wtorek, 27 marca 2012

reklama dzwignią bookingów

Po ostatnim artykule wdałem się w kilka dyskusji na temat marketingu dja. Czy dj powinien się reklamować? Czy postawić na swoje skille i czekać na telefon. Ogólnie to opiszę sprawę na podstawie swojego departamentu reklamy i PR i rynek bookingów podziele na trzy działy. Pierwszy to etap kiedy Ty dzwonisz. Masz przygotowaną ofertę np. w pdf, masz porobione promo mixy i wysyłasz te emaile, piszesz na facebooku i szukasz jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Czy też tak robicie, że wymyślacie sobie miasto np. Kalisz i googlujecie kluby w tym mieście? Wyskakuje kilka rekordów, z których każdy okazuje się ciężkim dance hangarem, gdzie jazda pokonała vixe, ale coż sprobować warto więc klecisz kolejnego maila z ofertą na najlepszego dja w powiecie. Po kilku takich miesiącach kiedy już zakotwiczysz rotacyjnie w kilku miejscach, przejdziesz do etapu wożenia się na plecach znajomych. To bardzo fajny układ z korzyściami dla obu stron. Coś o nim mogą powiedzieć party rockerzy z Krakowa i Trójmiasta. Tak więc zachaczając o nowe miejsca poznajesz nowych djów. Mając jeden, czy dwa kluby gdzie możesz ich podsunąć managerowi robisz to, a w zamian możesz oczekiwiać od nich, że w miejscach gdzie oni mają wtyki zrobią to samo. I biznes się kręci. Swoją grupą obstawiacie kilka miesc zapewniając ogólnie dopływ świeżej krwi, ale jednocześnie kontrolując, aby nikt z zewnątrz zbyt ochoczo nie wkroczył do Waszej piaskownicy. Każde nowe miejsce, które zgłosi się do któregoś z Was od razu podpinane jest pod system i po pierwszym Twoim secie, za dwa tygonie zagra tam Twój kolega, oczywiście z Twojego polecenia. Na samym przykładzie Krakowa można zdefiniować trzy grupy, które obstawiają minimum pięć topowych klubów. Zdarzają się miedzy nimi małe wymiany sił i środków, ale to bardziej kwestia potrzeby chwili i szybkiego zastępstwa. Po tym dziale przychodzi awans do ostatniego działu gwiazd i gwiazdeczek. Chociaż, aby w nim zaistnieć wcale nie trzeba przechodzić przez dwa poprzednie, gdyż moża od razu awansować przy pomocy swoich produkcji, mixów, czy rozpoznawalności ksywki ze względu np. na koncertowanie ze znanym mc. Etap gwiazdorski to stan, w którym, aby Twój status nie upadł pod żadnym pozorem Ty nie możesz wykonywać żadnych ruchów ku zdobywaniu bookingów. To oni dzwonią, to oni piszą, a Ty się cenisz. Na tym poziomie nie możesz sobie pozwolić, że klub zrobi imprezę z Twoim setem i nikt nie przyjdzie, bo nikt się o tym wydarzeniu nie dowie, ale już całe miasto się dowie, że nikogo nie było. Tak więc Twoja stawka musi być wysoka, ciężkostrawna, ale do przełknięcia. Musi powodować, że komuś w klubie będzie chciało się założyć wydarzenie na fb, że ktoś zrobi plakat, że ktoś to podpompuje na serwisach imprezowych, że panie hostessy z koncernu alkoholowego będą przechadzać się kusząco po klubie z promocyjną wódką. Klub po prostu musi wykonać obowiązkową pracę tak, aby z biletów, utargu móc spokojnie Cię wypłacić. I tego Wam kurwa mać wszystkim życzę.

wtorek, 20 marca 2012

A co byłoby gdyby...

Wielu, a także i mnie wkurza takie rozżalanie się nad swoim losem i mamrotanie że gdyby to, że gdyby tamto… Ale taka i moja natura, że narzekanie przychodzi mi najłatwiej więc oddam się teraz refleksji na temat co byłoby gdybym właśnie dopiero teraz rozpoczynał oszałamiającą karierę dja… Po pierwsze wiedząc obecnie jakie są moje możliwości, jakie umiejętności, jak wielki zapał do pracy to odpuściłbym całkowicie ortodoksyjny turntablism i zamiast wiele godzin szlifować te same bity w beat jugllingu zapętlając jeden takt na kilka godzin (zapewne każdemu się zdarzyło tzw. wciągnięcie) poszedł bym w stronę efektownego miksowania "sportowego". Jak to kiedyś definiowano w polskim oddziale Dee Jay Mix Club. Kilku minutowe, dynamicznie miksowane sety, trochę skreczy - bardziej nawet cutów na jakiś podkręcających zwrotach, proste patterny do juggli i wplatanie kombinacji z padami. Czyli wszystko to, co bez poświecenia bardzo wielu godzin na trening można wykonać na prawie każdym zestawie sprzętowym. Takie rutyny to będzie przepustka do sławy, to będzie coś co wyróżnia, gdyż wbrew pozorom niewielu dji uskutecznia coś takiego. Nie ważne czy inni dje z Grupy Trzymającej Władzę, będą to negować, krytykować. Będą o tym mówić. A zamieszanie w showbiznesie jest ważne, jak będzie szum, a same sety swoją świeżością zrobią jakąś rotację na YT to wcześniej czy później zgłoszą się kluby. Ja jestem na początku drogi, moja stawka jest jeszcze relatywnie niska. Jest granie. Włączenie filmików do ciekawej oferty rozesłanej do agencji eventowych daje mi co jakiś czas angaże na firmówkach. Występuje między finalistą jakiejś tam edycji You Can Dance, a kobietą która dupą połyka arbuza. Gram 20 minut na imprezie firmowej BP i mam pińcet w kieszeni. Jeżeli wraz z rozkręcaniem się na scenie, rozkręca się także moja biblioteka muzyczna to wypuszczam mikstejpy. Ale nie takie na cd, z okładką i do kupienia. O nie, tylko za darmo. Ja kocham muzykę. Każdy mix, czy minimix jest odpowiednio zagospodarowany marketingowo, żaden nie jest wydawany tak o po prostu, że jest na soundcloudzie. Każdy przypisany jest do np. startu nowej edycji imprez, do nowej linii odzieżowej, czy w związku czymkolwiek. Ale każde to wydarzenie ma kilka tysięcy lubi to na FB i ja także mam kilka tysięcy "lubie to" na fb. Po prostu droga do gwiazd. Określiłem więc swój cel jako dja. Oparte na podstawowych turntablistycznych motywach imprezowe sety, co nie znaczy, że to popowy hitmix w oryginałach z dedykacjami pomiędzy. To raczej, co wiem, że brzmi tak samo obciachowo jak słowo obciachowo, muzyka elektroniczna, współczesna, pełna mashupów i inspiracji z przeróżnych styli i epok… Tańczy zarówno hipster jak i ziomek, bboy zrobi jakiś footwork, a Piróg podskoczy i bedzie łabędziem. Skoro więc już jestem takim zajebistym djem, grającym taką zajebistą muzykę to pewnie mam zajebistych znajomych. Tylko zajebistych znajomych, których pielęgnuję na fejsie. Nie wiem, czy właśnie kończę liceum, czy poszedłem lub nie na studia, ale ogólnie moje świeże koleżanki zawsze są na każdym evencie. Bo wiedzą, że będą tam moi koledzy, a koledzy tam będą bo wiedzą, że będą koleżanki. Każda ich zmiana statusu pompowana jest przez moje błyskotliwe komentarze. Lecz hola hola, internetowe flirty kończą się co najwyżej na buziaku na powitanie w realu, gdyż stara zasada młodej gwiazdy jest taka, że nie można wykorzystać nakręcającej fejm koleżanki. Nie można jej tak o zostawić z ustami pełnymi spermy i powiedzieć nara. A chodzić nie będziemy ( o żonie mogę zapomnieć), ponieważ wtedy odwróci się reszta zazdrosnych psiaspiłek i po małolatkach na fejsie… Koledzy natomiast to banda szalonych krejzoli, którzy w zimie w Szczyrku rządzą na stokach, piją gorzką żołądkową z gwinta i są postrachem sztachetowców. W lecie natomiast w Dąbkach czy na innej Ibizie wymiatają na Kitach i jak robią melanż to cały kemping śpiewa z nimi. Oni łamią serca, dupcą wszystko, ćpaja, zostawiają na barach miliony swoich rodziców, mają tatuaże, takie wysokie najki i twierdzą, że Skrillex to nie dupstep. Ale ogólnie ich występy mimo, że są takie zwariowane, nie powodują interwencji ochrony, a cała ich paczka dopiero rozpadnie się jak wzajemnie się posprzedawają na psach za jointa. Tak więc marketingowa machina pochłonęła wszystko i wszystkich, a mi nie pozostaje nic innego jak zakup kamery czy innego aparatu HD i kręcenie backstageowych filmików z żygami, z sexem, z narkotykami w tle, z których po latach powstanie film o mnie.