czwartek, 20 grudnia 2012

Tydzień na fejsie

Najpierw wprowadzenie w temat. Fejsbóg dzieli się na tych którzy śmiecą, spowiedników i kreatorów. Śmiecą CI wszyscy, którzy nic ciekawego do powiedzenia nie mają i po kolei jak leci wklejają po 100 klipów z Youtube, dwadzieścia demotów i udostępniają różne "wirusy" od konkursu w którym można wygrać 10 litrów jogurtu po apel o bojkot czegoś tam w imię walki z GMO. Sami nic odkrywczego do second life nie wnoszą ale ich lajki to sens egzystencji kreatorów. Kreatorzy to osoby z pokaźnym zasobie freindsów specjalizujący się w danej dziedzinie, którzy jako pierwsi wrzucają nowy klip, mają najlepsze foty i zbierają najlepsze noty. Dzięki nim coś na fejsie się dzieje i jak się dobrze tablice ustawi to można traktować fb jak serwis informacyjny. Ostatnia grupa to spowiednicy. Ich wpisy to najczęściej przekaz co robię tu i teraz: "śniadanko", "kupka", "zakupy w galerii z Weroniką M." i tak dalej. Na koniec dnia z reguły wrzucą coś odkrywczego typu: "Chuj mnie obchodzi co myślą o mnie dwulicowe kurwy. Ci co mają wiedzieć jaka jestem to wiedzą!" I tak właśnie mniej więcej wygląda struktura moich kochanych ziomeczek i ziomków z fejbunia. Zaczynam z nimi kolejne tygodnie i chcę z Wami się podzielić jak wygląda Wasz tydzień moimi oczami. Zaczynamy w poniedziałek. Od rana wpisy narzekające na powrót do świata czyli: "znowu tyrka", "jebana szkoła" i lecimy z narzekaniami. Koło południa zaczynają się pojawiać się weekendowe galerie z imprez i oznaczanie kto, gdzie i kiedy. To napędza komenty w stylu: "o nieee…", "kozacki melanż był", "TO ONI MNIE ZGWAŁCILI I UKRADLI TELEFON!!!" Gdzieś migną też komunikaty od djów, że wtedy i wtedy w takim klubie skradziono laptopa, lub w pociągu gdzieś w dupie ktoś zajumał case ze sprzętem. Wieczorem natomiast gdy foteczkowa wrzawa przycicha wyłaniają się opisy kulinarnych dokonań kolacyjnych wymieszanie z pytaniami o linki z "Jestem Bogiem". We wtorek do południa społeczeństwo buntuje się przeciwsko władzy. Po kolei wklejamy artykuły że ZUS to złodzieje, że trzeba trawę zalegalizować i ogólnie naród walczy o swoje. Po obiadku przebudzają się rapery z enigmatycznymi wpisami, że właśnie nagrali razem z RT23MC kozacki numer, który wszystko zmiażdży i będzie teledysk, ale to dopiero za trzy miesiące od daty ostatniego przesilenia licząc od września. Noc witamy znowu filmami lub linkami do relaksacyjnej muzyczki. Ogólnie leniwość. Natomiast środa to już postępujące zwieranie dupy przed weekendem. Rozpoczyna się udostępnianie i udziałobranie w wydarzeniach. Na jaw wychodzą niedopowiedziane kwestie z soboty, że Tomek powiedział, że Magda jest taka a taka, a Sebastian nie słyszał tego i ona miała pretensje, że ją zlekceważył i rozkręca się machina internetowych wojenek. Mental Cut i Daniel Drumz zdają sobie sprawę, że jest środek tygodnia i hajs musi się zgadzać to wrzucają linki do sklepów gdzie można zakupić ich EPki. Jesteśmy gotowi na czwartek. Od rana zamieszanie, bo pojawiło się zmęczenie czterema dniami pracy i każdy chcę już piątku. Śmieciowcy wrzucają klipy do premier z dnia poprzedniego, spowiednicy: ":( przeziębienie. F**K!", a tak poza tym to "Nic o mnie nie wiecie i się nie dowiecie". Znudzone marazmem zwykłego dnia nastki i odchudzone mamusie, co by sobie zrobić grunt pod sobotę wrzucają swoje sweet focie, a ich koleżanki nigdy nie wspomną w komentach o celulicie, a lajkujący koledzy pewnie podjeżdżają na ręcznym. Gdy zajdzie słońce, dje pompują swoje eventy wrzucają filmiki jak to było tydzień temu. Na koniec studenci pytają o piątkowy transport do rodzinnego miasta i fejsbuk kładzie się spać. W piątek odpalamy na grubo. Od rana tablica płonie od zapowiedzi, że dzisiaj wychodzimy na miasto. Że wrócił Marek z Londynu i cała banda na osiedlu będzie pić. Wpisy te poprzedzają demoty z kotkiem o piątku i radosne huuuuurra, że to koniec tygodnia. W połowie dnia spowiednicy zdadzą relację z ostatniego treningu na siłce i teraz z czystym sumieniem będą mogli schlać się i wpierdalać po nocach kebaby. Dje rozpoczynają litanie narzekań na PKP. A czas zaczyna płynąć coraz szybciej. Wpisy są coraz krótsze i mają na zadnie wywołać u innych zazdrość lub co najmniej zaciekawienie faktem, że to właśnie Krzysiek uderza na najlepsze melo w powiecie. Od godziny dwudziestej fb pustoszeje, gdyż wszyscy gdzieś, u kogoś z kimś. Lecz już za chwilę pustka zostanie skrupulatnie wypełniona tymi którzy z przeróżnych powodów siedzą @ home. No i mamy cały przegląd tematów od religijnych rozważań po żale z powodu tego, że technika zabija ludzkość po jakieś egzystencjalne wywody, że czas się zatrzymać, zastanowić, a później tylko skręcać w lewo. I tak nikt tego nie czyta, bo wszyscy ostro cisną na parkietach, domówkach i pod monopolami. Sobota już od świtu przemawia na zmianę hasłami które rozumieją tylko Ci którzy je piszą, cytatami z filmów wyrwanymi z kontekstu i zachwytami nad piątkową nocą. Gdy przebudzą się CI bardziej pokonani ujawni się kilka wpisów obiecujących, że Jacek już kończy z alko, że nigdy więcej. Ale, wszyscy wiemy, że melanż musi trwać, albo dorzucasz do pieca, albo spierdalaj na naszą klasę. To zbieramy po obiadku siły i zgodnie oznajmiamy światu, że skoro wczoraj było dobrze, to dzisiaj będzie dobrze kurwa w chuj. Że Ewcia i Monia z wrażenia połkną dupą własne stringi. Dejoty w samych superlatywach podsumowują wczorajsze głębokie dokonania za konsoletą, szydzą i narzekają na proszącą o coś fajnego blondyneczkę. Ale nie ma co pisać tu trzeba być i trzeba to przeżyć. No to jedziemy z online relacjami z danej chwili. Szybkie fotki ukazujące szaloną ekipę objuczoną litrami wódki. Jeszcze szybsze zapowiedzi, gdzie, kto na kogo czeka… I start! Gorączka sobotniej nocy. To oznacza wypis zakodowanych komunikatów, które znaczą wszystko i nic: "O kurwa", "ale gnój", "ogień". Publikowane ze smartfonów skutecznie nakręcają inne wpisy i zaczyna się festiwal kto ma lepiej, kto bardziej leci po bandzie i ile tych stringów jest w stanie połknąć dupą. Niestety nic nie trwa wiecznie i kiedyś ta sobotnia orgia musi się skończyć i zacząć kacowa niedziela wielkich postanowień. Wielkie postanowienia dotyczą podobnie jak po piątku zerwania z używkami, ale też idą dalej i gdy przyciska sumienie to palce na klawiaturze tak jakoś samo wystukują, że od jutra zapisuje się na siłkę, że koniec z głupotami i czas zabrać się za naukę, że trzeba coś w swoim życiu zmienić. Niektórzy od rana zapijają no to mamy szydercze komentowanie na bieżąco Familiady, czy skoków narciarskich. Do końca dnia pojawi się jeszcze kilka wpisów z kodami IMEI skradzionych telefonów, próśb o pomoc w odnalezieniu dokumentów i zapytań o numer do klubu, bo ktoś kurtkę zostawił. I tak o to wygląda Wasz tydzień w krótkim i tendencyjnym podsumowaniu.

sobota, 15 grudnia 2012

Tempo Remix

Ameryki nie odkrywam, ale po rozmowach na poniższe zagadnienie z kilkoma osobami stwierdziłem, że być może kogoś to zainteresuje więc przelewam myśli na papier jak prawilny chłopaczyna co ziomka nigdy nie sprzeda. Lata temu jak chciałem być najlepszym turntablistą w powiecie to wymyśliłem sobie, że aby zrobić coś nowego trzeba po pierwsze grać na nie rapowych bitach, po drugie, dzięki temu że są inaczej zbudowane odkryć w nich nowe patterny. Tak więc szlifowałem czarne rowy wypełnione techno, drumnbassem czy innymi wynalazkami. A, że często były to płyty tłoczone do odtwarzania na 45 obrotów, ja aby rozpracować dany bit i nauczyć się rutyny odtwarzałem je na 33 rpm. I powoli ucząc się powtórzeń przyśpieszałem płyty. Wtedy, a było to z 5-6 lat temu na swoje potrzeby stworzyłem moonbathon. Grając płyty które mają pierwotnie tempo w ponad 130 do 140 i grając je na 33 rpm uzyskałem wtedy nie doceniony przeze mnie efekt ciężkiego bitu otoczonego masywnymi dźwiękami. Teraz w ramach eksperymentów, korzystając z Serato gram tak czasami numery pierwotnie zakwalifikowane jako UK Funky i wychodzą ciekawe kombosy oscylujące wokół 105- 108 bmp - przy maksymalnym przyśpieszeniu +8% w moich Technicsach. Nie znam historii moombathonu, ale wydaje mi się że tak właśnie mógł powstać. Patent ten kilka razy sprawdził się idealnie, gdy w taki sposób puściłem "fuknowe" remixy szlagierów i uzyskałem brand new wersje moombah. Odwracając rolę z tempa 108 granego na 45 rpm, ale zwolnionego do -8% można wyczarować, coś co - teraz nie zabłysnę znajomością pod gatunków, rodzajów i styli - ma wiele wspólnego z Uk funky i kilka ciekawych dźwięków wokół. Podobnie sprawdza się pomysł przyśpieszania w konwersji breakbeat do drumnbassu. Zwłaszcza te nowe breakbeaty pełne dubstepowych brzmień ciekawie grzmią gdy puszcza się je na 45 rpm. Oczywiście są pewne przekłamania na tonacji, na estetyce brzmienia, ale w imprezowym tyglu percepcja podkręcona alkoholem i innymi używkami jak nabardziej akceptuje i pożąda breakbeatowe drumstepy grane kilkadziesiąt procent szybciej. Jak się nudzi w grudniowe wieczory to polecam przetestowanie różnych tempo remixów, bo w krytycznych sytuacjach braku materiału może ten patent być bardzo pomocny.

niedziela, 2 grudnia 2012

Dramenbejsówny kontra dubstepówny

Przemierzając obszczane bramy obskurnych kamienic, w których ulokowały się jaskinie zła, będące naszymi drugimi domami. Nie sposób nie zauważyć, że doszło do pewnej zmiany pokoloniowej. Niby dalej jest gnój, krzyki, tańce na barze i swawole w ciemnych zakamarkach, ale to nie to samo. Kiedyś te ich brudne od kilku dni raveu twarze miały w sobie coś pociągającego, teraz ich twarze są nijakie, a brudne są od makijażu. Kiedyś za pomocą Nokii 3310 potrafiły otworzyć piwo, teraz za pomocy smartfona są co najwyżej w stanie sprawdzić powiadomienia na fb. Kiedyś kojarzyły kawałki, przegrywały mixtejpy na kasetach teraz mogą co najwyżej zobaczyć nowy teledysk Pezeta na youtubie. To pokolenie odpuściło każdą dziedzine życia oprócz szalonej reputacji na fejsie. Żadna nie umie kraść w sklepach, żadna już nie nosi w torebce kastetu, te dziewczyny są takie po prostu bez jaj. Najlepiej to porównać do drumnbassu i dubstepu. Drumów nikt nie rozumiał, były awangardą sceny klubowej, miały moc buntu, a dubstepy łatwo wchodzą ,mają energie, ale są takie przewidywalne, nie mają dugiego dna. Drumy szły do przodu, jak rozpędzony pociąg miażdżyły wszystko przed sobą, dubstepy robią dużo zamieszania wokół, można z nimi pół godziny poflirtować, ale później po prostu odchodzi się obojętnie. One karmione bsmartami, one stylizujące się w galeriach nawet kurwa nie wiedzą kto dziś gra na imprezie na której są. Bo nie liczy się kto gra, ale liczy się to, że one są. A kiedyś, a kiedyś młode wariatki napędzane tempem 176 same dla siebie kupowały w Londynie winyle do tego robiły kawałkami i szmuglowały piguły w prezerwatywach które naprędce wkładały sobie do pochw w lotniskowych ubikakacjach. Ech to nie jest kraj dla starych ludzi.