czwartek, 20 grudnia 2012

Tydzień na fejsie

Najpierw wprowadzenie w temat. Fejsbóg dzieli się na tych którzy śmiecą, spowiedników i kreatorów. Śmiecą CI wszyscy, którzy nic ciekawego do powiedzenia nie mają i po kolei jak leci wklejają po 100 klipów z Youtube, dwadzieścia demotów i udostępniają różne "wirusy" od konkursu w którym można wygrać 10 litrów jogurtu po apel o bojkot czegoś tam w imię walki z GMO. Sami nic odkrywczego do second life nie wnoszą ale ich lajki to sens egzystencji kreatorów. Kreatorzy to osoby z pokaźnym zasobie freindsów specjalizujący się w danej dziedzinie, którzy jako pierwsi wrzucają nowy klip, mają najlepsze foty i zbierają najlepsze noty. Dzięki nim coś na fejsie się dzieje i jak się dobrze tablice ustawi to można traktować fb jak serwis informacyjny. Ostatnia grupa to spowiednicy. Ich wpisy to najczęściej przekaz co robię tu i teraz: "śniadanko", "kupka", "zakupy w galerii z Weroniką M." i tak dalej. Na koniec dnia z reguły wrzucą coś odkrywczego typu: "Chuj mnie obchodzi co myślą o mnie dwulicowe kurwy. Ci co mają wiedzieć jaka jestem to wiedzą!" I tak właśnie mniej więcej wygląda struktura moich kochanych ziomeczek i ziomków z fejbunia. Zaczynam z nimi kolejne tygodnie i chcę z Wami się podzielić jak wygląda Wasz tydzień moimi oczami. Zaczynamy w poniedziałek. Od rana wpisy narzekające na powrót do świata czyli: "znowu tyrka", "jebana szkoła" i lecimy z narzekaniami. Koło południa zaczynają się pojawiać się weekendowe galerie z imprez i oznaczanie kto, gdzie i kiedy. To napędza komenty w stylu: "o nieee…", "kozacki melanż był", "TO ONI MNIE ZGWAŁCILI I UKRADLI TELEFON!!!" Gdzieś migną też komunikaty od djów, że wtedy i wtedy w takim klubie skradziono laptopa, lub w pociągu gdzieś w dupie ktoś zajumał case ze sprzętem. Wieczorem natomiast gdy foteczkowa wrzawa przycicha wyłaniają się opisy kulinarnych dokonań kolacyjnych wymieszanie z pytaniami o linki z "Jestem Bogiem". We wtorek do południa społeczeństwo buntuje się przeciwsko władzy. Po kolei wklejamy artykuły że ZUS to złodzieje, że trzeba trawę zalegalizować i ogólnie naród walczy o swoje. Po obiadku przebudzają się rapery z enigmatycznymi wpisami, że właśnie nagrali razem z RT23MC kozacki numer, który wszystko zmiażdży i będzie teledysk, ale to dopiero za trzy miesiące od daty ostatniego przesilenia licząc od września. Noc witamy znowu filmami lub linkami do relaksacyjnej muzyczki. Ogólnie leniwość. Natomiast środa to już postępujące zwieranie dupy przed weekendem. Rozpoczyna się udostępnianie i udziałobranie w wydarzeniach. Na jaw wychodzą niedopowiedziane kwestie z soboty, że Tomek powiedział, że Magda jest taka a taka, a Sebastian nie słyszał tego i ona miała pretensje, że ją zlekceważył i rozkręca się machina internetowych wojenek. Mental Cut i Daniel Drumz zdają sobie sprawę, że jest środek tygodnia i hajs musi się zgadzać to wrzucają linki do sklepów gdzie można zakupić ich EPki. Jesteśmy gotowi na czwartek. Od rana zamieszanie, bo pojawiło się zmęczenie czterema dniami pracy i każdy chcę już piątku. Śmieciowcy wrzucają klipy do premier z dnia poprzedniego, spowiednicy: ":( przeziębienie. F**K!", a tak poza tym to "Nic o mnie nie wiecie i się nie dowiecie". Znudzone marazmem zwykłego dnia nastki i odchudzone mamusie, co by sobie zrobić grunt pod sobotę wrzucają swoje sweet focie, a ich koleżanki nigdy nie wspomną w komentach o celulicie, a lajkujący koledzy pewnie podjeżdżają na ręcznym. Gdy zajdzie słońce, dje pompują swoje eventy wrzucają filmiki jak to było tydzień temu. Na koniec studenci pytają o piątkowy transport do rodzinnego miasta i fejsbuk kładzie się spać. W piątek odpalamy na grubo. Od rana tablica płonie od zapowiedzi, że dzisiaj wychodzimy na miasto. Że wrócił Marek z Londynu i cała banda na osiedlu będzie pić. Wpisy te poprzedzają demoty z kotkiem o piątku i radosne huuuuurra, że to koniec tygodnia. W połowie dnia spowiednicy zdadzą relację z ostatniego treningu na siłce i teraz z czystym sumieniem będą mogli schlać się i wpierdalać po nocach kebaby. Dje rozpoczynają litanie narzekań na PKP. A czas zaczyna płynąć coraz szybciej. Wpisy są coraz krótsze i mają na zadnie wywołać u innych zazdrość lub co najmniej zaciekawienie faktem, że to właśnie Krzysiek uderza na najlepsze melo w powiecie. Od godziny dwudziestej fb pustoszeje, gdyż wszyscy gdzieś, u kogoś z kimś. Lecz już za chwilę pustka zostanie skrupulatnie wypełniona tymi którzy z przeróżnych powodów siedzą @ home. No i mamy cały przegląd tematów od religijnych rozważań po żale z powodu tego, że technika zabija ludzkość po jakieś egzystencjalne wywody, że czas się zatrzymać, zastanowić, a później tylko skręcać w lewo. I tak nikt tego nie czyta, bo wszyscy ostro cisną na parkietach, domówkach i pod monopolami. Sobota już od świtu przemawia na zmianę hasłami które rozumieją tylko Ci którzy je piszą, cytatami z filmów wyrwanymi z kontekstu i zachwytami nad piątkową nocą. Gdy przebudzą się CI bardziej pokonani ujawni się kilka wpisów obiecujących, że Jacek już kończy z alko, że nigdy więcej. Ale, wszyscy wiemy, że melanż musi trwać, albo dorzucasz do pieca, albo spierdalaj na naszą klasę. To zbieramy po obiadku siły i zgodnie oznajmiamy światu, że skoro wczoraj było dobrze, to dzisiaj będzie dobrze kurwa w chuj. Że Ewcia i Monia z wrażenia połkną dupą własne stringi. Dejoty w samych superlatywach podsumowują wczorajsze głębokie dokonania za konsoletą, szydzą i narzekają na proszącą o coś fajnego blondyneczkę. Ale nie ma co pisać tu trzeba być i trzeba to przeżyć. No to jedziemy z online relacjami z danej chwili. Szybkie fotki ukazujące szaloną ekipę objuczoną litrami wódki. Jeszcze szybsze zapowiedzi, gdzie, kto na kogo czeka… I start! Gorączka sobotniej nocy. To oznacza wypis zakodowanych komunikatów, które znaczą wszystko i nic: "O kurwa", "ale gnój", "ogień". Publikowane ze smartfonów skutecznie nakręcają inne wpisy i zaczyna się festiwal kto ma lepiej, kto bardziej leci po bandzie i ile tych stringów jest w stanie połknąć dupą. Niestety nic nie trwa wiecznie i kiedyś ta sobotnia orgia musi się skończyć i zacząć kacowa niedziela wielkich postanowień. Wielkie postanowienia dotyczą podobnie jak po piątku zerwania z używkami, ale też idą dalej i gdy przyciska sumienie to palce na klawiaturze tak jakoś samo wystukują, że od jutra zapisuje się na siłkę, że koniec z głupotami i czas zabrać się za naukę, że trzeba coś w swoim życiu zmienić. Niektórzy od rana zapijają no to mamy szydercze komentowanie na bieżąco Familiady, czy skoków narciarskich. Do końca dnia pojawi się jeszcze kilka wpisów z kodami IMEI skradzionych telefonów, próśb o pomoc w odnalezieniu dokumentów i zapytań o numer do klubu, bo ktoś kurtkę zostawił. I tak o to wygląda Wasz tydzień w krótkim i tendencyjnym podsumowaniu.

sobota, 15 grudnia 2012

Tempo Remix

Ameryki nie odkrywam, ale po rozmowach na poniższe zagadnienie z kilkoma osobami stwierdziłem, że być może kogoś to zainteresuje więc przelewam myśli na papier jak prawilny chłopaczyna co ziomka nigdy nie sprzeda. Lata temu jak chciałem być najlepszym turntablistą w powiecie to wymyśliłem sobie, że aby zrobić coś nowego trzeba po pierwsze grać na nie rapowych bitach, po drugie, dzięki temu że są inaczej zbudowane odkryć w nich nowe patterny. Tak więc szlifowałem czarne rowy wypełnione techno, drumnbassem czy innymi wynalazkami. A, że często były to płyty tłoczone do odtwarzania na 45 obrotów, ja aby rozpracować dany bit i nauczyć się rutyny odtwarzałem je na 33 rpm. I powoli ucząc się powtórzeń przyśpieszałem płyty. Wtedy, a było to z 5-6 lat temu na swoje potrzeby stworzyłem moonbathon. Grając płyty które mają pierwotnie tempo w ponad 130 do 140 i grając je na 33 rpm uzyskałem wtedy nie doceniony przeze mnie efekt ciężkiego bitu otoczonego masywnymi dźwiękami. Teraz w ramach eksperymentów, korzystając z Serato gram tak czasami numery pierwotnie zakwalifikowane jako UK Funky i wychodzą ciekawe kombosy oscylujące wokół 105- 108 bmp - przy maksymalnym przyśpieszeniu +8% w moich Technicsach. Nie znam historii moombathonu, ale wydaje mi się że tak właśnie mógł powstać. Patent ten kilka razy sprawdził się idealnie, gdy w taki sposób puściłem "fuknowe" remixy szlagierów i uzyskałem brand new wersje moombah. Odwracając rolę z tempa 108 granego na 45 rpm, ale zwolnionego do -8% można wyczarować, coś co - teraz nie zabłysnę znajomością pod gatunków, rodzajów i styli - ma wiele wspólnego z Uk funky i kilka ciekawych dźwięków wokół. Podobnie sprawdza się pomysł przyśpieszania w konwersji breakbeat do drumnbassu. Zwłaszcza te nowe breakbeaty pełne dubstepowych brzmień ciekawie grzmią gdy puszcza się je na 45 rpm. Oczywiście są pewne przekłamania na tonacji, na estetyce brzmienia, ale w imprezowym tyglu percepcja podkręcona alkoholem i innymi używkami jak nabardziej akceptuje i pożąda breakbeatowe drumstepy grane kilkadziesiąt procent szybciej. Jak się nudzi w grudniowe wieczory to polecam przetestowanie różnych tempo remixów, bo w krytycznych sytuacjach braku materiału może ten patent być bardzo pomocny.

niedziela, 2 grudnia 2012

Dramenbejsówny kontra dubstepówny

Przemierzając obszczane bramy obskurnych kamienic, w których ulokowały się jaskinie zła, będące naszymi drugimi domami. Nie sposób nie zauważyć, że doszło do pewnej zmiany pokoloniowej. Niby dalej jest gnój, krzyki, tańce na barze i swawole w ciemnych zakamarkach, ale to nie to samo. Kiedyś te ich brudne od kilku dni raveu twarze miały w sobie coś pociągającego, teraz ich twarze są nijakie, a brudne są od makijażu. Kiedyś za pomocą Nokii 3310 potrafiły otworzyć piwo, teraz za pomocy smartfona są co najwyżej w stanie sprawdzić powiadomienia na fb. Kiedyś kojarzyły kawałki, przegrywały mixtejpy na kasetach teraz mogą co najwyżej zobaczyć nowy teledysk Pezeta na youtubie. To pokolenie odpuściło każdą dziedzine życia oprócz szalonej reputacji na fejsie. Żadna nie umie kraść w sklepach, żadna już nie nosi w torebce kastetu, te dziewczyny są takie po prostu bez jaj. Najlepiej to porównać do drumnbassu i dubstepu. Drumów nikt nie rozumiał, były awangardą sceny klubowej, miały moc buntu, a dubstepy łatwo wchodzą ,mają energie, ale są takie przewidywalne, nie mają dugiego dna. Drumy szły do przodu, jak rozpędzony pociąg miażdżyły wszystko przed sobą, dubstepy robią dużo zamieszania wokół, można z nimi pół godziny poflirtować, ale później po prostu odchodzi się obojętnie. One karmione bsmartami, one stylizujące się w galeriach nawet kurwa nie wiedzą kto dziś gra na imprezie na której są. Bo nie liczy się kto gra, ale liczy się to, że one są. A kiedyś, a kiedyś młode wariatki napędzane tempem 176 same dla siebie kupowały w Londynie winyle do tego robiły kawałkami i szmuglowały piguły w prezerwatywach które naprędce wkładały sobie do pochw w lotniskowych ubikakacjach. Ech to nie jest kraj dla starych ludzi.

wtorek, 20 listopada 2012

Trakmajster dla ArtDeRue

Dostałem propozycję od rzeszowskiej ekipy ArtDeRue, aby nagrać dla nich mix. Jako, że z tym nagrywaniem zawsze był problem, to powstał minimix. Ale zmieniam teraz taktykę i stawiam na regularne wypuszczanie właśnie takich dynamicznych minimixów. Czasami będą tematyczne, czasami bardziej spontaniczne. Ale na pewno co miesiąc/dwa będą się ukazywać. Tak więc poniżej odsłuch mojej najnowszej kompilacji pt. "Mokasyn, Taniec i Szkło".

wtorek, 13 listopada 2012

Cietydzwiek TV odc. 2 - DJ Plash

Drugi odcinek to wywiad rzeka z Plashem, znanym do tej pory jako Przeplach. Jest pokazana mała rutynka, jest dużo ciekawych tematów, zapraszamy!

czwartek, 1 listopada 2012

Cietydzwiek TV - Bez Ksywy

Podczas Mistrzostw Polski Djów IDA 2012 w krakowskich Fortach Kleparz, przeprowadziłem dwa wywiady. Pierwszy z Falconem, a drugi z BezKsywy. Jako pierwszy wrzucamy z BezKsywy. Falcon wkrótce. Niestety podczas wywiadu z Falconem doszło do przypadkowego wypięcia wtyczki od mikrofonu, dzięki czemu dźwięk jest okropny, ale i tak to wrzuce, bo szkoda materiału. Poniżej wywiadzik z BezKsywy:

sobota, 27 października 2012

DJ Twister nadaje newsy

Ukazał się pierwszy odcinek Twisted News, w którym Vinylowy Kot opowiada o swoich ostatnich mixach. Dobra jakość, solidne wykonanie. Czekamy na kolejne!

wtorek, 16 października 2012

12'' Flying Plate - zwariowałem

W moim pierwszym gramofonie - Arturze lub Adamie, zdemontowałem talerz będący również slipmatą i zamiast tego usadowiłem na kole, które było napędzane paskiem kartonowym dwunasto-calowy talerz na który dałem folię przykrytą 150 gramową bawełną ze starego t-shirta. Śmigała ta prowizorka świetnie - jak na paskowca płyta nie stawiała oporów i startowała bardzo sprawnie. W mocniejszym modelu chyba jednak Adamie fabrycznie dawali wielki kawał ciężkiej gumy, dzięki której młody skreczer szybciej palił silnik niż zrobił porządnego forwarda. Więc drogą eksperymentów, przez podkoszulki przekładane foliami z płyt, przez tektury z opakowań po płytach montowałem zestaw poślizgowy. I wtedy, a była to końcówka lat dziewięćdziesiątych kiedy do Polski wchodził boom na rap i na djing nigdy bym nie pomyślał, że kilkanaście lat później komuś w naszym kraju będzie się chciało slipmaty robić. Tak więc gram sobie po Mistrzostwach Polski Djów IDA 2012, puszczam piosenki na filcach ze SideOne, gdy podbija ktoś do mnie i bez słowa wręcza zestaw latających talerzy. Najpierw myślałem, że to winyl, gdyż okładka sugeruje raczej że to battle break, ale w domu wszystko się wyjaśniło i niestety: good bye slipmaty ze SideOne... 12'' Flying Plate jest turbo cienka, ale wystarczająco gruba, aby winyl nie ocierał o wystającą krawędz talerza. 12'' Flying Plate nadaje ekstra poślizgu płycie jednoczeście w ułamku milisekundy łapie kontakt z płytą, gdy trzeba po prostu puścić winyl do przodu. Do tego jest antystatyczna i wodoodporna i tak! To jest produkt made in Poland. Nie wiem czy na tym ktoś zarabia, czy to jest w Polsce od zawsze, a dopiero do mnie teraz dotarło, czy ma to być początek nowych gadżetów i wkrótce pojawią się knoby do Renaty 57 dociążone ołowiem, ale za sam pomysł i za wykonanie należą się brawa i wsparcie. Kupujcie polskie slipmaty!

wtorek, 2 października 2012

Trakmajster - TEGE REGE MINIMIX

Król Julian mówi, że gdy będziesz tego słuchała to musisz kręcić tyłeczkiem raz w lewą, a raz w prawą strone. A i tak najlepiej kręci tyłeczkiem jego magnificencja król Julian! Możesz też się rozkraczyć na czworaka, wypiąć zadek i tak zarzucać tyłeczkiem na plecy, ale pewnie tak nie potrafisz, bo tak potrafi tylko król Julian!

środa, 12 września 2012

Cietydzwiek TV - DJ BLEQ - Premiera!!!

Tysiąc pięćset lat po wprowadzeniu VHS, tysiąc lat po wprowadzeniu dolby stereo, sto lat po powstaniu Youtube dostrzegliśmy, że można przygotowywać materiały video... Tak więc z jakością TV Białystok z 98 roku, z prowadzącym o niesamowitej charyźmie i aparycji przedstawiamy pierwszy, premierowy odcinek Cietydzwiek Tv, którego gościem jest DJ Bleq.

poniedziałek, 3 września 2012

Mistrzostwa Polski Djów IDA 2012 / koncert JWP

IDA POLAND oraz sponsor główny imprezy REEBOK CLASSIC zapraszają na tegoroczne Mistrzostwa Polski International Dj Association, które odbędą się 6-ego października w klubie FORTY KLEPARZ w Krakowie.

Jak co roku wyłonimy Mistrzów IDA w dwóch kategoriach:

TECHNICAL
w której to pod ocenię sędziów brane są podstawowe umiejętności techniczne takie jak skrecz, beat juggling, innowacyjność i melodyjność setów. Sety w rundzie eliminacyjnej mają po 3 minuty po czym na podstawie werdyktu jury wybierane zostają 4 osoby, które w formule "head 2 head" mierzą się w półfinałach i finałach.
Sety w tej fazie zawodów mają po 2 minuty. Łatwo więc obliczyć, że ktoś kto marzy o finale musi mieć przygotowane:

3 min - set eliminacyjny
2 x 2 minuty sety półfinałowe
2 x 2 min sety finałowe

oraz

"SHOW"
w której to kategorii Dj lub Team prezentuje 6-cio minutowy set, w którym użyć może dowolnych instrumentów peryferyjnych pod warunkiem wykorzystania przynajmniej jednego gramofonu.
W tej kategorii najważniejsza jest innowacyjność, ale sędziowie tak jak w Technical dają ekstra punkty za podstawowe techniki dj'skie (skrecz, beat juggling, triki).

Zgłoszenia do udziału w zawodach należy przesyłać na adres
tk@zooteka.com.pl

Po przesłaniu maila dostaniecie formularz na podstawie, którego zostanie stworzona lista uczestników.

Zawody w tym roku oceniają:

DJ FALCON - wielokrotny Mistrz Polski ITF / IDA
DJ TRAKMAJSTER - jeden z najbardziej zasłużonych dla polskiej sceny turntablistycznej dj'ów
Tomasz Kubik - Prezydent IDA POLAND, organizator wielu imprez dj'skich, prekursor bitew na gramofony w naszym kraju

Podczas imprezy nastąpi premiera klipu promującego IDA WORLD FINAL 2012 który odbędzie sie 8 grudnia w Krakowie.

Zwycięzcy imprezy oprócz nagród ufundowanych przez sponsorów zyskają prawo do reprezentowania Polski podczas IDA WORLD FINAL.

KONCERT WIECZORU:
JWP

Supporty:
AWANGARDA
RSWK / Rówieśnicy

AFTERPARTY:
DJ FALCON
DJ TRAKMAJSTER

Sponsor główny:
REEBOK

Sponsorzy:
Red Bull, Show System, Rane, Stanton, Urban Flavours

Patroni medialni:
StreetMag, Freestyle.pl, Onet.pl, Radio Eska, Kino Kijów.Centrum

Przedsprzedaż biletów w sklepach Kokoszop ul. Floriańska 16, Bongo Szop oraz Graffiti ul. Flroriańska 22, a także w nowo zlokalizowanym HIP HOP STUFF ul. Floriańska 24

już od 19 PLN !!! do 30 września 29 PLN od 1 do 5 października 39 PLN w dniu imprezy na bramce klubu

czwartek, 9 sierpnia 2012

Czas Czas Czas

Czas Czas Czas to Hajs Hajs Hajs. Czy to moja ułomność, czy normalna sprawa u djów, że 3/4 czasu poświęconego na odrabianie tzw. pracy domowej poświęca się na przemysłowe przesłuchanie nowych kawałków. Nie wiem jak Wy, ale ja mimo swojej zajebistości w pełnej okazałości nie mam pamięci do tytułów i wykonawców. Mylę traki. Mylę wersje. Cały czas próbuje to segregować, ale za każdym podejściem zapominam klucza jakim segreguje muzykę i zaczynam to praktycznie od nowa. Z chęcią skorzystałbym z jakiejś aplikacji która przesiewała by listy przebojów, listy sprzedaży i dostarczała mi esencje klubowych bangerów. To słuchanie jest bardziej męczące niż zapodawanie bitów na freestylalowych spontanach które materializują się tuż po koncercie jakieś ekipy rapowej, takiej z zasadami. Wtedy wręcz nie wypada dobrym ziomkom nie zapodać bitu, bo tu prośba od charakternych chłopaków o coś west coastowego. Mam taki katalog, że wrzucam tam wszystko co ściągne, rzadziej kupie, prawie nigdy zgram z winyla. I tam non stop jest kilkaset plików, które swoją hitową świeżość straciły już rok temu, ale trzeba by je wrzucić do jakiejś podgrupy typu "polish dance" i wreszcie zacząć grać. Ale, żeby to zrobić to przy najmniej wypada raz numer przesłuchać nie mówiąc o nauczeniu się go… A czy Ty drogi Dju znasz swoje numery które grasz? I nie mowie tu o rozkmninianiu amplitudy na szybko, dzięki czemu wiesz gdzie refren, gdzie breakdown, tylko o tym, że wiesz o czym dany raper rapuje, o czym dana piosenakra śpiewa w danym momencie i znasz tą produkcję na tyle, że gdy przyjdzie Ci zrobić cuty na dany temat masz w głowie gotowe dwadzieścia wersów, zwrotów… To chyba nie możliwe, żeby w czasach digital, gdy zmienił się system grania, a zamiast 200 winyli przez impreze przewija się tysiąc numerów znać to wszystko. Ogarniać tematyką, brzmieniem. Ja to jeszcze gram muzykę prostą, tak prostą, że czasami prostacką. Ale co ma powiedzieć Krime, czy Przeplach, gdy oni tam zagubieni w granych na żywo funkowych bitach potrafią znaleźć drogę, wspólny mianownik, ogarnąć przejście i wiedzą kiedy można sobie pozwolić na juggle, które nie wybiją z rytmu tancerzy. I znowu wracam do słuchania i do oznaczania punktów cue w strategicznych momentach. I tu wychodzi moja amatorszczyzna. Bo wiem, ja dobrze wiem, że są wśród nas tacy dje, którzy na tym etapie przygotowania numeru do grania idą kilometr dalej i przed rozpoczęciem numeru wstawiają rozbiegówke na dwie frazy, tak aby było łatwo zmiksować. Edytują numer pod wersje party breaka. Tak, aby np. zaczynał się refrenem, który śpiewa cała sala, i kończył się w ciekawy sposób wprowadzając kolejny numer. Ale mnie to już przerasta. Zdaje sobie sprawę, że to jest już mega profesjonalne, ale ja wole, spokojnie, wprost proporcjonalnie do wynagrodzenia które biorę, bez przesadnej ingerencji w twórczość muzyków... 

poniedziałek, 30 lipca 2012

Musisz mieć Plan B!

Tak to już jest, że najczęściej do napisania czegoś na bloga skłaniają mnie pijackie rozmowy z kolegami po fachu. Najnowszy wniosek z tych bełkoczących dyskusji to obowiązek wyrobienia sobie przez dja nawyku nie przyzwyczjania się do pieniędzy. I nie chodzi tu o łatwość w ich wydawaniu na winyle, na mp3, czy na trunki po skończonym secie. Ale chodzi o to, że nasza branża to szoł biznes i dzisiaj jesteś krezusem, a jutro możesz być bankrutem. Jeżeli nie jesteś super gwiazdą, tylko rzemieślnikiem starającym się jak najlepiej wykonać swoją prace to zawsze musisz mieć opcje numer dwa w kwestii zarobków. Bo wystarczy kilka tygodni bez bookingów, a to się zdarza, że klub sie spalił, że organizator się wychuśtał i zaczyna się równia pochyła. Wygląda to tak, że pół dnia czekasz na telefon, że ktoś, że gdzieś, że Ty, że jedziesz, a drugie pół sam dzwonisz, po kolegach, po kolegach kolegów, po klubach, po agencjach. A każdy kolejny taki dzień to coraz mniejsza gaża i wreszcie dochodzisz to statusu dja, który za marne grosze będzie puszczał cokolwiek, gdziekolwiek i jak kolwiek. Na przysłowiowej scenie jest już po Tobie. Pewnie wrócisz do swojej rodzinnej miejscowości i z trochę urażoną ambicją, że nie udało się w wielkim miejście będziesz musiał dostosować się do lokalnej rzeczywistości. Dla nas niestety to plus. Mniej djów w mieście, to lepsze gaże i warunki pracy. A my z większym lub mniejszym powodzeniem mamy opcje B. Gdy zdarzy się kilka weekendów bez grania, to oczywiście budżet podupadnie, ale na Tatrę w osiedlowym sklepie zawsze się znajdzie… Komfort psychiczny zapewnia nam także fakt, że gdy właściciel już nas maksymalnie wkurwi, gdy ludzie przychodzący do klubu mimo twoich najszczerszych wysiłków dalej będą wymyślać gruszki na wierzbie to możemy spokojnie powiedzieć: SPIERDALAJ. Rano wstać i udać się do pracy nie martwiąc się skąd wezmę na czynsz. Tak więc namawiam Cię nie poświęcaj się maksymalnie graniu, bo w przyszłości może zdarzyć się paradoksalnie, że dla dobro Twojego grania wymagać będzie odpuszczenia teraz i poświęcenia kilku godzin dziennie na rozwijanie innych źródeł zarobkowania. I nie mówię tu o dilowaniu mefedronem spod djki.

poniedziałek, 28 maja 2012

Najlepszy Party Rocker?

No to się, zaczęło. Zawrzało na wszystkich frontach. Pierwszy nosi nazwę "dlaczego nie ja?" Nie mam pojęcia, nie ja wybierałem i cieszę się gdyż w Polsce jest kilkunastu solidnych party rockerów, z których każdy jeżeli nie skillami, to repertuarem lub swoimi mashupami eliminuje innych i wybór tej 8 to na prawdę ciężka sprawa. Drugi front należy do rozkminiaczy i dotyczy ścisłej ósemki wybranych. Z kilku rozmów wiem, że tak samo jak ja tak i moi oponenci analizują co zagrają przeciwnicy. Czy spodziewać się po djach tego co grają na swoich imprezach? Czy raczej oni, wiedząc, że zostaną rozpoznani w ten sposób wyjdą poza swoje standardy i np. Falcon będzie miksował Shakirę, a Plash (Przeplach…) zaprezentuje najnowsze bangery uk funky? Na te pytania dostaniemy odpowiedzi piętnastego czerwca na przełomowej imprezie na naszym rynku. Rzadko się zdarza, aby tak ścisła czołówka zaryzykowała tak bardzo swoją reputację. Trzeba pamiętać, że to nie są zawody turntablistyczne, a każdy z tych djów ma wyrobioną na różnych polach markę. W swoich środowiskach, w swoich klubach, wśród swoich facebookowych fanów to oni są number 1 i te zawody mogą poważnie podkopać renomę. Chociaż z drugiej strony, ciekawe ile Red Bull wsadzi w promocję imprezy i ile zyskamy przez sam fakt uczestnictwa w niej. Czyżby nie biorąc pod uwagę wyniku już od lipca kalendarz każdego z nas nie znał dnia bez firmowego eventu w salonie marki X a noc w klubie o nazwie X? Pewnie tak nie będzie, ale między innymi z tego "promocyjnego" powodu zdecydowałem się na start. Poza tym pozornie jesteśmy tak bardzo niezależni, tak bardzo mamy wyjebane na trendy, na opinie. A jednak przez te wszystkie lata budujemy swoją markę. Czy to miłego pijaczka sprytnie grającego, czy to gramofonowego turboskreczera, który zna tylko wszystkie battle breaki i pornhuba. Ale jednak pracujemy nad swoją marką, bo wiemy że to nasza praca. Tak więc bez względu na wszystko należy docenić tych 8 wybranych, że mają jaja i mimo ich ego, są gotowi na moment w którym ktoś powie, że są lepsi i jeszcze lepsi i jeszcze kilku zajebistych djów… Dalej myśląc nad tym tematem, to przy tym składzie startujących już wiem, że wyniki będą niesprawiedliwie, gdyż wśród tych djów jest spory rozrzut preferencji muzycznych i podejścia do hasła party rocker. Ilu djów, ile gatunków, tyle interpretacji. Dobra kończę pisać i czas wracać do gramofonów. Piętnaście minut to jest dużo, ale, żeby fajnie zbudować atmosferę, wkręcić słuchacza to raczej za mało. Jedno jest pewne, wiem, że ta ósemka stanie na wysokości zadania i zaprezentuje ciekawe sety, a będzie to podsumowanie polskiego djingu. Acha... będę jeszcze bardziej szczęśliwy, gdy publiczność będzie na tyle dojrzała, żeby docenić te nasze wygrzewki.

niedziela, 27 maja 2012

Marihuana

Temat oklepany jak sprawa re questów, ale wiem, że naród oczekuje na moje zdanie w tej sprawie, tak więc głos zabieram. Marihuana. Każda ze stron sporu o legalizacje, co z resztą jest zrozumiałe przedstawia tylko sobie słuszne argumenty. Każda ze stron sporu ma dużo racji i tyle samo fałszywego przeświadczenia, o tym że ma racje. Po pierwsze trawa to narkotyk, jej palenie ma negatywny wpływ na organizm, do tego uzależnia. I jeżeli nawet są badania, które mówią, że tak nie jest to ja się z nimi nie zgadzam, gdyż od 12-13 lat obserwuje osoby, które palą i widać na nich negatywne zmiany. Argumenty, że wódka też szkodzi, że papierosy też szkodzą, a są dozwolone, nie są argumentami. To też w pewnym sensie narkotyki tylko przez fakt mocnego zakorzenienia w społeczeństwie jest na nie przyzwolenie. I w tym miejscu trzeba napisać, że w Polsce została przekroczona już pewna granica popularności marihuany. Jesteśmy już po tej drugiej stronie, gdzie trawa nie jest egzotycznym wymysłem kilku rastuszków, tylko czymś co funkcjonuje dosłownie w całej Polsce, w każdym mieście, miasteczku, wsi. To nie jest biznes mafii, jest raczej lokalnych gangów, ale trawa w Polsce to są dziesiątki tysięcy domowych grow-boxów i mini upraw w pobliskim lesie. Popyt jest tak wielki, że konsumenci stali się producentami, a owiani złą sławą dilerzy zajmują coraz mniej miejsca w dystrybucji. Dopóki ilość towaru na rynku regulowali dilerzy, to walka z marihuaną miała sens, ale teraz gdy dorodnego krzaczka można sobie wyhodować w domowej szafie nie ma szans, aby obrońcy narodu przed THC wygrali. Po prostu trzeba przyjść, że marihuana jest i trzeba jakoś zagospodarować ją prawnie. Gdyż zaostrzanie, lub pozostawienie obecnych przepisów robi z palaczy przestępców, którzy w większości przypadków są normalnymi obywatelami. Ich życie wkracza na drogę połamanych paragrafów przez fakt, że w warunkach recydywy zostają ponownie złapani z jointem. Po takim incydencie pojawiają się problemy finansowe, problemy z pracą i dzięki ostremu prawu rodzi się nowy przestępca, który sam dilując, kradnąc musi zarobić np. spłatę długów wobec państwa. Jak zagospodarować prawnie marihuanę? Nie wiem. Cokolwiek sejm nie uchwali, to będzie źle. Dlatego, że to narkotyk, który uzależnia i jego konsumenci zawsze będą chcieli go więcej. Sama legalizacja w początkowej fazie będzie miała fatalne skutki dla gimnazjalistów. Dilerzy stracą duży rynek osób, które do tej pory bały się hodować nawet jednego krzaczka, a teraz obok bazylii i szczypiorku będzie im pięknie rozrastała się AK-47. Więc dilerzy będą musieli rekompensować sobie te straty uderzając do małolatów. Z drugiej strony, z racji tego, że będzie większa podaż, mniejsze ryzyko, jest szansa że ta trawa będzie trawą, która przy okazji ma w sobie setki różnych psychotropów. Obecnie ze względu na koszty, ryzyko etc. dilerzy notorycznie oszukują czy to na wadze, obsypując topy różnymi specyfikami, czy na objętości. Powoduje to, że konsument często pali jakieś psychotropowe gówno, które z THC ma mało wspólnego. Po takich doświadczeniach albo całkowicie odrzuci palenie, albo dostanie tak silnych impulsów, że jego mózg będzie potrzebował coraz cięższych narkotyków. To poszukiwanie jest największym wrogiem obrońców narodu przed narkotykami. Ci sami posłowie, którzy przez dwadzieścia lat wyhodowali społeczeństwo, które nie ma żadnego hobby, żadnych zainteresowań, żadnego pasji żądają od dzieciaków zamkniętych na osiedlach z wielkiej płyty, żeby wegetowały w tym jałowym środowisku. Narkotyki są idealną trampoliną, żeby na chwilkę się wyrwać… Niestety przez ostatnie lata zamiast wydawać miliony na CBŚ, należało zmienić programy nauczania, należało aktywizować martwe społeczności. Trzeba dzieciaki nauczyć, że muzyka to nie Radio Eska, że sport to nie Adam Małysz, że można robić w życiu wiele innych rzeczy niż siedzenie na ławce przed blokiem. Rodzice nie pokazali, bo sami nie mają życia zapierdalając po 10 godzin dziennie w pracy, koledzy nie pokazali, bo są tak samo w pewnym sensie wypruci z ambicji, ciekawości świata więc jedyna rozrywka to na początku opalenie lufki z ziomkiem i tak się zaczyna. Jak zmieni się nastawienie konsumentów i będą palić trawę nie z nudów, nie dlatego że to ich ostatnia deska ratunku przed szarością osiedla to wtedy społeczeństwo obroni się przed THC. Ludzie muszą nauczyć się palić tak, aby ich to stymulowało i otwierało nowe przestrzenie w ich głowach przy okazji realizacji swoich pasji. Poza tym wszystko jest trucizną - zależy od organizmu i dawki.

środa, 9 maja 2012

Historyjka: Pała na djce

Wszyscy myślą, że dj to ma zajebiście. Że kręcą się wokół niego napalone klubowe suczydła, których mocne i soczyste wargi tylko czekają, aby złapać jego kutasa. Jednak nikt nie wysili się na tyle, aby dostrzec, że dzięki temu dj jest bardzo obciążony psychicznie. Że dosłownie jest między młotem, a kowadłem. Z jednej strony jest presja bycia najlepszym podawaczem w powiecie, z drugiej odpowiedzialność za sprzęt, za impręze, za tak na prawdę dochód kilku dziesięciu osób. Żeby to lepiej zobrazować pozwolę sobie przytoczyć historię mojego znajomego. Kolega DJ rozszerzył właśnie swoje muzyczne horyzonty i idąc z nurtem zaprzestał podróży z casemai winyli, aby grać rapy, na rzecz podróży z laptopem, aby grać house'y, electrohousy i inne uk funky, których i tak nie rozróżniam, a nazwy mylę. Więc z ciemnej piwnicy przepełnionej dymem tlących się bluntów przeniósł się do świecących kilku poziomowych klubów, w których barman, manager i szatniarz to były trzy różne osoby. Dziewczyny nie miał, za bardzo o takową się nie starał. Naczynia wiedział jak umyć - i tak jadł na mieście. Pranie wiedział jak zrobić - pralka miała ciekawe programy. Podać zawsze było komu - był djem przesiadającym w klubach. Więc po co mu garb? Jednak znajomości nawiązywał płynnie i dynamicznie. Miał w sobie to coś, że nawet kiedy miał brodę i założył okulary plus obcisłą koszulkę i jeszcze bardziej rurkowate jeansy to i tak jego hipsterstwo nie przyćmiewało jego męskości która wyróżniała się na tle nijakich ciał standardowych klubowiczów więc dupy biły jak szczupak na blachę. Z reguły były to wyzwolone pseudo artystki, które gdy okazało się, że już nic w życiu nie osiągną to decydowały się na zostanie fotografem, albo awangardową designerką wnętrz (to taka bez szkoły). Klasyczne harpagany raczej odbijały się od jego intelektu, natomiast miał coś co przyciągało przy grubawe lesbijki. Pewnie to wyzwolone środowisko w którym się obracał szukało normalnej drogi życia. I one, przez tyle lat, gdy grały w jednej koszykarskiej drużynie i lizały sobie tyłki zaraz po sraniu twierdziły nagle, że chcą chłopa. No nie ważne. W każdym razie profil Dja znacie. Profilu jej nie poznamy, gdyż nikt za bardzo nie pamięta co to się zgłosiło. W przerwach kiedy zmieniał go drugi dj podchodziła, coś zagadywała. Pili desperadosy. Pili wściekłe psy. Światła świeciły. Humor dopisywał. I tak to musiało się skończyć, że weszła na djke i poczuła moc władzy nad tłumem. Zobaczyła jak ustawia te igły, jak operuje suwakami, jak coś klepie w klawiaturę. To wystarczyło, aby jej zaimponować i po kilku minutowym zmysłowym tańcu, w którym jej ciało wiło się między nim na konsoletą przeszła to robienia pały. Sprytnie schowała się pod stołem djskim, tak aby nikt nie widział jej poruszającej się w górę i w dół głowy i zaczęła mlaskać, zasysać, lizać i pieścić. i tutaj wracamy to kwestii obciążenia psychicznego dja. Nie miał żadnych moralnych zahamowań, nie miał też higienicznych (ufał, że umyła zęby). Miał natomiast ciężkie rozkminy techniczne. Musicie sobie uświadomić, że większość stanowisk djskich jest tak konstruowana, że pod stołem znajdują procesory, końcówki mocy i masa innego elektronicznego sprzętu. Musicie też wziąć pod uwagę pewną przypadłość większości djów, związaną z wytryskiem. Otóż podczas gry gdy djowi włączą się lampka z napisem "siku" ma on (gdy gra sam imprezę) tylko 2-3 minuty aby odcedzić ziemniaki. Tyle bowiem trwa jeden numer, a on musi zdążyć przed jego końcem i puścić drugi. Lata takich praktyk szybkiego oddawania moczu powodują, że podczas wytrysku spermy dochodzi czasami do surrealistycznych sytuacji (patrz. scena z filmu Hulk). Pięć metrów, dziesięć metrów- to nie są odległości. Wracamy teraz kilka lat wstecz, gdy jako początkujący dj zwiazął się z wychowaną w dobrym domu, spuszczoną ze smyczy suką żądną ostrych doznań. I wracamy do ich wspólnej sytuacji. Gdy ona dumna, że jej chłopak robi skrecz skrecz chciała mu zaimponować i mimo, że dopiero wczoraj się pierwszy raz całowali to ona pójdzie na całość i zrobi mu gałkę. Zaczęła, pomemlała, polizała, na chwilę wyjęła, żeby złapać oddech, a on się spuścił na końcówki mocy. Spalił je. Ogólnie skandal i dwa tysiące w plecy. Tak więc nasz kolega obawiał się, że znowu dziewczyna wyczuje moment ejakulacji i wyciągnie penisa ze swoich ust, co spowoduje, że wystrzelona sperma trafi w szczeliny jakiegoś wzmacniacza i go spali. Środek imprezy, tysiąc pińcet luda na parkiecie. A tu nagle muzyka gaśnie, bo jakaś dziewczyna obciągała djowi. Na facebooku będzie hit, w realu trochę gorzej. Tak więc on nie znając jej preferencji. Nie mogąc za bardzo wdawać się z nią dyskusję. Pamiętajmy o tym, że cokolwiek by się nie działo poniżej pasa dja to on musi zachować twarz i dalej miksować. Więc on chwyta jej głowę i dociska do siebie. Ogólnie to już dochodzi, zaraz skończy się breakdown w piosence, wejdzie bit i można strzelać. Dziewczyna dławi się jego chujem. On mocno trzyma jej głowę i czuje żołędziem jej migdałki. Zaraz wejdzie bit. Wchodzi bit. On strzela, ona gryzie, on krzyczy, ona żyga, on zahacza ręką o fader i ścisza muzykę, ona wstaje i płacze, on krzyczy i płacze, ona ucieka z djski, on trzyma się za jaja bo mu krwawią… Na szczęście nie odgryzła, Dwa miesiące miał problemy z oddawaniem moczu, ale jakoś wyszedł z tego. Teraz natomiast ma już całkowicie zrytą psychikę, nie dość, że boi się podawać, żeby nie zalać sprzętu to boi się ogólnie podawać, żeby nie stracić chuja…

czwartek, 12 kwietnia 2012

Krk Party Info

To będzie subiektywny raport z imprezowego życia miasta. Nie sprawiedliwy ze względu na godziny odwiedzanych klubów, na moje preferencje muzyczne, ale byłem, widziałem i trzeba to podsumować. Jest środa i zaczynamy od klubu Pixel. Jest dosyć wcześnie bo 22. W klubie niestety prawie nikogo nie ma i nie zapowiada się, aby tej nocy płonął parkiet. Następnie Rozrywki 3, tu trochę więcej ludzi. Kilka stolików zajętych, przy barze coś się dzieje. Pora jest jeszcze wczesna więc nie wiem czy to był kapitał na Imprezę. Kolejny klub po drodze to Ministerstwo. Duży danceflor zamknięty. Na czerwonej sali szlagierami rnb Danny Boy próbuje zachęcić do pozostania w klubie zagraniczną wycieczkę. Z Ministerstwa po drodze do Coco zachaczam o Divę. Nikogo. Bez historii. W Coco odbywa się natomiast słynna środa. Jednak fakt, że zostałem wpuszczony jest sygnałem, że frekwencyjnego rekordu nie będzie. Zdecydowanie najliczniejsza impreza w mieście. Pistolet bardzo płynnie i sprawnie miksuje hity "black muzik". Na prawdę wszystko równo, bez żadnych buraczków. Parkiet pełny i aż się prosi, aby rozszerzył repertuar o coś ciekawszego. Ludzi przybywa, playlista jest mi znana więc idę dalej. W Pauzie na Floriańskiej była premiera jakieś ksiąski Fisza? Afterparty gra Krime z Epromem. Kilkanaście osób ekspresyjnie tańczy do miksów Krimea. Które łatwe nie są. Każdy numer to ciekawostka, to świeżość, ale tez wyzwanie dla tańczących. Dla mnie za trudna muzyka. Chociaż mógłbym tak tam stać i patrzyć na te niby proste ale tak zajebiste przejścia na delayu. Utwory są połamane, dużo się w nich dzieje, a Krime sprytnie je łączy. Jeżeli on te wszystkie kawałki zna i świadomie je gra, a nie fristajluje, w sensie, że wie kiedy jest jakiś breakdown czy np. zostaje sama perkusja to czapki z głów. Muzycznie miejsce numer jeden w mieście. Przenoszę się na drugą stronę rynku na Szewską do twierdzy Bleqa, czyli Frantica. Tutaj szlagierami próbuje ratować parkiet Motyl. Jednak w klubie jest chyba zbyt mało ludzi, żeby coś sensownego się z tego urodziło. Co ciekawe do wszystkich miejsc wszedłem bez problemu, co praktycznie nigdy się nie zdarza i zawsze odbijam się od selekcji. Ogólnie to bardzo mało ludzi na rynku. Czyżby rynek się wszystkim przejadł? Zamknęły się kolejne kluby muzyczne, natomiast jak zostałem poinformowany przez jednego z promotorów jest już siedem klubów go-go.

wtorek, 27 marca 2012

reklama dzwignią bookingów

Po ostatnim artykule wdałem się w kilka dyskusji na temat marketingu dja. Czy dj powinien się reklamować? Czy postawić na swoje skille i czekać na telefon. Ogólnie to opiszę sprawę na podstawie swojego departamentu reklamy i PR i rynek bookingów podziele na trzy działy. Pierwszy to etap kiedy Ty dzwonisz. Masz przygotowaną ofertę np. w pdf, masz porobione promo mixy i wysyłasz te emaile, piszesz na facebooku i szukasz jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Czy też tak robicie, że wymyślacie sobie miasto np. Kalisz i googlujecie kluby w tym mieście? Wyskakuje kilka rekordów, z których każdy okazuje się ciężkim dance hangarem, gdzie jazda pokonała vixe, ale coż sprobować warto więc klecisz kolejnego maila z ofertą na najlepszego dja w powiecie. Po kilku takich miesiącach kiedy już zakotwiczysz rotacyjnie w kilku miejscach, przejdziesz do etapu wożenia się na plecach znajomych. To bardzo fajny układ z korzyściami dla obu stron. Coś o nim mogą powiedzieć party rockerzy z Krakowa i Trójmiasta. Tak więc zachaczając o nowe miejsca poznajesz nowych djów. Mając jeden, czy dwa kluby gdzie możesz ich podsunąć managerowi robisz to, a w zamian możesz oczekiwiać od nich, że w miejscach gdzie oni mają wtyki zrobią to samo. I biznes się kręci. Swoją grupą obstawiacie kilka miesc zapewniając ogólnie dopływ świeżej krwi, ale jednocześnie kontrolując, aby nikt z zewnątrz zbyt ochoczo nie wkroczył do Waszej piaskownicy. Każde nowe miejsce, które zgłosi się do któregoś z Was od razu podpinane jest pod system i po pierwszym Twoim secie, za dwa tygonie zagra tam Twój kolega, oczywiście z Twojego polecenia. Na samym przykładzie Krakowa można zdefiniować trzy grupy, które obstawiają minimum pięć topowych klubów. Zdarzają się miedzy nimi małe wymiany sił i środków, ale to bardziej kwestia potrzeby chwili i szybkiego zastępstwa. Po tym dziale przychodzi awans do ostatniego działu gwiazd i gwiazdeczek. Chociaż, aby w nim zaistnieć wcale nie trzeba przechodzić przez dwa poprzednie, gdyż moża od razu awansować przy pomocy swoich produkcji, mixów, czy rozpoznawalności ksywki ze względu np. na koncertowanie ze znanym mc. Etap gwiazdorski to stan, w którym, aby Twój status nie upadł pod żadnym pozorem Ty nie możesz wykonywać żadnych ruchów ku zdobywaniu bookingów. To oni dzwonią, to oni piszą, a Ty się cenisz. Na tym poziomie nie możesz sobie pozwolić, że klub zrobi imprezę z Twoim setem i nikt nie przyjdzie, bo nikt się o tym wydarzeniu nie dowie, ale już całe miasto się dowie, że nikogo nie było. Tak więc Twoja stawka musi być wysoka, ciężkostrawna, ale do przełknięcia. Musi powodować, że komuś w klubie będzie chciało się założyć wydarzenie na fb, że ktoś zrobi plakat, że ktoś to podpompuje na serwisach imprezowych, że panie hostessy z koncernu alkoholowego będą przechadzać się kusząco po klubie z promocyjną wódką. Klub po prostu musi wykonać obowiązkową pracę tak, aby z biletów, utargu móc spokojnie Cię wypłacić. I tego Wam kurwa mać wszystkim życzę.

wtorek, 20 marca 2012

A co byłoby gdyby...

Wielu, a także i mnie wkurza takie rozżalanie się nad swoim losem i mamrotanie że gdyby to, że gdyby tamto… Ale taka i moja natura, że narzekanie przychodzi mi najłatwiej więc oddam się teraz refleksji na temat co byłoby gdybym właśnie dopiero teraz rozpoczynał oszałamiającą karierę dja… Po pierwsze wiedząc obecnie jakie są moje możliwości, jakie umiejętności, jak wielki zapał do pracy to odpuściłbym całkowicie ortodoksyjny turntablism i zamiast wiele godzin szlifować te same bity w beat jugllingu zapętlając jeden takt na kilka godzin (zapewne każdemu się zdarzyło tzw. wciągnięcie) poszedł bym w stronę efektownego miksowania "sportowego". Jak to kiedyś definiowano w polskim oddziale Dee Jay Mix Club. Kilku minutowe, dynamicznie miksowane sety, trochę skreczy - bardziej nawet cutów na jakiś podkręcających zwrotach, proste patterny do juggli i wplatanie kombinacji z padami. Czyli wszystko to, co bez poświecenia bardzo wielu godzin na trening można wykonać na prawie każdym zestawie sprzętowym. Takie rutyny to będzie przepustka do sławy, to będzie coś co wyróżnia, gdyż wbrew pozorom niewielu dji uskutecznia coś takiego. Nie ważne czy inni dje z Grupy Trzymającej Władzę, będą to negować, krytykować. Będą o tym mówić. A zamieszanie w showbiznesie jest ważne, jak będzie szum, a same sety swoją świeżością zrobią jakąś rotację na YT to wcześniej czy później zgłoszą się kluby. Ja jestem na początku drogi, moja stawka jest jeszcze relatywnie niska. Jest granie. Włączenie filmików do ciekawej oferty rozesłanej do agencji eventowych daje mi co jakiś czas angaże na firmówkach. Występuje między finalistą jakiejś tam edycji You Can Dance, a kobietą która dupą połyka arbuza. Gram 20 minut na imprezie firmowej BP i mam pińcet w kieszeni. Jeżeli wraz z rozkręcaniem się na scenie, rozkręca się także moja biblioteka muzyczna to wypuszczam mikstejpy. Ale nie takie na cd, z okładką i do kupienia. O nie, tylko za darmo. Ja kocham muzykę. Każdy mix, czy minimix jest odpowiednio zagospodarowany marketingowo, żaden nie jest wydawany tak o po prostu, że jest na soundcloudzie. Każdy przypisany jest do np. startu nowej edycji imprez, do nowej linii odzieżowej, czy w związku czymkolwiek. Ale każde to wydarzenie ma kilka tysięcy lubi to na FB i ja także mam kilka tysięcy "lubie to" na fb. Po prostu droga do gwiazd. Określiłem więc swój cel jako dja. Oparte na podstawowych turntablistycznych motywach imprezowe sety, co nie znaczy, że to popowy hitmix w oryginałach z dedykacjami pomiędzy. To raczej, co wiem, że brzmi tak samo obciachowo jak słowo obciachowo, muzyka elektroniczna, współczesna, pełna mashupów i inspiracji z przeróżnych styli i epok… Tańczy zarówno hipster jak i ziomek, bboy zrobi jakiś footwork, a Piróg podskoczy i bedzie łabędziem. Skoro więc już jestem takim zajebistym djem, grającym taką zajebistą muzykę to pewnie mam zajebistych znajomych. Tylko zajebistych znajomych, których pielęgnuję na fejsie. Nie wiem, czy właśnie kończę liceum, czy poszedłem lub nie na studia, ale ogólnie moje świeże koleżanki zawsze są na każdym evencie. Bo wiedzą, że będą tam moi koledzy, a koledzy tam będą bo wiedzą, że będą koleżanki. Każda ich zmiana statusu pompowana jest przez moje błyskotliwe komentarze. Lecz hola hola, internetowe flirty kończą się co najwyżej na buziaku na powitanie w realu, gdyż stara zasada młodej gwiazdy jest taka, że nie można wykorzystać nakręcającej fejm koleżanki. Nie można jej tak o zostawić z ustami pełnymi spermy i powiedzieć nara. A chodzić nie będziemy ( o żonie mogę zapomnieć), ponieważ wtedy odwróci się reszta zazdrosnych psiaspiłek i po małolatkach na fejsie… Koledzy natomiast to banda szalonych krejzoli, którzy w zimie w Szczyrku rządzą na stokach, piją gorzką żołądkową z gwinta i są postrachem sztachetowców. W lecie natomiast w Dąbkach czy na innej Ibizie wymiatają na Kitach i jak robią melanż to cały kemping śpiewa z nimi. Oni łamią serca, dupcą wszystko, ćpaja, zostawiają na barach miliony swoich rodziców, mają tatuaże, takie wysokie najki i twierdzą, że Skrillex to nie dupstep. Ale ogólnie ich występy mimo, że są takie zwariowane, nie powodują interwencji ochrony, a cała ich paczka dopiero rozpadnie się jak wzajemnie się posprzedawają na psach za jointa. Tak więc marketingowa machina pochłonęła wszystko i wszystkich, a mi nie pozostaje nic innego jak zakup kamery czy innego aparatu HD i kręcenie backstageowych filmików z żygami, z sexem, z narkotykami w tle, z których po latach powstanie film o mnie.

niedziela, 12 lutego 2012

Pozdrowienia do wiezienia





Nie jest łatwo stanąć przed kilkudziesięcioma chłopami i odegrać przed nimi koncertowy show, bez cienia szansy na jakiekolwiek wsparcie i interakcję z ich strony. Tekst ten bardziej dotyczy raperów niż djów, gdyż z różnych względów moje dotychczasowe dwa występy w zakładach karnych ograniczały się do zwykłego puszczania kolejnych bitów. Byłem więc podczas tych wykonów trzecioplanową postacią, na szczęście nie
obarczoną odpowiedzialnością za słowo. Raperzy mieli o wiele trudniejsze zadanie. Na pewno wymagające wielkiej charyzmy, pewności siebie i zaufania do swoich rymów. W Tarnowie, gdzie zakład karny jest typu zamkniętego, osadzeni zebrani na spacerniaku, odziani głównie w zielone drelichy zajmują miejsca na ławkach, czasami tyłem do artystów. Występ tam dla wielu nie ma żadnego znaczenia. Liczy się możliwość kontaktu z innymi więźniami, liczy się kto jak się zachowuje. Bardziej koncertem zainteresowani są ci którzy zostali w celach i mogą go oglądać przez okratowane okna. Po koncercie będą wołać, żeby podejść, pogadać. Nie ma znaczenia o czym, z kim. Liczy się oderwanie od rutyny. Ma znaczenie natomiast to co się mówi do mikrofonu. Lepiej oprócz recytowania swoich teksów i przedstawienia się nic nie mówić. Przy okazji koncertu WWO, niektórzy zagalopowali się z wywodami, po chwili orientując się, że wszystko co oni powiedzą, prawie każdy z osadzonych może w tej rzeczywistości w trzy sekundy obalić. Nawet proste i szczere: "trzymajcie się", może nie końca poprawnie politycznie zabrzmieć. Tu wszystko ma znaczenie. Autorytet mc może łatwo upaść, gdy ten nie odpowiednio akcentuje nie odpowiednie wersy.
Tak więc z obserwacji wnioskuje, że lepiej zrobić swoje i ewentualnie w wywody wdawać się po koncercie w bezpośrednich rozmowach. Chociaż to też jest ryzykowne, gdyż nie wiadomo z kim się rozmawia. W tym miejscu wyjątkowo także trzeba zwrócić uwagę na wulgaryzmy z tekstach, ponieważ zbyt duża ilość przekleństw i ogólnej jazdy z systemem bardzo szybko zakończy występ i wg. mnie nie jest dobrym rozwiązaniem. Raper nie poniesie żadnych konsekwencji, natomiast więźniowie dla których przyjechał przecież grać stracą koncert, który od momentu zapowiedzi był pewnie bardzo wyczekiwany jako odskocznia od szarej codzienności. Ale oczywiście nikt z nich nie okaże tego, spokojnie tak jak w Medyce zajmą miejsca na świetlicy i bezdusznym wzrokiem, który nic nie mówi spokojnie będą czekać na start. I przez cały czas trwania występu będą tak siedzieć. Dopiero później z telefonów dowiesz się, że się podobało, że wszyscy o tym mówią, że cały kryminał tym żyje i ogólnie pozytywne poruszenie. Ale podczas koncertu nikt się nie odezwie, klaśnie, czy nawet kichnie. Pełna kontrola emocji. A raperzy muszą napędzać tą rapową maszynę. Widzą, że ich teksty nie robią pozornie żadnego wrażenia. Automatycznie wykrzykują kolejne linijki tekstów, ale podświadomie zastanawiają się o co kurwa chodzi? Czy teksty złe, czy coś nie tak z dźwiękiem, czy coś nie halo z ubiorem. A kilkadziesiąt par oczu bez wyrazu śledzi każdy ruch. Podskakiwać? Machać rękami? Gestykulować? Zamieniać się miejscem z kolegą? To nie walka mc, z trudnym odbiorcą, to walka mc z samym sobą. Normalnie Wysoki Lot nawiązuje kontakt z publicznością. Pytanie, odpowiedź, dziewczyny tańczą, faceci skaczą. Tutaj to nie przejdzie, tutaj jest najcięższy poligon, bo tej publiczności chociaż jest to nie ma. Koniec koncertu. Kilku osadzonych podejdzie, szybko podbije piątki coś tam zagada, że było ok i pośpiesznie z resztą uda się na obiad. Kilkadziesiąt minut później wszystko wróci do swojego rozkładu. Mimo, że jest minus dwadzieścia to w siłowni zaimprowizowanej na środku dziedzińca, w metalowej klatce, trenuje grupka, która pół roku czekała na swoją kolej. W kurtkach, czapkach, szalikach wyciskać będą na ławeczce. Odprowadzą zespół do bramy tym samym wzrokiem bez wyrazu. Oni zostają, raperzy wychodzą. Wychodzą na wolność.

środa, 11 stycznia 2012

Romantyczna zima z romantyczną balladą

Te zimowe wieczory, kiedy cała okolica otulona jest białym puchem, nastroiły mnie i zainspirowały do głębszych przemyśleń. Co to jest właściwie miłość? Co znaczy kochać? Sięgnąłem więc po mój skórzany kajecik i naskrobałem kilka słów o tym co czuje serce, gdy w brzuchu czuć to charakterystyczne mrowienie. Mam nadzieję, że ta romantyczna opowieść którą pozwoliłem sobie wyrecytować sprawi, że Wasze noce będą niezapomnianymi chwialmi miłosnych uniesień, których świadkami będą tylko płomienie zmysłowo tlących się świec...

Dj Trakmajster SSIJ LIZ by trakmajster

wtorek, 10 stycznia 2012

Wygraj Wygibassy



No siemka łobuziary i łobuzy. Po pierwsze dziękuje za Wasze wsparcie na fejsie, za Wasze podniesione w górę łapki, które robią nieśmiertelny znak serca na imprezach. Czuje, że mam Wasze wsparcie i też chcę Wam przesłać dużo miłości. Cały czas wszystkie nasze zajebiste melanże nagrywa mój ziomek na kamerze, tylko że ma VHSa i nie wie jak to zgrać na YouTuba. Ale nie martwcie się film o mnie i oczywiście o Was już wkrótce będzie skończony. A teraz słuchajcie wariaty (Elo, elo) w związku z tym, że ostatnio kilka osób mnie zapytowywało o mix Wygibassy to postanowiłem, że w swojej wielkoduszności zrobię specjalnie dla Was ekskluzywny konkurs.
Po pierwsze:
Wchodzisz na swoje konto internetowe i robicie przelew na np. Fundacja Podkarpackie Hospicjum Dla Dzieci albo Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobą Nowotworową ew. Fundacja Urszuli Smok "Podaruj Życie" Rejestr Dawców Szpiku Kostnego i dokonaj wpłaty min. 10 zł.
Po drugie:
Zrób zdjęcie (może być z kamery w lapku, lub z telefonu) jak złączasz dłonie w znak serca i wrzuć albo na mojego fejsbuka w komentarzach pod tym postem albo w komentarzach poniżej.
Po trzecie:
Pierwsze 5 osób z fejsa i 5 pięć osób z komentarzy na blogu (nie dublujcie wpisów) dostanie ode mnie przesyłkę z mixem (płyta przepięknie wydana z artystycznie wykonaną okładką, do każdego egzemplarza dołączone są bibułki OCB) + niespodzianke.
Yyy mam nadzieję, że chociaż 1 osoba zrobi przelew...

sobota, 7 stycznia 2012

Zemsta

Jak sami widzicie, trochę nie mam weny do pisania na blogu. Dlatego publikuję tekst kolegi, który rozczarowany brakiem mojej aktywności pozwolił sobie na skrobnięcie kilku ciepłych słów o milszych chwilach naszej profesji.

"W pewnym momencie imprezy, gdy parkiet jest pełen ludzi. Samych wynalazków, którzy są najbardziej zajebiści w swojej zajebistości. Wyciągasz zwykłą, półmetrową siekierę. Nic specjalnego, po prostu OBI wita. Masz ich na wyciągnięcie ręki, tych studentów, którzy poszli na studia, tylko po to, aby odwlec w czasie uświadomienie sobie, że są życiowo skończeni. Te pseudo gwiazdy, którym wydymane tysiącem chujów ego nie pozwala przyznać się do tego, że kurewstwo wyssały z mlekiem matki. I co najlepsze to możesz i bierzesz szeroki zamach. Jak chcesz, po skosie, zza głowy, nie ważne. I tak kółeczko najbliżej djki zostanie obficie zroszone strumieniem krwi i innych płynów ustrojowych buchających z pierwszej, lepszej krejzolki. I tutaj pojawia się problem logistyczny. Czy w serato odpalasz playlistę i idziesz w tłum, czy pakujesz sprzęt, a tłum i tak zaklinuje się przy wyjściu, więc na pewno jeszcze kogoś zdążysz pobłogosławić toporkiem . Kolejny dylemat dotyczy muzyki. Czy dla tak zwanego figla muzycznego zapodać np. "We don't speak americano" i w takt kiczowatej, aczkolwiek skocznej nutki uskutecznić rzeź. Czy może ciąć, dźgać i rozłupywać przy jakiejś pompatycznej muzyce poważnej nadając chwili dodatkowy atut grozy? To są właśnie problemy dja, przy bogatej płytotece, gdy impreza nie jest profilowana, dobór repertuaru stwarza nie rzadko sporo kłopotów. No, ale wróćmy do naszej dance-masakry. Pierwsze trupy telepią się na parkiecie. Tłum się tratuje. Schody zawalają pod ciężarem piszących rajdówek-tipsówek, a tu tyle jeszcze do zrobienia! Kilkaset osób siekierą w klubie nie zarżniesz, raz że to pewnie cholernie długo będzie trwać, a nam chodzi tylko o te kilka sekund zaskoczenia kiedy wyrwani z tanecznego transu, pogrążeni w euforii klubowicze nagle uświadamiają sobie, że to kurwa koniec, ze "Roof is on fire" i jedyne co ich czeka to smak zimnej stali krojącej ich już zmoczone moczem ciała. Tak więc, żeby przyśpieszyć ten proces, a zarazem dostosować się do powyższego cytatu musisz sięgnąć po wódkę i rzucać butelki w ściany ponad maltretującym się tłumem, tak aby ich jakże upragnione wyjście stało się płonącą bramą śmierci. Wódka, ogień, krzyki, płacz i histeria. Już żaden klubowicz nie zarzuci Ci, że w Twojej działalności brak emocji. Spanikowana, topniejąca gromadka, zapewne nie ma pojęcia dlaczego, po co? Ale hello, jakieś wyjaśnienie im się należy. W końcu skuszeni promocyjną ulotką, przyszli tylko na drinka, a wyniosą ich w plastikowych workach. Więc przemów władco do tłumu i krzycz: "Gińcie kurwy! Nigdy więcej re questów, nigdy więcej bawienia się w dja i pchania ręki do gramofonów!" Teraz wiedzą, że Ty tu rządzisz. Ale imprezka imprezką, a duzący dym i smród palonych włosów, kanap i tandetnych dekoracji lokalu delikatnie zaczyna doskwierać. Trzeba podjąc kolejną trudną decyzję, czy zatracisz się do końca w swojej finałowej masakrze i pozostaniesz na dole niczym kapitan na tonącym statku. Czy wykmniesz się idąc w śladu obsługi drugim wyjściem, do którego wchodzi się przez zmywak za barem? No bo w środku nic już więcej nie nawojujesz. Po pierwsze ciężko gdziekolwiek przejść, gdyż jak nie zawadzasz o nadpalone zwłoki to ślizgasz się na krwi, wymiocinach i innych fekaliach, które są owocami wywołanego przez ciebie strachu. Po drugie ten cholerny, gryzący dym, który przeszywają wiązki laserów stwarza trochę mroczny klimat i sam zaczynasz zastanawiać się czy, aby nie przesadziłeś z tym swoim performance. Zawsze krytycy zarzucali Ci, że Ty tylko puszczasz kawałki, że nic od siebie nie dajesz, że jesteś jak szafa grająca żerując na twórczej pracy innych. No to zrobiłeś future art. Sto głów padło i nuta wciąż napierdala. No to teraz mają wykon wszechczasów. Czy myślicie, że po tym "artykule" wprowadzą obowiązkowe badania psychologiczne dla kandydatów dla djów?
Ale, ale… już miałeś ewakuować się, lecz nagle Twój wzrok dostrzegł coś trzęsącego się pod stolikiem. Halo, halo, czyżby ktoś ominął kogoś w swoich artystycznych żniwach śmierci? Chwytasz więc to coś o wątłej posturze i widzisz w oczach tej kanalii, że to zwykła konfidencka dziwka, że to ścierwo które karmi się krwią innych, że to szmata mająca za matkę cwela, a za ojca kurwę. To przecież inspektor z organizacji, która zarządza licencjami dla prezenterów dyskotekowych. Przyszedł kontrolować Ciebie. Bezczelny, który sam jedyną oryginalną płytę kupił razem z Super Expressem jak dodawali kolendy do gazety pięć lat temu, będzie Ciebie kontrolował. Tego, który ma kilka tysięcy wosków. Który nie dość, że regularnie uzupełnia swoją winylową bibliotekę, to kupuje mp3 w sklepach internetowych. Moralnie do czasu, jak później nazwą to media "klubowej apokalipsy" byłeś czysty jak łza niemowlęcia. Ale w świetle głupiego prawa nie masz licencji. Jesteś zły. I on będzie Twoim sądem. Nie… nie… nie… Kolejny raz tej nocy bordowe już ostrze Twojej siekierki przeszyło powietrze, by w wręcz rytualny sposób skrócić kolejną istotę tym razem inspektora o głowę."