Trzy weekendy. Bezsenność, punktualność, ryzyko i pracoholizm.



Kalendarz zleceń stworzył mi wyjątkowe trzy weekendy, w których musiałem połączyć bezsenność, punktualność, ryzyko i pracoholizm.

    Weekend 1. Bezsenność. Pierwszy weekend zacząłem w czwartek imprezą firmową w Rzeszowie. To była rozgrzewka przed piątkowym graniem w krakowskim klubie Shine, które było otwarciem maratonu bezsenności, bo w sobotę od rana miałem próby do Rugby 7 w ramach Igrzysk Europejskich. Próby skończyliśmy o 16, a już o 18 byłem na kolejnej firmówce. Dużej firmówce na 3000 osób w krakowskim Hype Parku. Muzykę wyłączyłem o 3. A o 8 w niedziele zameldowałem na stadionie i przez kolejne dwanaście godzin pracowałem przy muzycznej oprawie rozgrywek. W nocy na szczęcie mogłem spać, bo podobną całodniową pracę miałem także w poniedziałek i we wtorek.

    Weekend 2. Punktualność. Skoro sprawdziłem, że poradzę sobie z małą ilością snu i dużymi projektami to musiałem przetestować kolejny ważny aspekt. To zagadnienie dotyczyło synchronizacji przemieszczania się między niezależnymi eventami. Sprawdziłem to podczas kolejnego weekendu, gdy o 19:30 w sobotę skończyłem w Krynicy-Zdroju oprawę muzyczną Judo podczas Igrzysk Europejskich, a o 22 zameldowałem się w rzeszowskim klubie Przystań na Lato. Sto osiemdziesiąt kilometrów po krętych drogach Beskidu Niskiego uwzględniając tankowanie, kolacje i prysznic.

    Weekend 3. Pracoholizm i ryzyko. Dwa weekendy pod rząd wszystko udało się zgrać i zrealizować w stu procentach. Dlatego można było przystąpić do finalnego wyzwania oraz wprowadzić element ryzyka, czyli oprzeć punktualność o rozkład jazdy PKP. W trzeci weekend wszedłem słoneczną imprezą firmową nad podkrakowskim zalewie w Przylasku Rusieckim. Gdy w środku nocy ustały szalone tańce, mogłem się przeorganizować i o 4:14 wyruszyć pociągiem w stronę Warszawy. PKP nie zawiodło, bo już w podkrakowskich Batowicach pociąg zaliczył nadprogramowy pięćdziesięciominutowy postój. To był właśnie ten element ryzyka, który spowodował lekki stresik na stacji końcowej w Warszawie Wschodniej. Tu musiałem szybko przemieścić się na kolejną zajezdnię – Olszynka Grochowska. Na yardzie czekał żółto-niebieski pociąg RMF FM. Zdążyłem, zamontowałem konsoletę i ruszyliśmy do Nowego Sącza. Po drodze tańczyliśmy, śpiewaliśmy i tak rozradowanym składem wjechaliśmy do Małopolski. Na finiszu pojawił się kolejny ryzykowny moment. Mieliśmy tylko 20 minut, aby obsługa przepięła lokomotywę i zrobiła test hamulców. Udało się i planowo wyjechaliśmy w drogę powrotną. Dlaczego to było dla mnie ważne? Gdyż na stacji Kraków Płaszów byłem o 20:20, a już o 21 w klubie Bubble Toast rozpocząłem finalną, sobotnią imprezę. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Lista utworów do ZAiKS i STOART

Freestyle. Reż. Maciej Bochniak, scen. Maciej Bochniak, Sławomir Shuty

"Betonowy pałac" - Gaja Grzegorzewska