Pamiętnik z Mielna. Dzień pierwszy.

    To był dla nich szalony rok. Właściwie dwa ostatnie lata okazały się nieustającą karuzelą małych wzlotów, większych upadków i ostrych wiraży na zakrętach emocji. Tak upragnione i wyczekiwane otwarcie własnej trattorii totalnie roztrzaskało się o ścianę pandemicznych zakazów.

Lokal był przygotowywany pod wielogodzinne biesiady, lecz covidowa rzeczywistość zweryfikowała plany i właściciele – Ania z Michałem – musieli przestawić się na sprzedaż dań z dowozem. Wywróciło to system pracy, załogę, menu i metody serwowania, ale podołali.

Tratoria Delizioso e Gustoso na bydgoskim Starym Mieście z dnia na dzień zdobywała coraz więcej pozytywnych opinii w portalach poświęconych gastronomii. Klienci wracali i – usatysfakcjonowani smakami – polecali to miejsce.

Rok temu para młodych restauratorów nie mogła sobie pozwolić na urlop. Po pierwsze nie było czasu, po drugie Ania nie poprosiłaby rodziców o wsparcie finansowe, a po trzecie co chwilę zmieniające się obostrzenia skutecznie krzyżowały im plany.

W tym roku zmienili strategię. Gdy tylko na koncie odłożyła się stała kwota, która nie kurczyła się po odliczeniu składek na ZUS, czynsz i wypłaty, wykorzystali pierwszy luźniejszy weekend i – pogodzeni z losem – udali się do... Mielna.

Plan był prosty: szybki, budżetowy reset z parą przyjaciół – Kasią i Dawidem. Dwa apartamenty miały stać się ich bazą noclegową, mieleńskie knajpki – bazą żywieniową, a kluby nocne i plaża – bazą rozrywkową.

Trasa z Bydgoszczy przypominała ucieczkę z miasta zalewanego wszystko topiącą lawą. Panowie z przodu kipieli sprośnymi żartami. Panie z tyłu, racząc się smakowymi piwami, coraz mniejszą uwagę zwracały na obleśne anegdoty. Problemy dnia codziennie zostawili za sobą.

W Mielnie poszło jeszcze szybciej. Instrukcja obsługi apartamentu wynajętego na Bookingu wygląda zawsze tak samo prosto: klucze w skrzynce, kod do skrzynki w esemesie, a hasło do Wi-Fi na lodówce.

Standardowa procedura rozłożenia bagaży, przebrania się i wyjścia na miasto nawet dziewczynom poszła wyjątkowo sprawnie i przed 21.00 udało się pstryknąć pierwsze selfie pod Morsem na deptaku.

Plaża po horyzont usiana była skupiskami pijanej młodzieży. Kurort tętnił rytmem dziesiątków przenośnych głośniczków, wokół których kotłowały się grupki osób. Każda ekipa z jednej strony chciała mieć jak najwięcej przestrzeni dla siebie, z drugiej – rywalizowała z innymi w doborze i głośności muzyki wydobywającej się z membran. Raz na jakiś czas każde zgromadzenie wysyłało gońca, który w drodze do monopolowego upewniał się, że rytuał biesiady nad dudniącym pudełkiem jest tu obowiązkową czynnością.

Po dwudziestu minutach stania w kolejce Michał z Dawidem uzupełnili zapasy alkoholu i odbili dziewczyny, które pozostawione same na mostku momentalnie stały się celem zalotników.

Postawili stopy na piasku. Każde z nich tego potrzebowało. Następnie zgodnie sięgnęli po kubki, żeby poczuć smak alkoholu, mając przed oczami gwiazdy odbijające się w tafli Bałtyku.

W romantycznym uniesieniu Ania chwyciła Michała za rękę. Kasia złapała Dawida. Szum fal wzmacniał pełne odprężenie.

Usiedli na betonowych blokach. Prawie się nie odzywali. Nie potrzebowali tego. Potrzebowali jedynie, aby te chwile tak po prostu, niezobowiązująco trwały.

Ciszę przerwał Dawid, który wstał i wyszedł przed szereg. Już zaczynał przemowę, gdy obok jakaś randomowa para zaczęła mocną wymianę zdań. Sprawnie wypluwali z siebie „chuje” i „szmaty”, potem „dziwki”, „cwele”, „kurwy” i „skurwysyny”. Dyskusję zwieńczył rozłożysty paw, którego kobieta puściła na mężczyznę.

Zniesmaczone dziewczyny wstały, za nimi Michał, który pociągnął Dawida za rękę. Dawid od dwóch minut stał, chcąc coś powiedzieć, wreszcie zamknął rozdziawione usta i wszyscy ewakuowali się na ulicę Wojska Polskiego.

Stwierdzili, że plaża nie jest najbezpieczniejszym miejscem do kontynuowania imprezy, i postanowili przenieść alkoholizację pod dach.

Dziewczyny poczuły taneczne flow. Te słodkie pseudopiwa w trasie, ta żołądkowa miętowa z tymbarkami na plaży siały coraz większe spustoszenie w rozsądku. Nogi chciały tańczyć, a pęcherze – sikać. Te czynności można było połączyć w klubie.

Na ulicy Wojska Polskiego, idąc od strony morza, po minięciu odpustowych straganów, kilku restauracji o nazwach umocowanych w mitologii kultury położonej między morzami Śródziemnym a Czarnym grupa przybyszy natknęła się na białą fasadę klubu. Klubu Fresh.

Weszli. Dziewczyny od razu udały się do toalety. Panowie podkręceni procentami, mimo że oficjalnie zajęci, samczymi spojrzeniami zlustrowali salę. Nie było tłumów, ale w oczy od razu rzuciły się różnica wiekowa i kulturowa przepaść między klubowiczami a hordami niskobudżetowych małolatów spod Morsa.

Tu klientela była raczej dwadzieścia pięć plus. Parkiet przyjaźnie falował. DJ lawirował między latynoskimi bangerami a mocnymi edmowymi dropami. To nie była ulubiona stylistyka chłopaków, ale w tym stanie, w tym miejscu i w tym czasie sprawdzała się idealnie.

Do Michała i Dawida dołączyły odświeżone Ania i Kasia. Dziewczyny synchronicznie weszły w rytm, biodrami akcentując reggeatonowe rytmy. Zupełnie jak jeszcze kilka lat temu, gdy miały czas i chęci, aby chodzić na lekcje salsy. Panowie koncentrowali się na skakaniu. Czasami któryś wykonał karkołomny obrót.

Minuty szalonego tańca mijały. Dawid skierował się do baru, ale nagle coś go tknęło i poszedł w drugą stronę – do DJ-a. Machnął ręką, aby wodzirej zwrócił na niego uwagę.

Podpity grubasek ze słuchawkami coś krzyknął zza konsolety i jednocześnie pokazał, aby swoją prośbę Dawid napisał w telefonie. Chłopak posłusznie wyjął xiaomi redmi note 10 i z trudem wystukał w notatniku formułkę: „MOŻEZ POZDRWIĆ MOJ DZIEWNE KASIE?”.

DJ mętnym wzrokiem okiełznał ekran, po czym wziął mikrofon i wyciszył muzykę.

Słuchajcie, jest tu Dawid – zaanonsował lekko bełkoczącym głosem. – I jest Kasia. Teraz Dawid oświadczy się Kasi. Bo ją kocha, prawda? Kurwa, coś włączyłem, sorry! Dawid, kochasz Kasię?

Klub zaczął krzyczeć. DJ coś pomieszał ze światłami, ale ostatecznie na środek parkietu skierował mocny snop, który trafił dokładnie tam, gdzie stała ona.

Dawid podszedł do Kasi. Publiczność zamarła. Beata lat 32, który przyjechała tu z przyjaciółką, aby odreagować rozwód, rozpłakała się.

Dawid klęknął, z tylnej kieszeni spodenek wyjął kapsel od napoju tymbark. Tak, ten kapsel z zawleczką idealnie imitującą pierścionek. Na wewnętrznej stronie widniała adnotacja: „Uśmiechnij się”.

Kasia powiedziała: „TAK”.

DJ puścił „Bola Rebola” Tropkillazów, odpalił stroboskopy i zadymił całą salę.

Tłum oszalał w metafizycznej tanecznej orgii. Nikt nie rozumiał portugalskiego tekstu, lecz wszyscy wyginali biodra pod te połamane rytmy.

Dawid nie dotarł do baru. Kasia przywarła do niego biodrami i tańczyli bachatę do szybkiego tempa utworu. Całowała go, a on całował ją. Szyja, usta, usta, szyja.

Do baru poszedł Michał. Odstał pięć minut w kolejce, zwrócony tyłem do kontuaru, i gdy już miał złożyć zamówienie, spojrzał w zupełnie zaskoczone oczy barmanki. Na chwilę zastygł...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Lista utworów do ZAiKS i STOART

Konkurs Wiedzy Turntablistycznej vol.1