wtorek, 29 czerwca 2010

Mistrzostwa Polski Djów IDA 2010

REEBOK PUMP Mistrzostwa Polski Dj’ów
Gwiazdy specjalne:
- DJ PRO ZEIKO (GER) Mistrz Świata Dj’ów ITF 2005
- SCRATCH BUSTERS (ITA) Mistrzowie Świata Dj’ów IDA 2009
Plaża Kraków 10.07.2010
Start 16.00
wstęp free (scena na tarasie plaży)

zgłoszenia: agencja@zooteka.com.pl

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Jak się bywa...

to się jest. Wyszli więc ze swoich nor wszyscy, którzy liczą się na mieście, wszyscy którzy mają pod każdym wpisem na facebooku min. 5 komentarzy, wszyscy którzy prowadzą bloga, którego czytają inni, co też mają bloga. Wyszli ze swoich drugich mieszkań klubów - barmani, dje. Przestali klepać w wytarte klawiatury dziennikarze i znawcy muzyczni i wyszli nie nocą, a dniem. Byli też Ci wszyscy którzy tylko bywają, ale skoro bywają to są.
Fajny to pomysł, aby takie wydarzenia robić w niedzielne popołudnie, bo wszyscy Ci o których wspominam wyżej mają czas, mają wolne i mogą bywać.
Fajny to pomysł, aby takie coś organizować w centrum sztuki japońskiej bo sama miejscówka nobilituje wydarzenie do rangi wydarzenia.
Czas już chyba najwyższy aby napisać o co kurwa chodzi? A więc chodzi o urodziny Radiofoni, rozgłośni z Krakowa, której nikt nie słucha i w sumie dużo szumu o nic, ta cała impreza. Ludzie przyszli nie dlatego, że to urodziny jakiegoś radyjka, tylko dlatego, że grali konkretni wykonawcy. A w naszym przypadku byli to Robi Swift i Mista Sinista. Old School old schoolem, ale oglądając przez kilkanaście minut jak Rob Swift puszcza bity, a tłumik pod sceną żywiołowo reaguje wkurwiłem się niemiłośernie, na ten ów tłumik. Bo... Na tej samej sali było minimum 3 djów, którzy za przeproszeniem ruchają Rob Swifta na wszystkie strony świata, jeżeli chodzi o połączenie techniki, diggingu i patentów gramofonowych. A ten ów krakowski tłumik mając na codzien tych djów zachowywał się co najmniej jakby Rob Swift pokazał koło, zaraz po tym jak pokazał ogień. Niby byli na tej imprezie ludzie, którzy podobno się znają i ogólnie bezendu i tak dalej, a przez swoje piski, krzyki i chuuura na proste triki Rob Swifta przy puszczaniu funkowych breaków pokazali, że nawet w takich pseudo wyższych sferach nie liczą się skille, a medialna oprawa i ciśnienie ksywki.
I sprowadziła ta Radiofonia dwie legendy turntablismu. Zrobili nam zawody DMC 1998 w 2010 roku. Respekt. Ale mając do dyspozycji te same środki budżetowe mogli sprowadzić na prawdę konkretny skład i wesprzeć go jakimś polskim supportem...
Ciekawy jestem co Mista Sinista zrobił?

Acha, news plotkowy jest taki, że on tam był i udało mi się zrobić z nim fotke! Życiówka.

piątek, 18 czerwca 2010

Red Bull...

Jako, że przechodzę wyzwanie aktimela i z własnej, przymuszonej woli zamiast sączyć piwko, sączę np. kefir truskawkowy z OSM Sanok przymoniała mi się jedna z mocniejszych historii z energetykami w roli głównej.
Otóż lata temu w Red Bull Polska pracował pewien pan, jak się później okazało trochę bajkopisarz, który w sumie to chyba sam od siebie zaproponował mi jako dziennikarzowi wyjazd na Red Bull Music Academy bodajże do Barcelony, albo Berlina. W każdym bądź razie tak czarował, że ja wypełniałem ankiety, pisałem, dzwoniłem, odpowiadałem na pytania i co? I jak zwykle wielki chuj. Bo coś, tam, bo budżet, bo zapomniał. Ale w międzyczasie dostałem od niego zaproszenie do zagrania podczas imprezy Red Bulla, która odbywała się w atrium biurowca wtedy Deutsche Banku na warszawskim Mokotowie. No to ruszyłem w trasę, z mojej małej mieściny w podkarpackiem, najpierw od 6 rano 4 godziny autobkiem do Krakowa, później znów kilka do Warszawy... Jako, że ja ogólnie to nie znaju how tu metro i inne takie. A na mapach się znam to uderzyłem tam z buta z casem, a wtedy to była skrzynka a la na mleko postawiona na wózeczku a la kramiarz. Biurowiec w którym odbywało się party był niedaleko ronda pod którym był Vert. Wiedziałem, że toczyć się na południe i dotarłem lekko zmięty. Na miejscu przywitała mnie jakaś knajpa o zacięciu biznesowo-artystycznym i stać mnie było tylko na najtańszą sałatke, tj. sallad za 15 zł, która składała się z pomidora i chyba tyle... Tak więc najedzony pojawiłem się przy swoim stanowisku tuż obok mini barku Red Bulla. A jako, że to firmowa impreza tak więc pij panie ile chcesz i zapomnij o płaceniu. Ja z małej mieściny delikatnie przyszokowany tym całym rozmachem i ogólnie Red Bull madafaka. To stwierdziłem, że druga taka okazja się może nie nadarzyć. I poleciałem. Od wieczornych godzin dnia nr. 1 do świtu dnia nr. 2 wypiłem 14 Red Bulli w tym większość z wódką... (Wiem, są lepsi, wiem, że pewnie można tak w godzinę). Ogólnie to odkryłem instynkt X. To znaczy nie ważne co i jak ważne żeby do przodu, a dwukółka ze mną. Skoro tam doszedłem z buta, to stwierdziłem, że i wrócić można, a że do pociągu miałem jakieś 2 godziny to wędrowałem sobie po dworcowych zakamarkach i budzących się do życia ulicach warszawskiego centrum. Następnie wsiadłem do pociągu do Wrześni, gdzie śpiewałem piosenki ze skautami którzy grając na gitarach umilali sobie podróż. We Wrześni miałem 2 godziny postoju, więc znowu włączyło się chodzenie. Widziałem Rynek, kościół i ogólnie nic się nie dzieje. Z Wrześni to już rzut beretem do Gniezna (miałem tam kończyć pracę na Manewrami Ciętegodźwięku), gdzie po wylądowaniu i ogarnięciu noclegu udałem się znowu pobudzonym-marszowym na zwiedzanie miasta. Co ciekawe mimo, że od ostatniego posiłku minęło już kilkanaście godzin to zero głodu i zero pragnienia, tylko instynkt X. I wkręcanie sobie jakiś misji odkrywczych. W Gnieźnie widziałem ołtarz na którym lokalni ziomkowie piją piwa, ja nie musiałem pić, ja miałem instynkt X i chyba całe miasto zwiedziłem, cały czas szybkim marszowym wyprzedając myśli mijających mnie osób. W sumie to miałem takie stany, że wiedziałem co ktoś powie, lub o co mnie zapyta, więc jakieś przypadkowe rozmowy ze mną były dosyć ciężkie. Moment kryzysu nadszedł gdzieś ok. 3 w nocy dnia nr. 3, gdy dosłownie odcięło mi zasilanie na 12 godzin snu. Od tamtej pory mam dziwny tik, który polega na zgrzytaniu zębami po wypiciu energetyka.

Tak to teraz czytam... i nudne nikt nikogo nie zruchał, wszyscy żywi, ale za długo to pisałem więc publikuje. Postaram się namówić pewnego kolegę po fachu który w czasie powrotu z imprezy, a po zażyciu pokarmu kosmonautów zamknął w przedziale konduktora i chciał porwać pociąg.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

poniedziałkowy raport poweekendowy

Zaczynam z mocnym pierdolnięciem, czyli w środowy wieczór, gdy Słońce troszkę zelżało, a wieczorny chłód zaczął przynosić ulgę padł mi dysk. I to nie tak, że w logiczny czy elektroniczny sposób można odzyskać dane. Padł konkretnie i z przytupem i tylko mechanicznie za kilka tysięcy milionów monet można, być może odzyskać zawartość. Ale jako stary mistrz ctrl+alt+del, który na 486 policzył kosmos byłem na to gotowy i miałem zrobione kopie zapasowe danych, tylko, że jakoś od marca ich nie aktualizowałem. Tak więc pokaźny zbiór muzyki, dzięki którem rozpalam do czerwoności parkiety na najlepszych dancingach w powiecie poszedł się jebać...
Na szczęście w ciągu kilku godzin czwartkowego popołudnia, gdy to samo Słońce, które wieczorem dało nam złapać oddech samo kładąc się spać teraz sprawiało, że jaja pociły się już na samą myśl o podróży przez miasto, udało mi się troszkę pozbierać nuty. Dzieki Anemowi i kilkudziesięciu blogom, soulseekowi, swoim winylom stworzyłem sobie podstawową bazę pod Serato.
Ale to nie to samo, już nigdy nie będzie tak jak kiedyś. Już nigdy nie znajde tej empetrójki która powodowała, że lekko podchmielona wycieczka niemieckich uczennic szkoły pielęgniarskiej piszczała z zachytu słysząć jej takty. Ale w sumie dzięki takiej mobilizacji w poszukiwaniu muzyki, dotarłem do kilku żródełek tak zwanych kocurów...
Które miałem okazję przetestować w piątek podczas szatańskiej imprezy w podziemiach hotelu Forum. Fajny kontrast. Obok za ciężkie miliony monet ktoś stawia plażę, buduje infrastrukturę i sprowadza czołówkę djów. Natomiast kilkadziesiąt metrów dalej, w obskurnych, jakby wyjętych z planu zdjęciowego filmu Hostel których widok jednych napawa strachem, a u innych otwiera w mózgu drzwi po których przejściu nie ma już powrotu. Na szczęście nie miałem tam sznurka i siekiery (tak zwane ZIZ.. związać i zajebać). Tak więc w tych umyślnie niedoświetlonych pomieszczeniach odbywała się dosyć podejrzana ideologicznie impreza z 18 jednej z uczestniczek. Na dziedzińcu wewnętrznym zorganizowano koncert jakiejś rockowo-idnie? coś tam coś tam grupy. A ja grałem sobie, wg. życzeń basslineny, drumy i dubstepy, nadając rytm parkom poukrywanym w pomieszczeniach, które leżąc na specjalnie przygotowanych stanowiskach kopulacycjnych dokonywały czynnośći z perłą na finiszu.
A sobotę, ciągnąć maraton trzeźwości odwiedziłem Kielce, gdzie dużą część seta zagrałem z winyli. To jest jednak to... Inny tzw. feeling, inne podejście do muzyki, inne planowanie grania, chociaż jednak brakuje chociażby tych szybkich powrotów na cuepointach do początku utworu. Nie oficjalnym hasłem imprezy była integracja ekipy z Ministerstwa (łącznie ze mną było nas tam czterech) z Chilloutowcami. Ja za bardzo nie wiem co tam się działo przy barze, ale podobno mini-stranci nie dali rady i chilloutowcy ich pokonali. Miniowcy, zapowiedzieli, że tak kurwa być nie może... (jakiś pijacki bełkot)... piołunówka... stawiamy.. (bełkot)... zerżniemy... (bełkot)... przyjeżdzajcie... (sms)... GDZIE JEST KURWA ZBYSZEK???


I tak oto obsługa Chilloutu zapewniła sobie melanż w Krk.

sobota, 5 czerwca 2010

Na trzeźwo.

Jest ciężko. Od kilku miesięcy z kilkoma wyjątkami większość moich imprez gram na trzeźwo i wszystko byłoby do zniesienia, gdyby nie ludzie. Czynnik ludzki w którym ukryty jest szatan. Mam wobec nich dobre intencje, tak Aniu, Basiu i Kasiu, wiem że właśnie coś tam zaliczyłyście (i chuj z tego i tak skończycie jako kurwy w niemieckim burdelu) i chcecie tańczyć i planuje zagrać w ciągu następnych kilkudziesięciu minut jakiś utwór Beyonce, ale nie, nie zagram go teraz, gdyż nie pasuje mi tempem i stylistyką. Co to tempo? Nie, nie tampax, tempo! Acha i dziękuje za to, że krzyczysz mi do ucha plując na mnie jakąs mazią która zadupca jak winiak, tani podsklepowy wymieszany z borygo. Ok, Krzysiu rozumiem, że właśnie wróciłeś z USA i ogólnie jest hot! Ale wypierdalaj mi z djki, bo i tak nie mam pojęcia o czym mówisz, ponieważ przez 2 miesiące jak tam byłeś nabawiłeś się zajebistego akcentu i jest hot! I ogólnie chwila, bo zapomniałem tak to po Polsku się mówi...

Ktoś inny: Szegre egre czaczaracza?
Ja: Wypierdalaj nie znam węgierskiego!

I jak tu pracować? Jak właśnie szalona ekipa przyjechała z Olkusza i Maciek ma urodziny, a jego zwariowani ziomale chcą mu zrobić niespodzianke i żebym puścił coś Tedego i przez mikrofon powiedział, że to dla niego...

Ktoś inny, też zjebany: Zrobi nam pan zdjęcie przy sprzęcie?

Tego typu sceny także były gdy piłem i grałem, ale być może sam będąc najebanym jakoś odstraszałem tych ludzi, gdy w szale fiesty wyłączało się muzykę i krzyczało Nowy Rok.
Wczoraj to już te czorty przeszły same siebie, mam nadzieję, że przynajmniej kilka osób z tego grona męczyzjebów obudziło się gdzieś w okolicach dworca z kondomem w dupie i dziwnym posmakiem, nad którym wolę się nie zastanawiać w ustach.