu chciął przyjść, gdy już ściągnie się jakiegoś dja. Zresztą życie pokazuje, że zbyt ambitny manager i tak odbije się od własnego widzi mi się właściciela, który nie ma na nic kasy, który nie wie, nie zna się i dajcie mu spokój, bo on myślał, że jak się otwiera klub to klub od dnia 1 przynosi miliony monet zysku. A tu trzeba rurę w ubikacji naprawić bo cieknie i szczoch zalewa szatnie...
Dla nas - djów układ, że menadżer to nasz znajomy z prywatnego życia a nie tylko z klubu, to zły układ. Jeszcze jeżeli właściciel ma ogólnie na wszystko wyjebane i posługije się nim jak marionetką to skończy się to tak, że od godziny 2, gdy akurat impreza nie wypali zaczną się tzw. dyplomatyczne wycieczki, proponowanie drinków ponad kreskę i ogólnie co tam, jak tam ziomeczku. Czyli norma, nie ma kasy i zaczynają się schody. Probowałem różnych rozwiązań. Raz pójdziesz na rękę to już po tobie, nigdy nie dostaniesz później pełnej stawki, zawsze będzie jakieś ale mimo, że swoją pracę wykonujesz jaknajlepiej potrafisz. Trzeba być krakowskim żydem z Poznania o szkockich korzeniach. Trudno, obrażą się, będą za plecami od gwiazdorów wyzywać, ale jeżeli djing to twoja praca a nie hobby po godzinach to tak trzeba zrobić. To też ich nauczy, że nie mogą winny za źle wykonaną, swoją pracę zwalać na innych. Bo niestety, czasami nawet najlepszy dj, może nie mieć frekwencji gdy klub dobrze nie funkcjonuje, począwszy od bramki, a na tempie pracy szklankowych skończywszy...
I po iluś latach grania, mimo, że jestem anty podatkowo-zusowo-biurokratyczny to jednak dla własnego komfortu pracy jestem za tym, żeby podpisywać umowy, wysyłać ridery mailami i wystawiać faktury. Konkretnie kurwa, a nie jak w 99 gdy jeżdziłem z walizką w której była Unitra, a w plecaku 30 winyli i było Yo, check it madafaka.

niedziela, 4 lipca 2010

Dj Bleq




Idąc tropem imprezowego grania w wydaniu black/rnb/south/breaks, który to podjąłem po graniu imprezy z Hdd Cutem i miłym zaskoczeniem jego poziomem, trzeba wrzucić te dwa poniższe filmiki. Jest na nich Dj Bleq, który gra na żywo swoje imprezowe rutyny, tego typu sety ma przygotowane i w zależności od imprezy jest w stanie to zagrać niczym rutyne na zawodach. Jeżeli nie podoba Ci się muzyka, to zwróć uwagę na technike, spójność, patenty. Przyznać muszę, że ja ze swoimi skillami podczas grania imprez ograniczyłem się do zwykłych mixów na refrenach. A odkąd gram na Serato trochę dołożyłem zabawy z cue-pointami i robieniu własnych remixów podczas grania, ale i tak to mało. Trzeba kupić pady.
I z drugiej strony... szkoda, że nie nagrywałem setu który grał Dj Lady Bug aka Biedrona podczas naszego ostatniego wspólnego grania w Electric Cafe. Było to mistrzostwo wyważenia, spójnośći, melodyjności. Grał breaki, grał breakbeat, grał funk i mimo że nie miał opisanych utworów (tonacjami A coś tam, B6) to wszystko to tworzyło jedną pulsującą bombę. Do tego jako selektor dobierał tak utwory, aby budować napięcie, podkręcać, dać oddech. Mistrzostwo old schoolowego miksowania z winyli.

A teraz party rocker:

dj bleq promo ( rnb/pop ) from dj bleq on Vimeo.



dj bleq promo (rnb/rap/breaks) from dj bleq on Vimeo.

sobota, 3 lipca 2010

Dj Wojak. Nie doceniałem...

Dj Wojak - z tego co pamiętam, to wydał jakieś mix-cd, ale ogólnie to nie doceniałem postaci. Ostatnio w Sopocie zamieniałem kilka słow, ale tego się nie spodziewałem. Teraz jednak mogę powiedzieć, że pełny szacun i respekt. Dleczego? Dlatego:

czwartek, 1 lipca 2010

Frantic

Bardzo podoba mi się moja nowa rola emergency dj. Ktoś zachorował, ma w innym mieście booking, zruchali go i nie wstanie, ja jestem, gram. Tym razem padło na Frantic i w zastępstwie za Bleqa, który wybrał się do Poznania. Moja przygoda z Franticem zaczeła się jakieś 4-5 lat temu gdy Grzesiek (G'O'D), a z nim ekipa Dirty Hustlaz rozkręcali tam imprezy na małej sali. Te imprezy to był początek wprowadzenia do krakowskich klubów czegoś co ogólnie nazywa się black music, wcześniej imprezy pod tym szyldem to najczęściej były stricte hiphopowe spędy zip squadowców i całe osiedle śpiewa z nami chwdp... A tutaj powstało coś co zwykłym studentom, bywalcom, turystom i klubowiczom spod Miechowa pozwalało tańczyć do cukierkowego hiphopu, dancehallu czy popu z lat 70tych. Ja wtedy tego nie wiedziałem, i myślałem, że skoro tam jestem to musi być Yo, dokładając do tego moje breakbeatowe zapędy, brak Serato i zbyt mała kolekcję płyt wyszło, że wypadam z gry. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że dje którzy tam grali rozkręcali następnie imprezy w takich miejscach jak Midgard, Fusion (Miurzon) i po kolei przejmowali krakowskie lokale. Tak więc uważam, że w tym temacie działalność małej sali we Franticu to było coś na zasadzie trampoliny, aby wbić się gdzieś dalej.
No i po kilku latach przerwy znów udało mi się zagrać w tym lokalu, chociaż obecnie niewiele ma z wyglądu z tamtym wspólnego. Po pierwsze w tamtych latach wejść do Frantica, to było coś, teraz można zauważyć że faceci śmigają sobie tam w szortach, więc wychodzi na to, że konkurencja dała o sobie znać i trzeba było odpuścić. Po drugie pamiętam, że często były tam problemy sprzętowe, teraz jest to wszystko dobrze skonfigurowane, a dje miałby wręcz komfortowe warunki pracy, gdyby nie otwarta dla stawiaczy browarów i innych szklanek djka. Poza tym Frantic zawsze kojarzył mi się z lokalami jak to teraz się modnie nazywa glamur (tak, glamur - bo to Polska), a widać (może przez selekcję), że klubowicze to już nie tak jak kiedyś zestaw odpierdolonych gwiazd gdy jest ciemno, a po prostu ludzie którzą chcą się bawić.
A teraz odnośnie grania. Jak to przystało na dja z 10letnim starzem, konkretnie spierdoliłem swoje sety. 2 pierwsze wejścia to nauka gry na gramofonach Numarka, gdzie każde wejście przy pomocy skreczu, a nie cue pointa, kończyło się poważnym rozjazdem. A 3 set to walka z playlistami, gdyż tempo narzucone przez Hdd Cuta, a którym grałem, poważnie przetrzebiło mi moje jeszcze ubogie zbiory bangerów. Chociaż ludzie tańczyli, czasami nawet żywiołowo reagowali więc w odbiorze może nie było tak źle.
Teraz odnoście Hdd Cuta, którego ostatnio widziałem kilka lat temu, kiedy był młodym zapalonym na skrecze ziomkiem. Teraz jest klubowym wyjadaczem, doskonale odnajdującym się w roli dja. Co tu dużo pisać, Traktor, pady Akai i gigabajty muzyki. Wszystkie utwory podkręcane przez party breaki, przez efekty, remixy, mashupy, blendy - na prawdę to jego dynamiczne granie z użyciem tych wszystkich możliwości które oferuje Traktor zrobiło na mnie wrażenie. Chociaż ja jestem zdania, że grając pewne utwory na zasadzie cały klub zna refren lepiej je dłużej grać, skoro już je gramy to pozwólmy dziewczynom, które są na panieńskim koleżanki pobawić się w kółeczku.
W każdym bądź razie, kolejny etap mojego Seratowania to obowiązkowy zakup padów i nauka tych wszystkich pętli, skracania, kończenia echem i tak dalej...