Posty

Wielkomiejska gangrena. Krzysztof Kloc.

Obraz
Książka napisana jest w akademickim stylu. Podzielona jest na rozdziały, z których każdy dotyczy innej składowej krakowskiego rynsztoku okresu dwudziestolecia międzywojennego. Rozdziały otwiera trochę naukowych definicji i ich wytłumaczeń. Autor objaśnia dane zagadnienie i następnie przechodzi do drążenia tematu.  Tu dla mnie zaczyna się pierwszy konflikt pomysłu na książkę. Z jednej strony mamy dane przytoczone z różnych źródeł, czasami niepełne, czasami przekoloryzowane jak w przypadku policyjnych statystyk, lub artykułów prasowych. Różne instytucje bardzo różnie podchodziły do skrupulatności prowadzenia zapisków, stąd liczby są tylko po to żeby wskazać tendencję, lub orientacyjną liczbę np. napadów rabunkowych. Z drugiej strony każdy rozdział, czy to o prostytutkach czy o kieszonkowcach zawiera niesamowite historyjki, które wprowadzone są jako cytaty z artykułów albo opowiedziane przez narratora. To się w założeniu uzupełnia i z pozoru wygląda dobrze, lecz po pokonaniu kolejnych str

Krótka historia siedmiu zabójstw. Marlon James.

Obraz
Krótka. No wcale nie jest taka krótka. Zwłaszcza w momentach, w których użyto celowego zabiegu dosłownego tłumaczenia z patios na polski. Tekst rozlewa się ciągiem na kolejne strony. Dialogi wymieszane są z narracją. W ogóle to wszystko jest wymieszane. Postacie z różnych klas społecznych, które łączy beznadziejny los przeżycia na Jamajce. Okrutnej wyspie. Tam tekst nie opisuje życia na Jamajce w latach 70tych. Tekst jest tym życiem. Niehigienicznym życiem, do tego brudnym i ubogim. A nawet jak z Jamajki przenosimy się do Nowego Jorku to wcale nie wyrywamy się z pętli bestialstwa. Po prostu do smażonego kurczaka dodawany jest jeszcze całe wielokulturowe menu jakie ma do zaoferowania amerykańska aglomeracja. Wiesz o co mi chodzi? Nie. No właśnie, po przeczytaniu książki też nie będziesz wiedział o co chodzi. Historia. A bo to jedna? Może gdyby to sprowadzić do opowiadania o rozwoju jamajskiej przestępczości zorganizowanej to udałoby się zamknąć w określeniu „jedna”. Ale tu zlewa się kil

Klub Spotkań Poczta Główna

   Klub Spotkań Poczta Główna. Wejście znajduje się od strony budynku straży pożarnej. Tam kiedyś było wejście do działu paczek, ale pewnie oprócz mnie nikt tych czasów nie pamięta.     Klub powstał w miejscu pocztowej kantyny. To bardzo ważne, bo cały klimat lokalu opiera się na myśli estetycznej która zakwitła w wyobraźni pocztowców – obstawiam, że w latach sześćdziesiątych. To do obecnych standardów wykończenia lokali rozrywkowych ma się nijak, ale do standardów miejsca wyjątkowego ma się bardzo dobrze. Klimat jest rodem ze spotkań osiedlowych na ulicy Alternatywy 4, czy też z kultowego filmu „Wodzirej”. Tak więc jest boazeria, jest parkiet i są wielkie lampiony przy suficie.      Główna sala „potańcówkowa” to spore pomieszczenie. Przypomina trochę szkolną aulę, trochę salę w domu kultury. Zwieńczona jest sceną, z mechanicznie regulowanymi kotarami, które fajnie domykają przestrzeń djki. Mimo zachowanego wystroju z epoki to jednak postarano się o dobre nagłośnienie oraz np. o Pionee

Nova Klubova. Kraków.

Dwupiętrowy klub przy placu Nowym na krakowskim Kazimierzu ma aspirację namieszać na rynku nocnej rozrywki. Jest kilka elementów, które wyróżniają to miejsce, a są to: - Wczesne godziny otwarcia. Od godziny 21 cała obsługa łącznie z djami jest gotowa do pracy na pełnych obrotach. Biorąc pod uwagę leniwie zabierające się do pracy rynkowe piwnice, które często o dopiero o 22:30 wchodzą na tryb otwartych drzwi, to jest to nowość. - Duża ilość pomieszczeń. O ile danceflory nie są duże, to poprzedzają je pokoje, czy też ze względu na wystrój lepiej napisać - komnaty. Z pojemnymi sofami są dobrym miejscem dla większych grup. Na dwóch piętrach tych pomieszczeń jest sporo i przechodząc przez nie można wkręcić się w trochę tajemniczy, labiryntowy klimat. - Ilość pracowników. Zaskoczyła mnie liczba kelnerek, barmanów i szklankowych. Po tej liczbie widać, że nastawiono się na sprawą i szybką obsługę klientów.  - Jak już wspomniałem wcześniej są dwa pięta. Piętro dolne dedykowane jest muzyce rnb,

Ona ma kilka godzin...

   Ostatnio spędziłem kilkanaście godzin z kolegami-djami na branżowych dyskusjach. Słuchałem, coś dorzuciłem od siebie, ale najważniejsze jest to, że uświadomiłem sobie wyjątkowość okoliczności w jakich przychodzi nam pracować.    Koledzy słusznie zauważyli pewną prawidłowość. Wywodzimy się ze środowiska klubowego, ale trafiając na wyjątkowe wydarzenia jakimi są wesela, czy np. urodziny mamy szansę dać rozrywkę osobom, które na co dzień nie chcą, nie lubią, lub nie mogą uczęszczać do dyskotek.    Do rzeczy. Nie chcą. Bo dla nich zgiełk przepełnionego lokalu jest przytłaczający, bo odrzuca ich myśl o widoku zasapanych noszeniem piwa grubasów. Bo robi im się niedobrze, gdy w tańcu wystrzelony sterydziarz zaczyna dotykać ich aksamitną skórę.    Nie lubią. Bo dla nich taniec to czynność intymna. Lubią tańczyć dla siebie, dla tego jedynego, ewentualnie w gronie zaufanych osób podczas rodzinnej imprezy. Nie chcą być częścią blichtru ciemności. Nie chcą nocy dawać szansy by zawstydziła dzień

Podprogowy przekaz utworu "Pażałsta" Tedego.

Strach przed odpaleniem przez Moskwę atomówek ucinał i ucina wiele dyskusji o konkretnym zaangażowaniu w pomoc militarną Ukrainie. Każda frakcja w Polsce ma swoje argumenty za tym, by nie pomagać. Lecz broń jądrową wyciągają najczęściej osoby raczej otwarte światopoglądowo, wykształcone, z większych miast i o pozytywnym nastawieniu do NATO, do UE.     Szukając odpowiedzi na pytanie: dlaczego akurat ta grupa upodobała sobie argument wielkiego grzyba w przypadku niepowiedzeń Rosji, dotarłem do twórczości Tedego. Siedem lat temu warszafski raper opublikował utwór pt. „Pażałsta”. Siedem lat to odpowiedni czas, by przekaz okopał się w głowach, a jednocześnie nie przedawnił. Co więcej siedem lat to okres przez który wiele osób przeszło drogę do takiego stanu rodzinnego, majątkowego i zawodowego, że zaczyna im zależeć, na tym wszystkim co zbudowali wokół siebie.     Po blisko dwóch latach ucisku sanitarnego i wygaszenia życia towarzyskiego nadeszła wiosna. Wszystko jakoś tak ożyło i przez

Top Gun: Maverick

  To był 1986 albo 87 rok. Ja od kilku miesięcy wędrowałem z dwoma walizkami między stancjami wokół McCarren Park i parku Hernadeza. Co ciekawe, to był park Marii Hernadez, ale wśród Polonii w Nowym Yorku przyjął się rodzaj męski i wszyscy mówiliśmy, że to miejscówka Hernadeza. Pracowałem, oczywiście na czarno u Żyda polskiego pochodzenia – Berniego Kaminskiego. Teraz nie jestem dumny z tej roboty, ale druga kadencja Reagana taka właśnie była jak nasz job. Reagan obniżał podatki, żeby zachęcać do zarabiania. To zarabialiśmy. Życie. Chodziliśmy po budowach, szukaliśmy polskich construction workerów i proponowaliśmy im szybki transfer baksów do Ojczyzny. Mieli do wyboru przynajmniej kilka tańszych metod, ale tylko my mieliśmy moc sprawczą by w ciągu dwóch dni taksówkarz podjechał na ulicę Krakowską w Nowym Sączu, Poznańską w Opolu, czy Kwiatową w Ostródzie i przekazał wyznaczonemu członkowi rodziny kopertę z zielonymi. O Bernim poczytasz w raporcie z likwidacji WSI, a ja tylko wspomnę,