piątek, 30 stycznia 2009

Craze-zolek atakuje!

Mały, zawsze uśmiechnięty człowiek, wielki dj, którego strasznie wkurzył Tony z DMC, gdy zamiast mu gratulować zachwycał się jego żoną. Tak więc Craze opublikował styczniowy mix . Ciekawe jest to, że taki Craze, który wygrał tyle bitew, udzielał się w tak wielu prestiżowych projektach i ogólnie jest postacią kultową, zupełnie za darmo publikuje swój mix w sieci. A inni, którzy w porównaniu do niego za przeproszeniem chuja tak na prawdę zrobili, sprzedają swoje miksy i nie wiadomo na co liczą. O tak jak ten tutaj.

Jutro ruszamy na wycieczkę krajoznawczą do Wrocławia. Tak więc zapraszam wszystkich do Kamfory. Ostatnie imprezy z moim udziałem były bezalkoholowe (byłem też kierowcą). W sobotę w Ministerstwie nie byłem kierowcą... I grało się bardzo dobrze. Piwko sprzyja. Stymuluje i dodaje odwagi. W sobotę też nie będe kierowcą, tak więc pewnie znowu porobie jakieś dziwne miksy, remiksy i blendy.

wtorek, 27 stycznia 2009

Historyjka 2

W ciągu 2 dni od zamówienia przyszły z juno płyty. Wszystko świetnie tylko, że na imprezie o której jest poprzedni post uszkodziłem gramofon i buczy. Więc plan miksowania, zgrywania i rozpracowywania legł w gruzach. Po n-tym przesłuchaniu winyli na jednym decku zastanawiałem się co robić. To w sumie stwierdziłem że opiszę historię, którą opowiedział mi .... . Poniżej:


Gdy do kancelarii przyszło pismo, że projekt dostanie dofinansowanie, nikt nie mógł w to uwierzyć, że młoda katechetka wygrała ogólnopolski konkurs organizowany przez jedną z największych fundacji w kraju. Ona sama, jak zawsze skromna, przyjęła to wielką, wewnętrzną radością. Dosłownie kamień z serca jej spadł. Pomyślała sobie, że może teraz środowisko ją zaakceptuję. Przecież wykonywała bardzo potrzebną i pożyteczną pracę, jednak wciąż nie była lubiana. Nie była nigdzie zapraszana i wiedziała, że gdy wychodzi ze sklepu to wszystkie ekspedientki zaraz zaczną obgadywać, że to ta nowa, niby ma dziecko a trzyma linię, że jej facet ciągle gdzieś podróżuje i tak dalej. Niestety los chciał, że odkąd się przeprowadzili nie mieli większej szansy zaprezentowania się lokalnej społeczności. On non stop w firmowych rozjazdach. Ona w ostatnich try semestrze ciąży raczej przebywała w domu. Dopiero teraz po dostaniu nowej pracy i jak to się mówi potocznie odchowaniu młodego zaczęła się integrować. I pojawił się projekt.

Ciężko mu było pogodzić pracę w sklepie muzycznym i zawód dja. Niby branża ta sama, a jednak i w sklepie i w klubach wymagali punktualności. Był na tak zwanym dorobku i zależało mu na tej pracy więc musiał podporządkować się szefowi. Tak więc dostawał zmiany w piątki na popołudnie i w soboty na rano. To go bardzo ograniczało i miał problemy z bookingami. Wręcz niemożliwe było jeżdżenie do innych miast aby tam grać, rano trzeba było wracać do roboty, a w piątki z trudem urywał się ze sklepu na pociąg. Ale skoro nie mógł grać w klubach to grał w domu. Godzinami katował breaki. Gdy inni byli na etapie specjalizacji w beat jugglingu lub skreczach on postanowił, że musi to połączyć. Czyli wykonywać dwa razy więcej pracy na treningach. Ale on to kochał, chciał to robić, więc ćwiczył. Bardzo dobrze opanował przejścia w setach przygotowywanych na bitwy. Robił juggle i zaraz po rutynie przechodził do skreczy, aby po na przykład dwóch frazach znowu wrócić do juggli, czasami wręcz banalnie prostych ale efektownych.

Świetlica w domu parafialnym była jak na tak małą miejscowość świetnie wyposażona. Lokalna schola zadbała o profesjonalne nagłośnienie. A kółko seniora w ramach nauki obsługi komputera dla dziadków uzbierało na sprzęt komputerowy i rzutnik. Była więc baza. Wokół tej bazy wikary zgromadził pokaźną gromadkę młodych obywateli, którzy szukali ciekawych zainteresowań. Niestety nie było chętnych aby poza nadzorowaniem gry w ping ponga bardziej się angażować w organizację czasu dzieciakom. Lecz ona uwielbiała pracę z dziećmi i od razu zaproponowała, że może organizować zajęcia pozalekcyjne. Po takim okresie czasu gdy siedziała w domu sama z dzieckiem marzyła o jakiejkolwiek rozrywce, a uśmiechy dzieci były dla niej najlepszą motywacją. Potrzebowała też dodatkowych zajęć, ponieważ... Ponieważ teściowa się do nich wprowadziła. Nie miała oporów dopóki jej nie poznała w ramach codziennego życia. Męża nie było, więc nie rozumiał, że mamusia to chodzące piekło. Program zajęc pozalekcyjnych był więc zbawieniem. Projekt obejmował cykl warsztatów i prezentację różnych zawodów, ciekawych zainteresowań, zajęć. Chciała sięgnąć do współczesnych wzorców i zamiast strażaka i policjanta zaprosić np. tancerza breakdance czy piłkarza, który opowie o plusach i minusach swojego hobby, czy pracy. Niektórzy robili to za darmo, niektórym trzeba było zapewnić zwrot kosztów dojazdu inni brali "ludzkie" gaże. Nie były to duże kwoty, ale w skali roku budżet całego projektu urósł do kilkunastu tysięcy złotych.

Nigdy nie myślał, że kiedyś stanie na scenie i każdy ruch jego ręki będzie obserwowany przez setki ludzi. Że to on będzie dyrygował muzyce jak ma płynąć. Że to on pokieruje bitem. Nie miał tremy. Był pewny siebie, bo wiedział, że dobrze się przygotował. Swoje sety na zawody grał także na imprezach, aby sprawdzić jak ludzie reagują, jak brzmią, a także żeby się po prostu z nimi ograć. Miał teraz stoczyć pojedynek z bardzo utalentowanym jugglerem i tylko dobrym skreczerem. Wiedział, że jego styl to już old school. Że turntablism bitewny zrobił krok do przodu i trzeba montować tak rutyny, aby miały w sobie wszystkie elementy turntable music. Tamten zaczął. Mocno, na bangerowych bitach. Ale robił to samo co zawsze. Te same schematy. Ale klarownie i czysto, do czasu... Do czasu gdy przeskoczyła igła. I stało się jasne, że jeśli tylko naszemu bohaterowi uda się zagrać swój set bez pomyłek to on wygra pierwszą rundę. Zagrał czysto. Soczyście, cokolwiek to znaczy w odniesieniu to turntablismu. W drugiej rundzie jego rywal zdruzgotany po wypadku zagrał poprawnie, ale bez polotu. Przegrał walkę w swojej głowie. A on ponownie z werwą i z maksymalnym pierdolnięciem. Płyty które grał na 0 przyśpieszył o kilka procent na pitchu. Postawił wszystko na jedną kartę i wygrał. Wiecie jakie to uczucie gdy wyszedł Wam zajebisty patent, wokół Was są bardzo dobrzy dje i każdy jest w szoku. A przed sceną tłum szaleje. Czuł się jakby uratował świat i miał prawo tak się czuć. Był mistrzem...

Program ruszył i raz w tygodniu, w niedzielę kilkadziesiąt dziewczynek i chłopców podziwiało po kolei popisy sekcji karate, malarzy graffiti, czy innych beatbokserów. Te "młodzieżowe" prezentację trochę budziły obawy wśród członków rady parafialnej. Ale skoro na każdych kolejnych zajęciach było coraz większe audytorium, które później brało udział w mszy i bardzo się angażowało to chyba projekt się sprawdzał. Nasza katechetka całkowicie się oddała sprawie. Wiedziała, że robi coś dobrego. Wiedziała że mały Mateuszek chce tu być, bo nie ma gdzie się podziać, a w domu znowu pijany ojciec szaleje. Ona dawała im nadzieję, nadzieję, że można inaczej. Po dwóch miesiącach powoli kończyły się pomysły kogo by tu zaprosić. I wtedy trafiła w telewizji na program muzyczny. Był tam jakiś młody facet, który tak szurał tymi płytami, ale na prawdę fajne to było. Nie miała pojęcia co robi, ale był jakiś rytm, a ludziom w studiu się chyba podobało, skoro kiwali głowami. Może warto by go zaprosić pomyślała? I tak też chciała zrobić. Ale skąd wsiąść numer do jakiegoś dj. Wpisała w wyszukiwarce "dj", ale wyświetliło się z miliard stron. Znała kiedyś jednego disc jockeya. Robił dyskoteki w liceum, ale chyba nie takiego wodzireja szukała. Kilka dni później przypomniała sobie o koleżance z KUL-u, która opowiadała o swoim bracie - dju. Wystarczyło naście kliknięć na naszej klasie i owa koleżanka została namierzona. A w jej galerii było zdjęcie z bratem. Naszym djem. Po kilkudniowej wymianie maili, dostała numer telefonu. Rozmowę zaczęła po prostu mówiąc: "dzień dobry panie dju". Dlaczego go to tak rozbawiło? No nic, ustalili termin i warunki. On musiał przywieść całe te gramofony i jakiś inny sprzęt. Powiedział, że wszystkim się zajmie więc nie musiała się martwić o sprawy które były czarną magią.

To się nazywa pozytywny, życiowy kop. Wygrana spowodowała, że z czystym sumieniem mógł rzucić pracę. Miał tyle grania, że gdy wracał po weekendzie do domu marzył o ciszy, o spokoju, o łóżku. I kiedyś właśnie gdy już miał zasnąć w środku nocy o 8 rano w poniedziałek zadzwoniła ona. Robiła jakieś warsztaty dla dzieciaków i chciała, żeby przyjechał pokazać co i jak. Akurat termin mu pasował bo w niedzielę będzie wracał z Rzeszowa więc ma po drodze. Nocować ma w pokoju gościnnym w domu parafialnym. Ale jaja, dzień wcześniej muzyka którą gra ma powodować, żeby ludzie się upijali, bawili, nastroili się do uprawiania seksu. A kilkanaście godzin później ten sam człowiek ma pokazać młodzieży, że to co robi jest wartościową drogą w życiu. Miał dar do przekazywania wiedzy i lubił takie spotkania. Więc czemu nie?

Pan dj przyjechał. Czy on trochę gwiazdorzył, czy na prawdę był taki zmęczony, że od razu poszedł spać? Niewiadomo, ale ważne że jest, bo dzieciaki wariowały już od kilku dni i strasznie się cieszyły z przyjazdu gościa. Po obiedzie poszedł rozkładać te swoje konsolety, a ona miała na głowie prawie setkę dzieciaków, które chciały zobaczyć pana dja. Pokaz się zaczął. Totalnie nie wiedziała co on tam wyczynia, nie rozumiała o czym on mówi. Ale dostrzegła w nim, że jest cierpliwy gdy po raz setny musi odpowiadać na to samo pytanie. Że chętnie tłumaczył Stasiowi, że tak nie można bo trzeba tą płytą tak i tak. Inni po prostu przyjeżdżali, robili swoje, a on dawał im coś więcej, dawał im cząstkę siebie. Prezentacja zamiast godziny trwała ponad dwie i dzieci nie poszły na mszę. Będzie afera, ale co tam, pociechy szalały i dawno nie widziała u nich takiej radości. Ona też była bardzo zadowolona. Została po zajęciach, aby podziękować. Gdy składał te swoje sprzęty rozmawiali o siostrze co tam u niej, trochę o projekcie, o muzyce. Dobrze im się rozmawiało. To jest tak, że gdy jedna osoba coś mówi, to druga nie odpowiada, wyrażając po prostu swoje zdanie, tylko słucha i dyskutuje o tym. Dawno z nikim tak nie rozmawiała. On znowu wyjechał w delegację, a na matkę nie mogła patrzeć a co dopiero dyskutować, o życiu, o podróżach. Sama nie wie dlaczego to zrobiła. Już miała wychodzić. Już późno było. Grubo po dziewiętnastej. Ale coś w niej drgnęło, było jej dobrze i chciała by to trwało. Została.

Trochę go to zaskoczyło, ale przeżywał już takie afterparty, że wypicie lampki wina mszalnego w domu parafialnym nie było wielkim melanżowym wyczynem. Głupio to powiedzieć, ale dawno nie spotkał takiej kobiety, nie była szaloną wariatką, która ma milion zdjęć na mynight. Była dojrzała, ciepła, mądra. Dawno tak nie rozmawiał z kobietą, chyba w ogóle nie rozmawiał z żadną kobietą na takie poważne tematy. Wiele ich łączyło. Oboje byli pasjonatami. Całkowicie oddawali się sprawie, którą się zajmowali. Ona była z innego świata. Była starsza, miała dziecko i what the fuck była katechetką! Ale czuł, że to jego bratnia dusza...

Głupio było przyznać, ale upiła się. Kończyli właśnie drugą butelkę co prawda już jakiegoś lepszego, znalezionego w sekretariacie rady trunku, więc to może dlatego? Światła już dawno zgasły na plebani która była kilkanaście metrów dalej i chyba nikt ich słyszał na zewnątrz? Uczyła się właśnie jak wykonać czirpa. Wszystko jej się mieszało. Tutaj ręka na płycie, tutaj suwak i to na przemian trzeba zmieniać. Nic jej nie wychodziło, ale było bardzo zabawnie. Gdy pierwszy raz podszedł do niej od tyłu, aby chwycić jej ręce i pokazać jak wykonać ten skecz czy skrecz jak to nazywał, poczuła, że oblewa ją fala ciepła. Teraz gdy znowu podszedł nie mogła się powstrzymać. Odwróciła się i mocno przywarła do jego warg swoimi. Objęła go i zaczęła namiętnie całować. To był szał. Nie wiedziała, czy się wygłupi, czy go spłoszy, czy będzie tego żałować, ale wiedziała że musi to zrobić. Więc zrobiła. Tak więc trwali w miłosnym uścisku. Czuła, że jest jej dobrze. Potrzebowała tego. Jej dotychczasowy seks opierał się na mechanicznym wsuwaniu i wysuwaniu penisa z jej suchej waginy. Zresztą jego wiecznie nie było, a jak był to był zawsze zmęczony i nigdy nie doczekał do końca. Kończył za wcześnie. Bardzo wcześnie. Teraz gdy on muskał językiem jej szyje dostawała spazmów. Nogi jej drżały i czuła jak się jej robi mokro. Nie zorientowała się kiedy wylądowali na podłodze. On mocno do niej przywarł, ale nie przygniatał jej jak kłoda. Całując, turlając się i ocierając coraz bardziej wtapiali się w siebie. W międzyczasie on zdążył rozpiąć jej stanik. Ona chciała rozpiąć jego rozporek. Ale nie miała takiej wprawy. Gdy zacięła zamek popatrzyli sobie prosto w oczy, ona troszkę zażowana swoją nieporadnością speszyła się. Ale jego ciepły, pełen zrozumienia wzrok podbudował ją i kontynuowali miłosną grę. Jej mąż chyba zapomniał że miała piersi. Jemu natomiast chyba bardzo przypadły do gustu skoro lizał jej sutki, przygryzał, delikatnie masował ręką.

Czuł, że tego potrzebuje, że potrzebuje prawdziwej miłości. Seks, który znał był brudny, szybki, wyuzdany ale bez uczucia. Teraz cały płonął i nie było to tylko zwierzęce pożądanie samicy, ale był to wewnętrzny ogień, prosto z serca. Pieścił jej piersi, całował jej brzuch, aby wreście znaleźć językiem jej łechtaczkę. A ona wiła się pod nim, jakby nigdy wcześniej nie zaznała takiej rozkoszy. Wzdychała, jęczała gdy ssał ten magiczny narząd. Drżała, była cała wilgotna, była gotowa. Tak więc spokojnie wszedł w nią swoim penisem, głaszcząc jej włosy i całując piersi, a ona gdy poczuła go w sobie zwiotczała i z podniecenia nie była w stanie wykonać żadnego ruchu. On dyrygował, on nadawał tempo. Jej to odpowiadało, wszystko jej odpowiadało. Za każdym razem gdy wchodził głębiej ona wbijała swoje paznokcie w jego plecy, ręce, pośladki i przyciągała do siebie. Byli złączeni. Ich nogi splotły się, a języki wręcz zaplątały. Kochali się tak raz, kochali się i drugi raz. Trochę eksperymentując. Dla niego te pozycję nie były niczym nowym, dla niej tak. On o tym nie myślał, że z tamtą tak robił a z tamtą inaczej, myślał tylko o niej. Chciał jej sprawić jak największą przyjemność. I sprawił.

Oboje czegoś potrzebowali, oboje to dostali. Nie mieli wyrzutów sumienia. Nie żałowali. Nie kontynuowali także tej znajomości. Pewnie oboje chcieli zapamiętać te najlepsze chwile i nie chcieli dopuścić do sytuacji, gdy te wspomnienia zostaną zburzone przez inne zdarzenia. Świadomi byli także, że nie są sobie pisani, że wyminęli się w czasie, w miejscu. Oboje jednak na zawsze będą pamiętać tę noc jako najlepszy moment w życiu jaki ich spotkał.



Ja w sumie mogę, tak pisać, mogę nie pisać. Historii jest jeszcze kilka. Jak będą się na Allegro sprzedawać mikstejpy to będę pisać. Z czegoś trzeba żyć. No chyba, że nie chcecie takich przydługawych opowieści tylko super relacje z imprez na zasadzie: "N. się opił, a A. się pożygała, he he. Było zajebiście" i poniżej zdjęcie typa leżącego na podłodze, który ma zasłoniętą czarnym prostokątem twarz. Nie wiadomo o co chodzi, ale jest zajebiście. Noż kużwa świetnie... Zapraszam więc do zakupów i lektury kolejnych dziwnych przygód polskich djów.

niedziela, 25 stycznia 2009

Ja wiedzialem ze tak bedzie... Schemat się powtarza

Gram już 10 lat i przeżyłem tyle opcji związanych z organizacją imprez, że uważam się za mądrzejszego od Internetu, taki alfa i omega i do tego jeszcze pyskuje. W sumie to bardzo szybko wyczuwam sytuację i wiem czy będzie dobrze, czy źle, czy będzie ściema z kasą, czy nie. To doświadczenie powoduje, że czasami odpuszczam walkę o imprezę, jadę gdzieś chociaż wiem, że organizator się nie wywiąże, że będzie lipa. Jestem gotowy na najgorsze i mam wyłożone na to co się stanie. Chociaż łudzę się, że może jednak stanie się cud. Z reguły żadnych cudów nie ma i schemat się powtarza. Zwłaszcza, gdy imprezę organizuje ziomek, z którym nie podpisuje się umowy, bo zna się go ileś tam lat. I tutaj popełniam kolejny błąd, znam go, wiem jaki jest i nie podpisuje umowy. A w takich kumpelskich relacjach wszystkie ustalenia może wywrócić do góry nogami. Gdyby to była jakaś agencja, korporacja to pewnie bym walczył o to co w riderze. Ale ziomek sam udziela się w na scenie i jak się mu mówi: "mają być dwa gramofony i mikser" to chyba powinien rozumieć o co chodzi, a w dzień imprezy dzwonić, że jednak nie ma sprzętu... Ciekawe jest to, że osoby, które same gdy grają wymagają od innych różnych wynalazków, same nie rozumieją, że gdy są organizatorami to muszą je zapewnić innym. Zawsze jest pełno "ale". Jest kolega organizator, jest właściciel podobnie wkurwiony jak ja, bo kolega organizator nie powiedział o tym i o tamtym. Np. wydrukował plakaty bez daty... Za które chce pieniędzy od właściciela. W ten weekend właśnie coś takiego zaliczyłem, Przelpach też. Uważam, że osoby związane z rapem, są najgorszymi organizatorami. Najwięcej takich krzywych opcji miałem, gdy ktoś kto rapuje bierze się za organizację wydarzenia. W ponad połowie przypadków działo się tak dalego, że osoby te paliły, o wszystkim zapominały i gubiły się w czasoprzestrzeni. I pewnie za kilka tygodni znowu zadzwoni kolega i powie, że robi imprezę i będzie zajebiście i znowu będzie to samo...

wtorek, 20 stycznia 2009

Miksy

Poniżej linki do dwóch nowych, już starych miksów.

Dj Noz Mixtyfikacja 7 Strona A i Strona B

Vanatoski, który stał się żołnierzem welkiej korporacji, pracuje ponad normę, motywuje się, że może lepiej i nagrywa takie BadAss Bass kompilacje.

Nie miałem czasu jeszcze ich przesłuchać.

A dobry znak to taki, że pomimo bardzo przypadkowej publiczności w Kielcach, gdy grałem b-mory i te wszystkie inne "odpalacze" nikt nie podszedł i nie nazwał tego techno.

środa, 14 stycznia 2009

Szukam opcji

Szukam opcji na imprezę w Polsce zachodniej w terminie 30.01.2009 - piątek. 31 gram we Wrocławiu i jakby ktoś z Was możliwość organizacji melanżu w miastach do 200 km od Wrocławia to byłoby super. Warunki są baaaaardzo przystępne i wszystko się dowiesz jak napiszesz na znienacka@znienacka.pl.

Tutaj pojawia się problem rozsądnych bookingów. Jak patrze na myspace Mentala czy Falcona to widać, że robią to z głową. Mianowicie jadąc kilkaset kilometrów do Krakowa, starają się tak bookować imprezy, aby dzień przed lub po zagrać np. w Zakopcu, albo drugą imprezę w Krk. Często warunkiem przyjazdu dj'a typu Rafik, jest to, że jak już pojawia się w Polsce to chce zagrać minimum 2 imprezy.
Miałem opcję zagrania w Bogatyni, gdzie już kilka razy grałem i były bardzo dobre biby, ale niestety coś się pojebało i nic z tego. Tak więc jak macie jakiś pomysł to dawać na maila.
A moje najlepsze rozwiązanie logistyki wyjazdowej to w piątek impreza w Olsztynie a w sobote w Zakopanym, było ciężko, kilka przesiadek, jedzenie w dworcowych fast syfach, ale jest przynajmniej co wspominać.

wtorek, 13 stycznia 2009

Baile GazProm Funk

Przeplach właśnie podesłał to cos:



Jak to kiedys usłysze na imprezie to zwariuje. Jest mistrz.

niedziela, 11 stycznia 2009

SYSTEM

PiS ma swój układ, ja natomiast biegając dziś o 7 rano wymyśliłem SYSTEM. Akurat mieszkam w takim miejscu, że wokół rozrastają się siedziby korporacji i sieciówki, typu sklepy, bary i tak dalej. I gdy pot zamarzał na moim czole wykombinowałem sobie tak. SYSTEM to nie jedna osoba, czy firma, organizacja, to pewne zjawisko, które jest dzieckiem globalizacji. Wytłumaczę to na przykładzie. Ona lat 26, po studiach rozpoczyna pracę jako młodszy specjalista w agencji PR - oddziale międzynarodowej firmy. On lat 28 już kilka latek pracuje jako starzy konsultant w korporacji ubezpieczeniowej. Na co dzień pracują po 12 godzin i nie mają życia. Rano wyjeżdżają samochodami ze swojego podziemnego parkingu, po to, aby za w jego przypadku kilkanaście i w jej przypadku kilkadziesiąt minut później wjechać do podziemnych parkingów w miejscach swojej pracy. W przerwie na lunch, jedzą w barach, które należą do ogólnopolskiej sieci jadłodajni. Po pracy wyjeżdżają z podziemnych parkingów i jadą do naziemnego parkingu przy Multipleksie, aby oglądnąć film, który poprzedzą reklamy produktów wytworzonych przez międzynarodowe korporacje. Za bilety i napoje gazowane produkowane przez firmę o światowej renomie, zapłacą kartami, którymi mogliby także zapłacić na Węgrzech, w Boliwii, czy w Nowej Zelandii. Po filmie jadą do swojego mieszkania, które kupili za kredyt wzięty w dużym europejskim banku. Mieszkanie znajduje się w strzeżonym bloku, który wybudowała spółka developerska, mająca oddziały w 26 krajach. W weekendy odprężają się robiąc zakupy w galerii handlowej, która także posiada podziemny parking. Galeria należy do europejskiego potentata na rynku nieruchomości. A w samym centrum handlowym znajdują się sklepy najlepszych brandów, straight from da Paris, Londyn, Mediolan. Tzn. siedziby tych firm tam się mieszczą, bo ciuszki szyte są w chińskiej prowincji Guangdong. No i tak sobie żyje nasza para, nieświadoma tego, że czuwa nad nimi SYSTEM. System wie co kupią, kiedy i za ile, bo SYSTEM wie ile zarabiają. SYSTEM wytwarza produkty dokładnie takie jakie chcą. Dlaczego Longer kosztuje 3,49 i jest taki a nie inny? Czy cena wynika z wartości "wkładu", czy wkład jest wynikiem obliczeń, ile maksymalnie taka kanapeczka może kosztować? SYSTEM to wie, SYSTEM wie także, że po kilku latach mieszkania razem urodzi się jedno dziecko (chociaż po kilku latach faszerowania się tabletkami będzie trudno..), na które w przeciągu najbliższych nastu lat wydadzą tyle i tyle pieniędzy na co wystarczy im obecna pensja więc nie ma sensu dawać podwyżek.
SYSTEM ich karmi, SYSTEM dba o ich zdrowie, bo przecież ich firma zapewnia im pakiet "zdrowie plus" który obejmuję kompleksową opiekę medyczną w klinice, należącej do znanego po obu stronach Oceanu koncernu farmaceutycznego. Hasłem przewodniom SYSTEMU jest "ład korporacyjny". I dotyczy to nie tylko sposobu organizacji i pracy przedsiębiorstwa, ale także organizacji życia poczciwych konsumentów. Najlepiej to widać na przykładzie półek sklepowych w np. śmierdzącej sieci sklepów wielkopowierzchniowych Tesco. SYSTEM wpływa na to, że kupujący wsadzi do koszyka produkty które w większości wytworzyły wielkie korporację. Umowy pomiędzy tymi podmiotami skutecznie hamują sprzedaż lokalnym rywalom. I tak jest na całym Świecie. SYSTEM hoduje sobie poddanych. Korporacje wymyślają produkty, które kupią inne korporacje. Dobra nie powstają w wyniku potrzeb konsumentów, tylko w wyniku analiz, obliczeń i tzw. "optymalizacji kosztów". SYSTEM czasami musi także pożywić, tak więc mamy piękny przykład i padają jak muchy fundusze trawiące pieniądze młodych yuppies zainwestowane w wirtualne firmy powstające w wschodzących rynkach Azji. Dobra, ale co to wszystko ma wspólnego z muzyką, z djami? A więc, SYSTEM i tutaj jest obecny. Załóż wytwórnie i spróbuj umieścić płytę na półkach w sieci Media Markt, czy Empik. Przekonaj się, jak ochocza rozgłośnie radiowe nastawione są do niezależnych produkcji. Na pewno Twój teledysk będzie emitowany w telewizjach muzycznych. Przecież nie mają podpisanych umów z wielkimi koncernami fonograficznymi. Sprawdź sobie na przykładzie tych pięknie lśniących teledysków prawdziwych raperów jak skurwiło się hasło product placement. Teledyski przerodziły się w klipy reklamowe, a teksty pisane są pod kontem rymowania się nazw telefonów i innych wynalazków. SYSTEM także rządzi tym rynkiem i wkrótce do nas się dobierze. Już nie będziemy mieć wyboru, trzeba będzie grać muzykę której założenia powstały w wyniku pracy kilkunastu hinduskich managerów. Będziemy musieli tak budować nastrój na imprezach, aby w określonych godzinach zwiększała się konsumpcja na barze... Amen.

czwartek, 8 stycznia 2009

Chilli Zet

Na początku trochę mnie to zdenerwowało, że kolejne radio zostaje przejęte przez molocha. Chociaż muszę przyznać, że słuchanie Jazz Radio było często męczące i ta muzyka była za trudna dla mnie. Teraz, gdy dosyć intensywnie słucham Chilli już coraz mniej płaczę nad Jazz radiem. Dla mnie ta zamiana wyszła na ok. Radia słucham, gdy jeżdżę samochodem - kilka godzin dziennie. Mam ustawione pięć rozgłośni. W proporcjach 3 w miarę ok i 2 dla beki. Więc radio Planeta jest maksymalnie odjechane i czadowe aż się żygać chcę. Są cool i tak dalej. Grają 12 utworów na godzinę wybranych w ankietach przez słuchaczy i tak w kółko, prowadzący nie mają własnego zdania i co jakiś czas prezentują newsy agencyjne w stylu pudelka. Eska jest gorsza, bo ma gorsze układy z wytwórniami i dostaje większe ścierwo. O ile w Planecie znajdą się czasami interesujące utwory w zakresu euro-house-trance-dance-joł, które mają jakiś ciekawy patent, śmieszny i tak dalej. To w Esce nic nie ma fajnego i przegrywa na całej linii. Następnie jest Trójka, której lubię słuchać, ze względu na wiadomości, dyskusje i szok jakiego dostaje, gdy zaskoczą mnie graną muzyką. A zaskakują dosyć często. Po Trójce jest Euro, które mimo słabej nazwy, daje radę zwłaszcza, gdy audycję ma Ula Kaczyńska, lub typ, którego nazwiska nie pamiętam, ale to on ostatnio zaprosił Green Jesusa do audycji. W Euro, czasami rozpędzają się i cały dzień gadają o jakiś studiach, problemach młodzieży i tak dalej do tego grają rockowo-indie-popową muzykę i z tym przesadzają. Numer jeden to obecnie już wspomniane Chilli Zet. Pulsująca muzyka, najczęściej tzw. downtempo. Czasami są to trochę kiczowate "ballady"? mające stworzyć nastrój. Jest także dużo acidjazzu, dubu. Jest spokojnie, ale każdy utwór przepełniony jest energią, bardzo dobrze mi się przy takiej muzyce jeździ. Jest dobrze. Jak tylko prowadzący nauczą się mówić coś ciekawego, to już będzie bardzo dobrze. A w nocy na trasie to dyskusji w Radiu Maryja słucham i się tak wkurwiam, że nie potrzebuję żadnych kaw, red bulli czy innych izotonicznych syfów chemicznych.

sobota, 3 stycznia 2009

Quintet w Piec Arcie


Jim Dunloop na fortepianie i syntezatorze.


Wojciech Długosz aka Dj Krime na turntablu i syntezatorze, Damian Niewiński jako bębniarz


Santshir Doual udzieająca się wokalnie, do tego Kacper Gęsiarz szarpiący basie.

Dobrze jest pójść na tego typu wydarzenie, spokojnie sącząc piwko posłuchać czegoś mądrzejszego i wymagajacego większej uwagi niż hasła typu "Face down, ass up". Na te odchamiające wieczorki zdecydowałem, że grzecznie będę kupować bilety. Nienawidze zachowań ludzi, którzy nachalnie wpraszają się na vip listy i to nie zadzwonią dzień, dwa wcześniej tylko w dniu imprezy, albo gdy gram muszę chodzić bo jakaś super kurwa mać pilna sprawa, trzeba pińcet osób wpuścić bo raz na ruski rok nie stać ich, żeby bilet kupić, a na wódke, koks i żarcie w tego typu knajpach mają. Niestety sam do nich należę. Ale pracuję nad sobą i chcę, aby skład o którym piszę powyżej grał częściej w Krakowie, więc jak mogę to będę ich wspierać. Tylko, żeby Krime więcej skreczował... Ale skoro występuje już bardziej jako Wojciech Długosz, a mniej jako Krime to oznacza to chyba odejście od drapania na rzecz ciśnięcia klawiszom. A w Piec Arcie mają super smaczne jedzenie. Jim Dunloop poleca pierogi.



Ale, że jest sobota i jednak podstawowe instynkty typu jeść, pić i jebać(do wyboru w dowolnej konfiguracji) dochodzą do głosu, proponuję, aby powyższą, przepełnioną ciepłem, mistrzowskim kunsztem i pozytywnym groovem muzykę, zamienić na zboczone, wyuzdane mashupy, remixy i inne takie. Rano dostałem info o promokompilacji dja Qube
. Tak więc bmory i baile funky plus inne bliżej nie określone rytmy dla dupo wstrząsaczek i wtedupyklepaczy. Pewnie jednych jutro na kacu postawi na nogi, a innych dobije, jak przypomną sobie, że w domu żona i trójka dzieci czekały a oni podkręceni historyjką (tą co w poprzednim poście) montowali tzw. odwróconą osmozę.