niedziela, 23 kwietnia 2017

To nie jest kuchnia dla barbarzyńców

   Wkurza mnie, że jeżdżąc po Polsce trafiam do restauracji, które mają wyznaczać trendy, objawiać nowe smaki i robić mnóstwo szumu wokół procesu karmienia, nie doceniając jednak tego procesu, lecz doceniając mój portfel. Wkurza mnie to, że wszystkie te knajpy targetują się na dziewiętnastoletnie modelki z instagrama, którym raz na tydzień Chodakowska pozwoliła zjeść coś więcej niż jogurt naturalny. Idą więc do modnego lokalu, aby zjeść zupę która jest kremem i ma w sobie jakieś egzotyczne zioło, które owszem jebie na kilometr, ale dla nich jest spoko, bo im już zaczyna się takie anorektyczne gnicie żołądka. Nie wiem czy znacie tą zapachową aurę, która otacza wychudzoną płaskorzeźbę, która chciałaby wyjechać do Paryża, ale nawet jej na pokaz nowych sukien ślubnych do Ptaka nie wezmą… No to więc taki osobnik potrzebuję mocnych przypraw tłumiących tą oddechową zgniliznę, a jałowiec połączony estragonem to przy tym delikatny dodatek. I teraz zestawię ze sobą cztery restaurację, które odwiedziłem i w których jadłem.
   Na pierwszy rzut polecę Wam białostocką Inną Bajkę, gdzie owszem wyobraźnia ponosi komponujących dania. Oczywiście jest dorabiana jakaś ideologia do procesu jedzenia. Ale wszystko jest bardzo smaczne, ceny do zniesienia, a mięso z warzywami to mięso z warzywami, a nie warzywa z mięsem i milionem jakiś egzotycznych ziół które zabijają smak mięsa. Tu ten pomysł nowych knajp z żarówkami puszczonymi na kablach ze sufitu sprawdza się i powiedzmy, że to będzie mój numer jeden w tym rankingu.
   Drugie miejsce przypadnie krakowskiemu Zenitowi na ulicy Miodowej. Mięso to mięso, a nie jakieś oszukaństwa z hasłem fit w tle. Ale już tu wkrada się ta polityka, że smacznie znaczy mało i drogo. Tutaj już też zatraca się granica przerostu formy nad treścią, już pojawiają się jakieś wymiksowane nazwy dań z różnych europejskich kuchni, których przygotowanie trwa godzinami, kosztuje mnóstwo pracy i wcale nie powala smakiem na kolana.
   I tak z południa Polski w tej kulinarnej podróży przeskoczę sobie na północ, do Gdyni, do restauracji Trafik, gdzie pewnie ze względu na lokalizację na pierwszym miejscu stawia się wysokie ceny, na drugim bliżej nie rozpoznany pomysł na potrawę, a na trzecim czas oczekiwania. I tu mam świeży przykład jak podążanie za jakimiś głupimi trendami zabija smak sandacza, bo soczewicy i szpinaku jest tak dużo, że ryba po prostu w tym ginie niczym w głębinach Hańczy. Płacę za taką potrawę sporo, więc i oczekiwania mam sporę. A dodam, że w przypadku sandacza to jestem bardzo wymagający, gdyż przez kilka ładnych lat jadałem tą rybkę prawie codziennie. Wiem więc, że sandacz prosto z patelni, gdzie zarumienił się na masełku to najprostszy majstersztyk. Wszystko poza nim na talerzu powinno potęgować jego smak, a nie przyćmić.
   I tak nie zadowolony z podania mi mojej ulubionej ryby wpływam do sopockiej Zatoki Sztuki. I zawsze sobie powtarzam, że nigdy więcej do takiego miejsca nie zawitam. Ja nie szukam potraw, które mają wyglądać, a nie smakować, które mają zadziwiać nazwami składników, a nie sycić. Niestety w Zatoce na takie trafiłem. Sałatka z łososiem? Na serio, te takie lisnerowskie z Żabki mają w sobie więcej tego czegoś. Dorsz? Ryba ok, ale puree z batatów i marchewek jest tam po to, aby rozrzedzić smak ryby i przytłumić go. A frytkami to się jeszcze kilka godzin po konsumpcji odbija. O ceny nie pytajcie, bo wolę nie pamiętać. Sytuację ratowało piwo Obolon…
   Ja wiem, że nie jestem klientem docelowym tych wyszynków, ale nie wkurza Was czasami to jedzenie przygotowane z myślą o instagramowych hashtagach, a nie o Waszych podniebieniach? 


Brak komentarzy: