piątek, 26 marca 2010

Są murzyny....



W związku z powyższym, dzisiaj nastąpi destrukcja w Rzeszowie. Na szczęście na wyraźne życzenie organizatora mam grać swoje wygrzewki. A skoro gram na sali "white" to trzeba przełamać konwencje czymś kontrastowym czyli:




Vlepki w druku

czwartek, 25 marca 2010

HIP HOP JAM - Dla Sandry




1 kwietnia zapraszamy na imprezę, z której cały dochód przeznaczony jest na leczenie ciężko chorej Sandry. Dziewczynka zachorowała na bardzo rzadki nowotwór tkanki miękkiej. Następstwem choroby będzie amputacja nogi...

Jeśli chcecie pomóc kupcie bilet i przyjdźcie na jam.

Na imprezie będzie można kupić obrazy malowane przez writerów takich jak NAWER VHS,URWIS DONS. Oraz gadżety w postaci koszulek, płyt itp. Pieniądze zebrane w ten sposób zasilą konto Sandry.

Na imprezie zagrają:
MAKOBOKO,STYLOWA SPÓŁKA SPOŁEM,ENVI CHILD
DJ'S: KRIME, DANIEL DRUMZ, PRZEPLACH, SENOR SOUL, PAT PATENT
Zatańczą reprezentanci takich bboyowych ekip jak: FUNKY MASONS, KINGZ OF WARSAW, LIONY KINGZ, POLSKEE FLAVOR, MISJONARZE RYTMU I WIELE INNYCH...

ZAPRASZAMY I LICZYMY NA WASZE WSPARCIE.

niedziela, 21 marca 2010

Najlepszy zawód

Prawdopodobnie moja praca jest jedną z najlepszych jaką można mieć. A i tak narzekam. Już kiedyś o tym wspominałem ja i nie tylko ja, ale jak już jest tak zajebiście to czemu nie dostajemy kasy za te godziny spędzone w PKP. Biorąc pod uwagę średnią gaże za set to na pewno jest to pod względem zarobkowym bardzo dobre zajęcie, ale przeliczając to na roboczogodziny zmarnowane na dojazd i powrót to średnia za godzinę wychodzi taka sobie.
Ale i tak trzeba jeździć. Z doświadczenia wiem, że każda udana impreza wyjazdowa powoduje następne bookingi w kolejnych miejscach. I tak nakręca się spirala sławy i pieniędzy. Dzięki graniu w innych miastach lokalnie wzrasta wartość dja i można liczyć na lepsze angaże u siebie w mieście.
Znowu zacząłem jeździć, co prawda to nie takie wycieczki jak kiedyś, że w piątek grałem w Olsztynie, a w sobotę w Zakopcu, ale i tak już 36 godzin z PKP zaliczone, a jeszcze Rzeszów za tydzień przede mną. Jedno jest pewne jak jeszcze raz trafie do przedziału, gdzie jakieś dwie świadome swojej europejskiej tożsamości studentki, będą wymieniać się doświadczeniami z Erasmusa i spostrzeżeniami na temat biblioteki w Oslo, to tym razem ja się nie przesiądę, o nie, to one zostaną wypierdolone przez ten wkurwiający lufcik, co zawsze albo się w lecie nie otwiera, albo się w zimie nie zamyka. Przekopie szmaty po cycach i każe im lizać zbrązowiałą porcelanę w ubikacji. O taki fetysz na niedziele...

środa, 10 marca 2010

Kilece, Chillout, Będzie Piekło, Będzie Zgon




Oj, tam na prawdę będzie piekło. Mateusz, która ogarnia w tym klubie imprezy ma urodziny. Z Mateuszem jest ciężka sprawa, bo niejednego dja już wykończył swoją gościnnością. Przy bookowaniu dostałem warunek, abym nie przyjeżdżał autem. Będziemy śpiewać Zbyszka, a koledzy z grupy wsparcia w obscenicznych ruchach będą tańczyć z właśnie zapoznanymi koleżankami. Nię będzie misiu, kwiatuszku, czy koteczku, będzie suko, zdziro, dziwko - klękaj i powiedz szczerze, że to lubisz!

wtorek, 9 marca 2010

J E Ś Ć

Ostatnio znowu podróżuje na imprezy z PKP. To już nie to stare, dobre koleje, w których wspomagało się fundusz stypendialny dzieci konduktorów i za 50 złotych jechało się do Warszawy, co prawda bez miejscówki, ale się jechało. Jest pełno jakiś spółek-córek, każda ma swoje bilety, kasy, pociągi. Czyli po tylu latach zawirowań nareszcie wszystko zmierza ku klarownym i sprzyjającym podróżnym zasadom. Jedno się chyba nie zmieniło WARS.
W WARSIE nie zjem nigdy. Raz jadłem coś, co chyba nie można spierdolić, czyli jajecznice i więcej tam nie wrócę. Zwłaszcza, że wycofali browary, chuje. Jak się nie chce jeść podeszwowego schabowego za 20 złotych to się bierze prowiant na drogę. Wyjścia są 3. Żona i jej sycące kanapki, Subway, lub produkcja we własnym zakresie. Z przyczyn losowych podczas ostatniej podróży do Sopotu skazany byłem na swoje umiejętności kulinarskie i w sumie lepiej chyba byłoby nic nie jeść. Ale jest jedna sprawa związana z jedzeniem i pociągami, która uwielbiam.
Jest to wchłanianie Subwayowej kanapki podczas kilkugodzinnej podróży, gdzieś tak w środkowym etapie. Tak jakby znieniacka trochę, co by troszeczkę zaskoczyć sąsiadów.
Po pierwsze - rozmiar.
To nie są takie zwyczajne domowe kanapki, które chociaż włożono w nie dużo serca i mięska to blado wyglądają przy nawet połówce subwajoweskiej. Dobrze, aby ta kanapka była zrobiona na miodowej posypce, dzięki czemu wygląda na jeszcze większą.
Po drugie - wygląd.
Wyciągasz coś z torby i zaczynasz rozkładać. Ludzie zaczynają się zastanawiać co to takiego? Zajmuje cały stolik przy oknie, do tego chyba trochę waży... A ty rozkręcasz garkuchnie. Po pozbyciu się papieru wyciągasz kanapeksa. Pół bagietki, nafaszerowanej świeżymi warzywami, tuńczykiem, czy mięsem. I wcześniej te wszystkie smakołyki ściśnięte w objęciach wypieczonego pieczywa, zaczynają się rozpychać i wręcz wylewać się z niego, prosząc z soczystym akcentem: "ZJEDZ MNIE!". Papryka przepycha się z ogóreczkiem, a pasta z tuńczyka frywolnie ześlizguje się po plasterku sera i już by spadła na ziemię, jednak ty okiem sprytnego pożeracza dostrzegłeś to i tylko mlasnąłeś jęzorem, porywając tuńczyka i przy okazji oliwkę też.
W przypadku bułki z tuńczykiem, koniecznie polecam dobór wszystkich warzyw, sól, pieprz, oliwę oraz majonez. To stworzy w przedziale konkretny aromat, a twoje kubeczki smakowe dostaną po prostu orgazmu. Dzięki takim zabiegom, na pewno nawiążesz miłą rozmowę z współpasażerami i na pewno będą mili dla Ciebie.

Jednak zanin wyciągniesz tą kanapkę to upewnij się, że siedząca na przeciwko Ciebie starsza pani, która jedzie sobie troszkę do sanatorium wypocząć nie zrobi przypadkiem kontry i:
- wyciągnie ugotowane jajko i zacznie je obierać, po czym jakże apetycznie obracając nim w swoich grubych i spoconych paluchach zacznie je jeść
- później wyciągnie pomidora i zanurzy w nim swoje drugie ząbki konserwowane regularnie przez Corega Tabs, po czym ten sok z pomidora, zacznie spływać jej po już upierdolonych rękach i kapać na śmierdzącą spódnicę.
- następnie, co by też zaliczyć deser, zrobi operację brzoskwinka. I zacznie się z nią mamłać wyciskając sobie, przy każdym kolejnym kęsie słodki sok na brodę, dłonie i wszystko dookoła.
I tak upierdolona dotrwa stara kutwa do końca. Rujnując Tobie rytuał zjedzenia Sybwaya.

Jeszcze jedna rada.
Jak jedziesz grać na imprezę, którą na prawdę wszyscy konkretni dje w tym kraju reklamowali jako randomową, gdzie w tanecznej selekcji można grać wszystko co ma związek z breakbeatem i współczesną muzyką elektroniczną, to zapytaj się, czy przypadkiem Dariusz Michalczewski nie organizuje tam jakiejś swojej imprezy. Bo być może, facet ma swój fitnes klub i dla karnetowiczów właśnie w ten wieczór, właśnie w tym klubie, na twojej imprezie robi sobie bajlango dla kilkuset osób, z których prawie każda słucha tylko tej fajnej nuty. Jakiej? No, wiesz takiej fajnej. Takiej co można sobie zanucić i się fajnie tańczy. Jak się nie zapytasz to o 12 obudzisz się w środku imprezy, na której kolega dj, przez kilka godzin wcześniej próbował wskrzesić parkiet najlepszymi mashupami, bangerami, remixami jakie ostatnio słyszałem i co? I nic... Oni nawet słuchać nie chcieli, co dopiero bawić się. Więc, jakbyś się zapytał to byś wiedział, od razu, a tak to wiesz po kilku godzinach, że tej nocy poza katalog o kryptonimie operacyjnym "shit shit" nie wyjdziesz. W sumie dyskoteka zostanie uratowana, a na następny dzień i tak wszyscy zapomną o tym, że nie zaprezentowałeś swoich najnowszych zdobyczy remixowych z soundclouda.

sobota, 6 marca 2010

WTF?

Polecam od 2:35. O co chodzi? Gdzie to jest? Kto to jest? I gdzie jest kurwa Zbyszek?