"Betonowy pałac" - Gaja Grzegorzewska

 


   Już po kilkudziesięciu stronach sięgałem po książkę, nie dlatego, że byłem ciekawy co wydarzy się w kolejnych rozdziałach, a po prostu po to, żeby ją kiedyś wreszcie skończyć. Nie czyta się łatwo. O ile pojedyncze sceny są ciekawie i kompleksowo rozpisane to ilość pobocznych wątków, historii i biografii po prostu przytłacza i tłamsi radość z przeżywania kryminalnej przygody w Krakowie. 

   W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że autorka musiała z czytelnikami podzielić się wszystkimi pomysłami na postacie jakie wpadły jej do głowy przez ostatnie kilka lat. Ta rozbudowana forma całkowicie dusi dynamikę. No, ale chcąc dobrnąć do końca, trzeba przewertować życiorysy dziesiątek drugo i trzecioplanowych postaci. Z upływem stron przyzwyczaiłem się do tej formy i że za chwilę znowu utknę grzebiąc w dziejach ciotki wujka stryja. Zacząłem więc traktować wielowątkowość jako rozgrzewkę do wielkiego twistu, do czegoś co na ostatnich stronach wryje mnie fotel i uznam że było warto. 

   Niestety finałowa rozgrywka jest podzielona na dwie sceny: walki i odkrycia prawdy. Jest tak nasycona emocjami, że rozwiązanie zagadki, z którą walczymy razem z głównym bohaterem wypada blado. To rozwiązanie ginie zgaszone finałową sceną, żeby nie spoilerować nazwę ją „osiedlową”.

   Kolejnym problemem są przenikające się dwa światy. Jeden jest taki, jak codzienność w Krakowie. Szczegółowy, czasami brutalny, ale dobrze i precyzyjnie opisany. Natomiast w drugim brutalność urasta do rangi absurdu. Łączenie tych dwóch światów razi. Bo w ten pierwszy, w którym autorka dba o każdy detal, kolor, czy temperaturę można wejść. Można przejść obok bohatera i zobaczyć, że ta akcja się dzieje jakby po sąsiedzku. Natomiast w ten drugi też można wejść, ale raczej w grach. On jest przekolorowany. Głównie kolorem tryskającej krwi. Jest tak abstrakcyjny, że każde wejście w ten świat wybija jeszcze bardziej z rytmu niż poznanie historii jakieś kobiety, która jest hersztem na barce i co prawda odegra rolę w końcówce dzieła, ale nikt już nie pamięta kim ona jest, bo została przedstawiona osiemset stron wcześniej. Jedynym miejscem w którym można odnaleźć się w tym świecie jest podróż przez mroczne korytarze razem z bohaterami, z których jeden jest pod wpływem środków halucynogennych. I tu się wszystko zgrywa, dogrywa, a nawet śmieszy. 

   Podsumowując. Trudna ale ciekawa powieść, którą przeczytałem dlatego, bo chciałem przeczytać coś co osadzone jest w Krakowie. Pod tym względem spełniła moje oczekiwania. W literki włożono bardzo dużo pracy, jednak jeszcze lepiej by one wyglądały, gdyby tak samo dużo pracy włożyć w redakcje ukierunkowaną na utrzymanie dynamiki i nie komplikowanie czytelnikowi czytania. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Lista utworów do ZAiKS i STOART

Freestyle. Reż. Maciej Bochniak, scen. Maciej Bochniak, Sławomir Shuty