wtorek, 15 kwietnia 2014

Jak dj nie powinien startować w turnieju MMA

   No dobra, przeczytałem jeszcze raz te swoje wypociny i na wstępie muszę tu zaznaczyć, że poniższy tekst nie jest żadnym tłumaczeniem się, czy wykręcaniem. Wszedłem do tej klatki świadomy co mnie czeka i w jakim stanie jestem i jak ktoś decyduje się walczyć to nie powinien mieć żadnych pretensji, że noga boli, że zimna mata, że śniadania nie zjadł. Nikogo to nie obchodzi, jak się zdecydowałem to jest to tylko moja sprawa w jakiej kondycji jestem. I sądzę, że moja historia jest na tyle dla mnie ciekawa, że i może Ciebie zainteresuje więc przedstawiam tekst o tym jak nie powinno się startować w turnieju MMA.
   Złożyło się tak szczęśliwie w moim życiu, że mogłem przez pewien czas w miarę systematycznie i jak dla mnie na wysokim poziomie trenować MMA. Mogłem wręcz dwa treningi dziennie robić i wszystko zmierzało ku temu, aby zrobić kolejny krok czyli wystartować w turnieju Amatorskiej Ligii MMA. Wszyscy koledzy z klubu już mieli za sobą starty i z sekcji emerytów i rencistów tylko ja zostałem. Najmądrzejszy teoretyk co o psychologii w sztukach walki wie wszystko. Trzeba było to zmienić. Obudził się kuguar.
   Na jakieś cztery tygodnie przed turniejem w Kielcach podjąłem decyzję, że biorę w nim udział i jadę. Trenowałem w sumie równolegle w dwóch trochę konkurujących klubach tj. w macierzystym Grappling Kraków i W Szkole Drwala, gdzie przychodziłem na sparingi, aby sprawdzić się z innymi przeciwnikami. Wszystko szło dobrze. Nie poruszam tu kwestii umiejętności, bo prawdziwi internetowi wojownicy jak ja nie patrzą na to. Liczy się serce i zapał do tego, aby pomalować pięści krwią wroga… Taaa… Wyznaczyłem sobie dwa cele, to jest zbicie 5 kilogramów, aby załapać się do kategorii 87 i zrobienie kondycji - co przy moim trybie życia, uwierz mi, jest wyzwaniem.
Pierwszy tzw. zonk pojawił się po ok. dwóch tygodniach intensywnych treningów i trzymania diety (oprócz weekendów, gdy jeździłem po Polsce i grałem imprezy).
   Więc raz na kilka lat łapie mnie przeziębienie, jakaś niemoc, grypa czy inna sraczka. I po kilkunastu dniach sportowego trybu życia pewnie organizm zwariował i się przeziębiłem. Gorączka, drgawki i łamanie w krzyżu - tu nawet gromnica w oknie nie pomagała. Ale dzielnie się nie poddawałem i z mniejszym zaangażowaniem, ale cały czas uczęszczałem na treningi. Pewnego dnia osłabiony organizm niezbyt sprawnie znosił okopywanie na zadaniówce z kick boxingu i przytrafiła mi się najgłupsza kontuzja. Kolega nawet nie mocno kopnął mnie w łokieć. Nic wielkiego się nie stało. Ale pomarańczka urosła, ból był, a zakres ruchów nie pozwalał ani ręki wyprostować, ani w pełni zgiąć. Hola, hola prawdziwy fighter - ja, który jest przyszłością polskiej szkoły mieszanych sztuk walki się nie poddaje więc z gorączką i jakąś taką niemrawą ręką dalej próbowałem coś tam ćwiczyć. Przypominało to już bardziej w moim wykonaniu zajęcia z gimnastyki korekcyjnej dla 2 klasy podstawówki niż profesjonalny trening, ale parłem do przodu. Kuguar nigdy się nie poddaje.
   Zbliżał się dzień turnieju i już wcześniej wymyśliłem sobie strategię na wagę. Nie ma sensu za bardzo zrzucać brzucha, bo umiejętności mam jakie mam i lepiej jednak mieć te kilka kilo więcej niż mniej, gdyby przyszło turlać się w parterze. Więc tak balansowałem sobie na granicy 87, a weekendowe wyjazdy, gdzie bez snu, grałem dyskoteki, jadłem fast foody i piłem browary wywindowały wagę na 91. Dzień przed ALMMĄ grałem w krakowskim klubie Frantic. Głodny. Nie jadłem nic od kilku godzin. Głodny. Skończyłem grać o trzeciej w nocy i około czwartej poszedłem spać. Głodny. Wstałem o 7 głodny. Ale szczęśliwy bo ważyłem 86!!!
   O 7:40 ruszyliśmy z kolegami do Kielc. Głodny. Próbowałem się jeszcze przespać w aucie, ale kuguar już na dobre otworzył swoje oczy i nie było szans, aby choć na sekundę zmrużyć oko. Emocje jak w podstawówce przy pierwszej wizycie w Ochotniczej Straży Pożarnej. Na czczo przystąpiłem do wagi. Wszystko ok. I tu zrobiłem największą głupotę. Głodny wysondowałem, że mam walczyć dopiero późnym popołudniem ok 15. Miałem więc sporo czasu. No to stwierdziłem, że przed konkretną robotą, trzeba się konkretnie nawpierdalać. Powodzenia. Zjadłem shoarmę w Sphinxie. Brawo Jarek. Taka dawka "zdrowego" jedzenia na pusty żołądek dokonała pierwszego tego dnia knock outu. Próbowałem spać, srać, pić wodę, nawet wyrzygać się nie mogłem. Brzuch bolał i wyglądał jak beczka, brakowało, żebym tylko piwem to popił. Tak więc przez kilka następnych godzin próbowałem to strawić leżąc i chcąc spać w aucie. I tak sobie leżałem i leżałem i nagle kolega dzwoni, że za pół godziny chyba walczę. Jakoś walki poszły szybciej, coś tam pozmieniali i kuguar musi zaraz być zwarty i gotowy.  No to ja z tym pełnym żołądkiem toczę się na rozgrzewkę. Czuje się najciężej i chcę zrobić tzw. przepalankę. Kolka. Kolega mnie tarczuję. Kolka. Koniec rozgrzewki wyjście do klatki. To jak to wyglądało to widzicie poniżej. Nie ma się co tłumaczyć, bo gdybym bym wyspany, świeży etc. to pewnie jedynie więcej co bym zrobił to może się żwawiej ruszał. Pierwsze kolano w ten napompowany bęben dostałem chyba w 31 sekundzie i od tamtej pory walczyłem głównie ze zwieraczami żeby nie osrać takiej ładnej klatki w takiej ładnej galerii. Reszta jaka jest widzicie. Najważniejsze, że po wszystkim mogłem spokojnie wziąć prysznic i pojechać do Rzeszowa, gdzie grałem na weselu. Ossss….


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Aplikacje atakują!

   Tak jak kiedyś bałem się Serato i wszelakich cyfrowych innowacji tak teraz się zastanawiam nad ingerencją imprezowych aplikacji w naszą branżę. Już teraz podstawą sukcesu wielu imprez, jest odpowiednio zbudowany fejm na facebooku, który pompowany jest codziennie wrzucanymi klipami, czy sztucznym dołączaniem się lokalnych osobistości świata wódki, narkotyków i bassu. To jeszcze jest bezpieczny poziom i wydaje mi się, że raczej wspiera niż zatraca sens wydarzenia, czyli występ zespołu czy dja i zabawę do tego co delikwent prezentuje. Ale za chwilkę, już za momencik doczekamy się scalenia facebooka z już istniejącymi aplikacjami evetnowymi na telefony. I to będzie wyglądało tak, że imprezowicz zanim wyjdzie z domu to sprawdzi z poziomu jednej aplikacji ile i jakich osób będzie, jakie klub proponuje promocje i do tego jeszcze zdąży sprawdzić fotorelację z poprzedniej biby. W drodze do klubu natomiast sprawdzać będzie na bieżąco wrzucane fotki dzięki podpięciu pod instagram i o 23 jak się okaże, że w środku jeszcze jest mało osób to odpuści i wybierze kolejne miejsce.
   Zacznie się więc wyścig o istnienie w cyfrowym świecie na zupełnie innym poziomie niż to teraz znamy. Teraz chcesz to wrzucasz fotki z pełnym danceflorem i swoją uśmiechniętą mordą na pierwszym planie, a już wkrótce będziesz musiał, bo manager zwróci Ci uwagę, że impreza z Twoim setem generuje zbyt małe zainteresowanie w sieci, a to negatywnie wpływa na budowanie wizerunku no i frekwencję. Do tego aplikację będą pobierać listy numerów które grasz tak, aby przy profilu imprezy wyświetlał się np. kanał z klipami z YT. A może to jeszcze bardziej się rozkręci i ktoś stworzy taką aplikację, która przy wejściu do klubu zrzuca na Twojego laptopa listę utworów jakie chcą Asia, Kasia i Marek i po wejściu 300 osób masz chłopie zbiór piosenek, do których chcą krejzole tańczyć i nie pozostaje Ci nic innego jak tylko to sprytnie zmiksować. Wszyscy są zachwyceni i wystawiają Ci pozytywne oceny. Takie buźki przy Twoim profilu. Coś a la uśmieszek przy kasie w Biedronce. I uwaga jak zbierzesz 50 uśmiechniętych buziek to od managera dostaniesz dodatkowe 20zł to wydania na barze!
   To co kto zna się na programowaniu? Może wreszcie zarobimy jakieś miliony?

czwartek, 10 kwietnia 2014

Recenzja - Chonabibe "Migracje"

W ramach działu "Szczyt hipokryzji" będę tu wrzucał recenzję albumów, które wpadają w moje ręce...


Chonabibe "Migracje"
   Po pierwszym przesłuchaniu "Migracji" pomyślałem sobie, że ta płyta to powinien być case na jakiś studiach dotyczących muzyki popularnej, jak zrobić album dzięki któremu zgranie się wszystkie juwenalia w tym kraju. No cóż, taki mój charakter, że wszędzie widzę pieniądze i tu w tym krążku widzę ich bardzo dużo. Zresztą na samej okładce są dwa logotypy: Czwórki i portalu dlastudenta.pl, które obrazują do kogo jest ten longplay adresowany. I myślę, że ekipa tworząca Chonabibe zrobiła świetny produkt, który powinien być rozchwytywany przez organizatorów.
   Po drugim przesłuchaniu doceniłem jak w tekstach został potraktowany pozytywny przekaz. Otóż tu w odróżnieniu od wielu reprezentantów sceny reggae, czy hiphopu Jahdeck, który jest głównym mc w projekcie nie walczy z systemem, nie narzeka na rząd, na podatki, na wszystko. Stara się wytłumaczyć słuchaczowi, że jego los jest w jego rękach i to od niego zależy jak nim będzie rozporządzał. I w sumie dla mnie jest to świeże podejście na polskiej scenie i wolę słuchać takich motywujących tekstów niż ciągłego narzekania.
   Ale, żeby nie było tak kolorowo to muszę to wytknąć, że chwilami te teksty są turbo banalne. Zdarza się, że zarówno dobór rymów i ułożenie całych zwrotów pasuje bardziej do mojej twórczości niż do takiego zespołu. Ale jest coś na tej płycie co się nazywa śpiewem i ten śpiew na szczęście ratuje te teksty. Zaśpiewy, flow, melodyjność głosów to jest taki atut, że nawet najbardziej proste zdanie chłopaki obracają w fajnie brzmiący banger. W wielu przypadkach ten duet tak aranżuje piosenkę, tak zmienia akcenty, że słucha się tego dobrze i te interpretację robią na mnie wrażenie.      
   Po trzecim przesłuchaniu dociera do mnie oczywista oczywistość, że nie grało by to tak fajnie, gdyby nie muzyka. Są mocne bębny, ciekawe aranże, melodyjki, melodie, riffy i bass. To wszystko jest nowe, nie nudzi się i napędzą koncertową maszynę Chonabibe. Jedyne czego mi brakuję do dopełnienia tej płyty to coś odważniejszego w wykraczaniu poza pulsujące bity, coś stworzone np. w oparciu o mocny drum'n'bass, który w połączeniu z flow mcs na pewno by wypalił. Ale jest to co jest. A jest to świeże i solidne i wiosna i każdy jej wschód Słońca należą do Chonabibe.