czwartek, 29 maja 2014

Warsztat DJa

   W tym fachu oprócz słuchania piosenek i wrzucania tych co fajniejszych na facebookowe strony poświęcone wydarzeniom trzeba też czasami zetrzeć kurz z gramofonów, pasuje też przy najmniej raz w tygodniu fadery w mikserze poprzesuwać, aby nie zastygły na zawsze. Można oczywiście uskutecznić trening miksowania, czy skreczowania w domu, ale po co?
   Sprzęt w domu jest po to, aby koleżanki na afterku mogły pouczyć się robić czufu czufu, zanim będą ustami robić czufu czufu. Sprzęt jest też po to, aby kiedyś go wreszcie sprzedać, zgarnąć hajs i tym ruchem ostatecznie odciąć kupony od swojej marnej kariery.
   Dje gromadzą te wszystkie płyty winylowe, których i tak nie mają czasu przesłuchać.  Zbierają te elektroniczne kalkulatory co wydają kosmiczne dźwięki, ale pod warunkiem, że ktoś wie jak je podłączyć. I tak na prawdę robią to tylko po to, żeby rodzina i znajomi myśleli, że ta robota djska to coś poważnego skoro kolega tu tyle wynalazków zgromadził.
   W ramach nowej rubryki GlamSkrecz zlustrowałem kilku naszych zawodników celem sprawdzenia co ich domowe warsztaty kryją:

###    Zaczniemy od "nowobogackich artystów".



   Po pierwsze muszę pochwalić kolegę z branży, za pomysłowość i wykorzystanie naturalnych osłon na gramofony, dzięki czemu kolega nie musi biegać za kurzem ze szmatką, jest to niewątpliwie innowacyjne rozwiązanie, które pozwolę sobię skopiować. Po drugie, bardzo ładnie komponuje się tutaj ten obraz nad konsoletą. Stwarza on pomost między djem a malarzem, którego wspólnym mianownikiem jest sztuka. Muzyka płynąca z gramofonów jest niczym stróżka farby spływająca po płótnie, a w tym przypadku obraz to ilustracja wzbudzonej skreczem amplitudy, na którą artysta malarz nałożył w Corelu efekt negatywu i dał jakieś wyostrzenie i coś tam jeszcze. Kozak.
   Drugi dj nie dorobił się jeszcze obrazu, ale zamiast kontrolera midi kupił na raty w Saturnie plazmę. Podobnie jak w poprzednim przypadku ustawił decki w hipsterski sposób (pewnie tytoń MacBarena pali!). Jedyny ład i porządek kompozycji zaburzają kable od plazmy. Zdecydowanie powinny być schowane w rynnie w kolorze ecru.

### Następni to "M U Z Y CY"


   Powiem Wam, że ja to rozumiem. Wychowałem się w takiej, a nie innej okolicy i w takich, a nie innych czasach. I okolica jak i czas mojego dzieciństwa to pierwszy, największy boom na panów z czeską fryzurą, którzy na scenie zza swoich keybordów wyśpiewywali sonaty o majteczkach w kropeczki. I rozumiem tutaj kolegów prezenterów, że oni to czują - ten biesiadny vibe i po prostu lubią czasami do Sean Paula zajebać na klawiszach jakąś solóweczkę.
   Mamy tutaj widoczne dwa podejścia. Jeden kolega dj ma trochę więcej klawiszy, bo lubi grać z akordami, a drugi nie wychyla się poza jedną oktawę bo tylko takie szybkie wrzutki na cztery nutki robi.


### Czas na "Hi Fi Masters"




   Wiesz, w naszym zawodzie liczy się dźwięk. Liczy się to, aby bass nakurwiał. Najlepiej to jak jest jedna kolumna Altusa ustawiona po lewej stronie i olać stereo. Jak fala rozejdzie się po M4 to dochodzi do quatrohibernacji częstotliwości i jest najlepiej. Pamiętajcie odsłuchy, albo ustawia się na równi z gramofonami tak aby czysty dźwięk był dobrze słyszalny dopiero 3 metry od djki, albo po lewej stronie tak aby przebijał mózg. 
    Można też tak jak na drugim zdjęciu nie mieć odsłuchów, no bo po co jak się ma magnetofon szpulowy. Trochę gorzej jest na imprezach, bo koleżka może grać tylko to co wyszło do 1987 roku. Ale mape ma, a to +5 do flare.
   Zwróćcie też proszę uwagę na fotografię nr. 3 na której jest kurwa wszystko. Chłopak dorabia w lombardzie i co lepszy wzmacniacz Diory ktoś przyniesie to on zabiera. Znacie ten typ człowieka. Przychodzi z laską na chatę i pada tekst: "Memlałaś fallusa przy wzmacniaczu Diory?". Wszystkie mokre. Co nie zmienia faktu, że akurat fotograf trafił jak się wygaszacz ekranu załączył, ale na pierwszym planie widać co jest grane. FIFA 2005 na PC?

### "Dupy biją jak szczupak na blachę"

   Tutaj koledzy zastosowali prosty podprogowy zabieg. Otóż przychodzi sobie na taką niby randkę jakaś koleżanka i patrzy na tą konsoletę. Nic z tego nie wie, ona nawet pilota do Cyfry nie potrafi zrozumieć, gdzie volume. Ale tak patrzy i patrzy na ten sprzęt. Suwaki, pokrętła, monitory, igły. Patrzy i myśli i patrzy i patrzy i myśli. I nagle patrzy na swoje paznokcie, że też ma fioletowe jak ściana za deckami. Żarówka zaświeciła. Jest jego.
   W obu przypadkach ważna jest ekspozycja żywych kolorów, taki wabik na szczupaczka dosłownie. Istotnym elementem jest także przypadkowe pozostawienie gadżetów świadczących o niby dobrej sytuacji materialnej dja. Jeden kolega jak widać długo zbierał, ale się mu udało i zamówił i murzyn z Urban City wysłał i New Era jest na Rockicie. Drugi nasz skreczowey kamrat natomiast niby tak przypadkowo zostawił pudełeczko, po butach z łyżwą, co jak wreszcie płatnego Sylwestra zagrał to kupił w Factory Outlet w Sosnowcu.


W powyższych wypocinach wykorzystano zdjęcia sprzętu nieświadomych niczego - fachowych djów/producentów:
Buszkers
Daniel Drumz
RX
DJ NOZ
Senior Pancho
Cut Man Doo
Zimna Łapa
DJ Fejm
DJ IKZ

środa, 21 maja 2014

DJski świat dogonił Polskę!

DJski świat dogonił Polskę! I trochę ją przegonił…
    Teraz po kilku latach trwania turnieju Red Bull Thre3Style pozwoliłem sobie na luźną refleksję, że to my Polacy byliśmy pionierami i ktoś bezczelnie skopiował nasz polski format. Ale najpierw trochę subiektywnej historii.
   Nam djom wywodzącym się z rapowo/turntablistycznych skrecz sesji nigdy za bardzo nie było po drodze z polskim oddziałem DMC oraz z ludźmi, którzy organizowali Mistrzostwa Polski Djów. Oni tam chcieli, aby przez kilkanaście minut prezenter występujący pod swoim nazwiskiem, najlepiej z cds miksował kilka utworów z pogranicza dance'u, trance'u, progressivu i innych takich 130 bpmowych techniaweczek. Do tego powinien w ramach pracy z mikrofonem przedstawić się, podgrzać atmosferę zapraszając klubowiczów do szalonej zabawy no i oczywiście pozdrowić brać djską. My natomiast chcieliśmy przez kilka minut napierdalać skrecze w bezpośredniej konfrontacji z innym djem. Chcieliśmy pokazać jak operujemy winylami, jakie mamy ich wyczucie i jak je kontrolujemy na każdym etapie obrotu. Oprócz kilku przypadków, większość naszych setów była nie do przetrawienia przez zwykłą dyskotekową publiczność i nie było mowy, aby te nasze rutyny nadawały się do tańczenia. Jednak muszę wyraźnie napisać, że każdy z nas potrafił miksować, zgrywać bity i radził sobie z tempem bez licznika bitów. Natomiast prezenterzy mieli blade pojęcie o skreczowaniu, a z miksowaniem bez licznika też bywało ciężko. I tak sobie żyły te dwa równoległe światy. My zrobiliśmy sobie nasze zawody (Vestax, ITF, IDA), a Dee Jay Mix Club miał swoje imprezy i wszystko byłoby spoko, gdyby nie fakt, że ich format zamykał nam drogę do DMC. I właśnie ten format to była pionierska sprawa w bitwach djskich. Reszta świata musiała dopiero poczekać na powszechne wykorzystywanie systemów digital, aby móc go docenić i wznieść na wyższy level.
   Te długie 15 minut… Kilku z nas próbowało się z nimi zmierzyć, z różnym skutkiem. Nie rozumieliśmy przesłania i możliwości jakie ze sobą niosą. Najlepiej ten kwadrans wykorzystał DJ Bez Ksywy, który zdobył tytuł Mistrza i jako turntablista i party rocker pogodził skrecze z muzyką taneczną. I wtedy pojawiła się akcja Red Bull Thre3Style. Osoby organizujące te zawody w Polsce nie odrobiły jednak lekcji z promocji wydarzenia i niestety dla nas, event przeszedł bez echa i nikt o nim nie wiedział. Ale wtedy w Poznaniu uświadomiłem sobie, że wreszcie ktoś dał szansę djom, aby grali muzykę taneczną, skreczowali i żeby po prostu robili swoje tak jak to robią na imprezach, tylko tutaj trzeba zagęścić liczbę trików i zmieścić to w 15 minutach.
   Halo !? Ale my to przecież mamy w Polsce od iluś tam lat i przez nasze niedopatrzenie i lenistwo pozwalamy całkiem fajne nagrody wygrywać prezenterom, którzy zgrają 10 tracków, które są w tym samym tempie i oprócz wykorzystania kilku efektów jakie daje mikser Pioneera niewiele więcej zrobią!
   Turniej Red Bulla w Poznaniu był pierwszą i ostatnią edycją w Polsce. Bardzo szkoda, bo wtedy pokazał kilku party rockerom szansę, którą na pewno by wykorzystali w kolejnych edycjach. Ale mamy przecież dalej Mistrzostwa Polski Djów pod egidą stowarzyszenia DJ UNION i korzystając z systemów digital, wykorzystując jak tylko się da EDMowe wygrzańce (wielu z nas je gra, wielu nienawidzi) widzę w kolejnych edycjach tej imprezy na podium same znane ksywki z klubów, które mieszczą się w miastach, a nie przy trasach między miastowych (ja już gram coraz częściej przy szosach...).
   Poniżej przedstawiam dwa sety, które jako pierwsze wyświetlił mi Youtube. Jeden z Mistrzostw Polski Djów, drugi finałowy z Red Bull Thre3style. Wiecie co macie z nimi zrobić!
 

wtorek, 6 maja 2014

Mój tydzien - Tydzień dja alkoholika

    Najważniejsza jest walka ze samym sobą i w tej kwestii jestem troszeczkę takim masochistą. Nie ważne, w jakim dniu zacznę tą opowieść i tak zacznę ją walką ze swoimi słabościami i na pewno skończę ją także na walce. Ale muszę zdecydować się na jakiś dzień, więc wybieram wtorek.
    Wtorek to taki dzień, drugi bez alkoholu, gdzie jak sądzę organizm już wytrzeźwiał po weekendzie i powoli zaczyna domagać się papu. Zbliża się wieczór i z godziny na godzinę zaczyna się pocenie, problem ze snem i takie tam złe wibrację. Jeszcze z małym nasileniem, ale już coś jest nie tak. Natomiast apogeum nastąpi w środę. To taki dzień, który witamy depresją i żegnamy depresją spotęgowaną wkurwieniem na wszystko, tylko nie na siebie. Jest szansa, że w nocy pojawi się koszmar, a na pewno będzie bezsensowne patrzenie się w sufit. Po kilku godzinach przerywanego snu witam czwartek z nastawieniem, żeby skoczyć i zapomnieć. Cały dzień to jakaś taka niemoc organizmu i apatia. I nie dopinguję mnie myśl, że wielu by się już poddało i sięgnęło po takie zimne Tyskie z soczkiem. Oni mnie nie obchodzą, zresztą nie za wiele mnie obchodzi. Najlepiej żeby ten dzień po prostu przeminął. Ale co to? Już jakoś z tym snem trochę lepiej. Można nawet z osiem godzin przyłożyć pod kołderką. I jest piąteczek. To coś co mam w głowie wytrenowane zaczyna kojarzyć, że po kilku dniach abstynencji czeka go nagroda. Picie w piątek to picie prewencyjne, tak, aby można było się opić w sobotę i w niedzielę jakoś funkcjonować ze znośnym kacem. Nie wiem jak masz Ty, ale ja potrafię mieć kaca giganta już po 4 piwach… I właśnie taki plan jest na piątek. W sumie to piwo, o którym tak marzyłem wcale mi nie smakuję. Czy to będzie Kasztelan, cz Brackie, czy jakaś Pinta to wszystko co ma w sobie wyczuwalny alkohol będzie dla mnie szczynami. Ale trzeba pić, żeby zaszczepić się na sobotę. Sobotnia pobudka to zmięta głowa, kapeć w mordzie i reakcja jakby na 486 odpalić Serato. Myśl o tzw. klinie jeszcze mnie odrzuca. Organizm chyba na tyle wytrzeźwiał, że zdaje sobie sprawę, że się zatruł. Ale no sam powiedz, czy slogan że najlepiej leczyć się tym czym się strułeś nie jest taki prawdziwy? Nie mówię o tym, żeby tak od razu kupić 200 wiśniówki i wlać do 0,5 Coli i tak sobie sympatycznie popijać, ale może chociażby takie Reddsik na orzeźwienie? Akurat ja mam tak, że będę się z tymi zachciankami i pustakiem w głowie męczył do wieczora. Ale, gdy już podepnę gramofony, gdy puszczę jakiś mix na rozgrzewkę to poczuję znów ten wskrzeszający smak pilsnera z soczkiem. Pierwsze niewinne piweczko w wersji soft idealanie chłodzi organizm i daje znak, że GZYMS zbliża się wielkimi krokami. Jak jestem już zaszczepiony po piątku i jak tak np. do tego zjem z 200 gram mięsa to uwież mi, że spotkamy się o 3 przy barze jak będę dwudziestki czystej przepijał małym henkiem. Ach te małe zielone buteleczki… To co stanie się później można epicko określać jako huragan, tsunami, można też tak po ludzku jako "kurwa co jest?"… Padną pytania dlaczego dj krzyczy do słuchawek coś o Nowym Roku, a jest czerwiec i tak dalej.
     Wszystko pływa, światła błyskają, jest dyskoteka roku. Pierwszy problem to będzie tzw. wunderbaum. To dla mnie taki stan, gdy już mogę elegancko zasnąć w opakowaniu ale cuci mnie ta skacząca i strasznie śmierdząca choineczka w taksówce. Ta zapachowa franca to akcelerator potencjalnego rzyganka. Wymiotki są całkiem spoko, bo oprócz chwilowej niedyspozycji pozwolą nam na szybsze wytrzeźwienie i może rano ktoś nie spóźni się na pociąg. Organizm jest pijany i te kilka godzin snu wcale za bardzo tego stanu nie zmienią. Tutaj klin wręcz jest wskazany, ale ja znów wybiorę drogę męczennika i odmówię po czym przez najbliższe kilka godzin będę konał w przedziale, w którym zepsuło się ogrzewanie. Nie ważne czy będzie za zimno, czy za ciepło drgawki i tak się pojawią. Nie można spać, nie można jeść, a wody sobie na dworcu nie kupiłem. Czy to kara za wczorajszą noc? Pewnie po części tak, ale jak sobie tak przypominał tułaczki na kacu po Polsce i jakieś przypadkowe historie, które towarzyszyły mi przy tej okazji to mimo rozłupanego mózgu od środka miło wspominam te chwile. Kluczem do światełka w tunelu w tym stanie jest dosłowne fizyczne i emocjonalnie olanie każdej krytycznej sytuacji. Kibice jadący na mecz, spóźniony pociąg, nie trafiona przesiadka, zostawione igły w klubie. Nie liczy się nic. Jest Gzyms. To właśnie wtedy powstają te teksty Trakmajstra… I teraz najważniejsze. Niedziela musi także skończyć się alkoholem. Nie w takim nasileniu jak w sobotę, ale te piątkowe 4 piwka będą wskazane. Co prawda nie uratuję to trzeźwości w poniedziałek, ale pozwoli jakoś funkcjonować i chociaż telefon odebrać. Poza tym po tych piankach łatwiej jest zwalczyć w sobie wygasające poczucie winy i wyrzuty sumienia związane z całokształtem sobotniej działalności.
    Nie ma w tej historii zaczynania dnia od tequili, nie ma tu picia przez pięć dni pod rząd po 0,7 na głowe. Tu nie o to chodzi. Picie codziennie to pójście na łatwiznę. Tu chodzi o to właśnie, żeby przerobić tą kilkudniową drogę krzyżową, tak, aby wypościć organizm, dać mu znowu posmakować zła i odebrać i niech skurwiel się męczy ze sobą. No to zdrówko!